—> ZOBACZ POPRZEDNI TEKST O ŻUŻLU W WENEZUELI! <—
Brytyjczyk Phil Bishop nie wyobrażał sobie życia bez żużla. W 1929 roku, kiedy wyścigi na torach żużlowych przez cały czas w błyskawicznym tempie zdobywały serca miłośników sportów motocyklowych na Mglistym Albionie, młody Phil miał 19 lat. Właśnie w tym roku rozpoczęła się jego długa kariera żużlowa – jako zawodnika, menedżera, a choćby współpracownika prasy sportowej. Droga ta przyniosła Philowi wiele wzlotów i upadków, nadziei oraz rozczarowań, jednak pasja do ukochanego sportu towarzyszyła mu aż do ostatnich chwil życia. Pomimo licznych kontuzji (z czasem otrzymał choćby nieoficjalny przydomek King of Crash), Phil Bishop zawsze znajdował w sobie siłę, by wracać. „W moim organizmie chyba nie ma już ani jednej całej kości” – mawiał z uśmiechem na twarzy. Po zakończeniu regularnych startów pod koniec sezonu 1950, przez cały czas sporadycznie występował na różnych torach w Wielkiej Brytanii i na świecie przez kolejne trzynaście lat. Nic więc dziwnego, iż w programie drugiego turnieju wenezuelskiego tournée, zaplanowanego na 29 listopada 1959 roku na Estadio Bello Monte w Caracas, na liście uczestników znajdziemy również Phila Bishopa. Co więcej, pełnił on funkcję głównego menedżera tego tournée, udzielał wywiadów lokalnym dziennikarzom oraz wysyłał listy-raporty do redakcji brytyjskiego magazynu Speedway Star & News. Wraz z relacjami, którymi ze szwedzkimi czytelnikami dzielił się Berndt Nilsson na łamach pisma Racing, stanowią one dziś najważniejsze źródło informacji o tamtych odległych dniach.
Po długim oczekiwaniu tor żużlowy w Caracas jest wreszcie gotowy, a start pierwszego wyścigu zaplanowano na godzinę 21:00, 27 listopada. To dość późna pora, ale biorąc pod uwagę pogodę, jest to jedyna możliwość przeprowadzenia zawodów w całkiem komfortowych warunkach, ponieważ w ciągu dnia upał jest ogromny.
…Tor wygląda bardzo dobrze, a niektórzy z chłopaków nazwali go najlepszym, jaki kiedykolwiek widzieli w życiu. Walka na dystansie zapowiada się interesująco…
…Stadion został zbudowany w centrum miasta specjalnie dla żużla, trybuny rozmieszczone są wokół całego obiektu i mogą pomieścić 20 tysięcy widzów. Miejsca dla publiczności nie są zadaszone, ale nie ma to tu większego znaczenia, ponieważ lokalne deszcze są tak intensywne, iż przeprowadzanie zawodów w takich warunkach byłoby niemożliwe. To właśnie opady spowodowały opóźnienie startu sezonu. Prawdziwa powódź dosłownie zmyła połowę toru i wszystko trzeba było budować od nowa. Jak jednak zapewniają teraz miejscowi, deszczu w Caracas nie będzie aż do marca. Zobaczymy, na ile ta prognoza okaże się trafna. jeżeli nie, mogę zaproponować organizację wyścigów na motorówkach. Wtedy wyślę zaproszenie do Polski – do Edwarda Kupczyńskiego, który w 1958 roku wygrał dwa wyścigi w Holandii, gdzie poziom wody na torze sięgał jednego stopy (około 30 cm). Lokalna prasa nazwała go wtedy „mistrzem na szybkiej łodzi”…
…Życie w Caracas jest bardzo drogie. Żeby „radzić sobie” z miejscowymi cenami, trzeba być milionerem…
…Zatrzymaliśmy się w wspaniałym hotelu, a teraz jeszcze pogoda stała się znakomita. Wszystko to sprawia, iż pobyt tutaj jest po prostu cudowny…
…Całą naszą żużlową ekipę zapisano do Caracas Sporting Club. Ten prezent od gospodarzy naprawdę wiele znaczy, bo zwykle roczna stawka wynosi tu 500 funtów. W ogóle można to miejsce nazwać rajem na ziemi – jest tu basen, korty tenisowe, boiska do innych gier sportowych, kilka barów i restauracji. Jedynie Geoff Pymar i Cyril Roger byli nieco rozczarowani, gdy dowiedzieli się, iż klub nie ma pola golfowego. Golf w Caracas to elitarna rozrywka: istnieją tu tylko dwa kluby golfowe. Kiedy Geoff i Cyril usłyszeli, iż członkostwo kosztuje tam 5 tysięcy funtów, natychmiast stracili zainteresowanie tymi miejscami i postanowili trenować uderzenia tuż przed hotelem. choćby nie chcę myśleć, co się stanie, gdy miejscowy menedżer przyniesie im rachunek za wybite okna…
Phil BishopPierwsze trzy spotkania wenezuelskiego tournée odbyły się w piątek 27 listopada, niedzielę 29 listopada oraz we wtorek 1 grudnia. Aby podgrzać zainteresowanie publiczności, każde z nich miało inny format: pierwsze było indywidualne, drugie – parowe, a trzecie obejmowało również zawody drużynowe, w których „czerwoni” przegrali z „niebieskimi” 14:22. Zgodnie z kontraktem międzynarodowa drużyna żużlowców miała rozegrać w Caracas 12 spotkań, jednak już pierwsze trzy pokazały, iż problemy pojawiające się zarówno po stronie zawodników, jak i organizatorów, mogą wpłynąć na planowany harmonogram. Phil Bishop i Berndt Nilsson w swoich listach do Speedway Star & News oraz Racing pisali, iż żużlowców niemal od razu dopadły problemy wszelkiej maści: kontuzje zawodników, niewielka liczba widzów oraz całkowity brak znajomości specyfiki żużla wśród lokalnych organizatorów.
Wbrew oczekiwaniom, publiczności było dość mało, bo na stadion przyszło około czterech tysięcy osób. Zawody transmituje lokalna telewizja, co stało się dodatkowym problemem, ponieważ w kraju istnieją tylko dwie klasy społeczne – bardzo biedni i bardzo bogaci. Ci pierwsi nie mogą sobie pozwolić na zakup biletu na stadion, a drudzy są po prostu zbyt leniwi, by gdziekolwiek jechać, skoro mogą spokojnie obejrzeć transmisję w domu.
Wrażenia z pierwszego spotkania zostały dodatkowo przyćmione poważną kontuzją Cyrila Rogera, który w szóstym biegu upadł przed Howdym Byfordem. Ten jechał bardzo blisko i nie zdołał uniknąć zderzenia. Efekt: złamana noga Rogera, dokładnie w tym samym miejscu co dwa lata wcześniej. Powinien zostać odesłany do Anglii przed Bożym Narodzeniem. Do tego w jednym z kolejnych biegów Derek Stratt podczas upadku złamał dwa żebra. Mimo to niemal wszyscy zawodnicy stwierdzili, iż tor w Caracas jest jednym z najlepszych, na jakich przyszło im się ścigać, a same zawody były bardzo interesujące. Zwycięzcą pierwszego dnia został zawodnik Wimbledonu Ronnie Rolph, prezentując naprawdę wysoką klasę…” – pisał Phil Bishop do redakcji Speedway News & Star.
Ronnie RolphPodobne informacje dla szwedzkiej publiczności przekazywał również Berndt Nilsson, wspominając przy tym o problemach organizacyjnych.
…Niestety wśród miejscowych nie ma nikogo, kto znałby niuanse żużla. W rezultacie niektórzy z nas, zamiast wyjeżdżać na tor, muszą zajmować się zupełnie innymi zadaniami. Podczas pierwszych zawodów pełniłem rolę kierownika startu, a Alby Golden odpowiadał za park maszyn. Brak linii telefonicznej pomiędzy wieżą sędziowską a parkiem bardzo utrudniał i spowalniał pracę. Program był stale zmieniany, ponieważ dochodziło do wielu upadków. W efekcie pierwsze zawody trwały aż trzy godziny: składały się z piętnastu biegów oraz dwóch prób ustanowienia najlepszego czasu. W tych próbach Maurice Mattingley (częściej nazywany Morrisem) okazał się szybszy od Taylora, uzyskując czas okrążenia 16,2 sekundy, startując z rozpędu. Z powodu upadków, w niektórych biegach startowało mniej niż czterech zawodników. Zwyciężył Rolph z dorobkiem 11 punktów, drugi był Evert Andersson z 10 punktami, a trzecie miejsce podzielili Stratt, Taylor i Teodorowicz – każdy po 9 punktów…
Berndt NilssonPhil Bishop z kolei potwierdził swoje ogromne zaangażowanie w organizację całego przedsięwzięcia, z żalem podkreślając, iż z tego powodu raczej nie będzie w stanie do końca tournée wyjechać na tor jako zawodnik:
…Moja praca tutaj nigdy się nie kończy, dlatego rzadko kładę się spać przed trzecią w nocy. Jestem jednocześnie sędzią w parku maszyn, stewardem, „pierwszą pomocą medyczną”, redaktorem programów, a do tego wszyscy przedstawiciele lokalnej prasy są kierowani wyłącznie do mnie. Właśnie dlatego nie możecie zobaczyć mnie bezpośrednio w wyścigu…
Zawody parowe odbyły się w niedzielę 29 listopada. Była to nowość w Wenezueli, ponieważ zwykle w ostatni dzień tygodnia nie organizowano tu większych imprez masowych. Prawdopodobnie z tego powodu na trybunach Estadio Bello Monte zebrało się jeszcze mniej widzów – około 1500–2000. Berndt Nilsson liczył na start w parze ze swoim rodakiem Evertem Anderssonem, jednak ten był zajęty pracą w parku maszyn wraz z kontuzjowanym dwa dni wcześniej Derekiem Strattem i w ogóle nie wziął udziału w zawodach. Tym razem organizatorzy poradzili sobie znakomicie i zawody zakończyły się po dwóch godzinach. Jedyny poważny upadek miał miejsce w pierwszym biegu z udziałem Regga Lakhhursta, który – podobnie jak Derek Stratt w poprzednich zawodach – złamał dwa żebra. Zwycięstwo odniosła angielska para Byford/Maidment, zdobywając 21 punktów. Berndt Nilsson w duecie ze zwycięzcą z pierwszego dnia, Ronnie’m Rolphem, zajął drugie miejsce (według Phila Bishopa trzecia i czwarta para straciły do nich 2 punkty, natomiast według Berndta trzy pary goniące liderów miały taką samą liczbę punktów w klasyfikacji końcowej).
Oprócz tekstowych relacji, Berndt Nilsson wysyłał do redakcji Racing także niektóre swoje fotografie. Jedna z nich stała się dla mnie głównym punktem odniesienia przy ustalaniu lokalizacji Estadio Bello Monte. To właśnie dzięki budynkowi Centro Profesional del Este, o którym wspominałem na początku tego materiału, udało się najpierw odnaleźć dokładne miejsce, w którym w 1959 roku zbudowano pierwszy i jedyny w historii Wenezueli stadion żużlowy. Później trafiłem na zdjęcie, na którym wyraźnie widać żużlowy owal, co tylko potwierdziło trafność poszukiwań. Bez wątpienia stadion znajdował się właśnie tutaj. Na współczesnej mapie Caracas nie znajdziemy już choćby śladu tego faktu – w tej chwili teren jest gęsto zabudowany, a niegdyś okazały wieżowiec Centro Profesional del Este ginie wśród nowoczesnego architektonicznego chaosu. Historia Estadio Bello Monte była krótka, a choćby nieco absurdalna: trybuny, które nigdy nie doczekały się kompletu widzów, zaczęto rozbierać niemal miesiąc po ostatniej imprezie żużlowej pod koniec 1959 roku. Powodem była rozbudowa istniejącej drogi do bardziej nowoczesnej autostrady z większą liczbą pasów ruchu. Ciekawe, czy organizatorzy zawodów wiedzieli o tych planach, inwestując znaczne środki w budowę obiektu sportowego? A może liczyli na społeczny opór, który mógłby zmienić decyzję władz? Tak czy inaczej Estadio Bello Monte istniało jeszcze przez pewien czas choćby bez trybun – odbywały się tu wyścigi samochodowe, a później urządzono tor kartingowy, który ostatecznie również został zabudowany. Wróćmy jednak do grudnia 1959 roku, kiedy organizatorzy zawodów w Caracas głowili się nad tym, jak zdobyć serca lokalnej publiczności, a zagraniczni żużlowcy kontynuowali swoją latynoamerykańską przygodę, którą zapamiętają na całe życie. Czy można na przykład zapomnieć tę „wesołą” historię, o której w kolejnym liście do Racing opowiedział Berndt Nilsson?
Zazwyczaj w przerwach między zawodami jeździmy się kąpać w miejsce położone w pobliżu angielskiego klubu. Dojeżdżamy tam taksówką i zawsze wcześniej ustalamy cenę, ponieważ w samochodach nie ma taksometrów – w przeciwieństwie do Szwecji. Zawsze proponujemy 4 Boliwary za kurs, choć taksówkarze chcą 5. Zgadzają się jednak na naszą cenę. Najczęściej jedziemy w pięciu i dlatego kilka razy rzucamy monetą, aby ustalić, kto tym razem nie płaci. Wygrywa ten, komu na końcu zostanie „orzeł” na dłoni – takie swoiste sportowe współzawodnictwo. Tym razem było tak samo. Wzięliśmy taksówkę jak zwykle. Ross Gilbertson nauczył się trochę hiszpańskiego, więc to on negocjował. Kierowca początkowo się zgodził, ale gdy oddaliliśmy się kilka kilometrów od hotelu, zatrzymał samochód, wyciągnął metalową rurę i wyjaśnił, iż chce więcej pieniędzy. Zgodziliśmy się zapłacić 5 Boliwarów, bo zupełnie nie mieliśmy ochoty dostać metalową rurą w głowę z powodu jednej monety. Kiedy jednak dojechaliśmy na plażę, daliśmy mu 4 monety. Taksówkarz stał się jak rozwścieczony lew! Wyskoczył z samochodu z czymś przypominającym oszczep w ręku i zażądał już 6 boliwarów. Zapłaciliśmy, bo naprawdę baliśmy się o swoje życie…
Tor żużlowy w Caracas, obok charakterystyczny budynek Centro Profesional del Este
Centro Profesional del Este1 grudnia 1959 roku na Estadio Bello Monte odbyło się trzecie spotkanie w ramach wenezuelskiego tournée żużlowego. Zawody składały się z dwóch części. W pierwszej rozegrano kilka biegów eliminacyjnych, podczas których wyłoniono uczestników finałów. Pierwsze miejsce zajął Peter Vanderberg, drugi był Maidment, a trzeci – Teodorowicz. Berndt Nilsson doznał urazu kolana podczas jednego z biegów i nie mógł wziąć udziału w dalszej rywalizacji, także w rywalizacji drużynowej pomiędzy Caracas i Maracay (Phil Bishop w swoim raporcie określił zespoły po prostu jako „czerwonych” i „niebieskich”).
Polski zawodnik Tadeusz Teodorowicz delektował się wenezuelskim grudniowym słońcem. Tak – tu było zdecydowanie bardziej komfortowo niż w Europie o tej porze roku. Przed oczami przemykały obrazy zaśnieżonych miast rodzinnej Polski. Kraju, w którym spędził niemal całe swoje świadome życie, gdzie stał się naprawdę dobrym zawodnikiem i do którego postanowił nie wracać w 1958 roku, prosząc o azyl polityczny w Holandii, skąd później przeniósł się do Mglistego Albionu. Z dawnego życia pozostały jedynie wspomnienia, które w skąpanym w słońcu Caracas wydawały się czymś niewyobrażalnie odległym i niemal nierealnym. W podobny sposób dziś może jawić się historia „Złotego wieku Wenezueli” z jej żużlowym epizodem. I dobrze, iż wspomnienia o tym nie zaginęły w odmętach czasu.
Ciąg dalszy nastąpi.
Tadeusz Teodorowicz—> ZOBACZ POZOSTAŁE CZĘŚCI Z(A)MARŁYCH TORÓW! <—












