Z małym grymasem na twarzy przez brak wygranej, który po chwili zamienił się w uśmiech po zdobyciu medalu - tak Kacper Tomasiak zareagował na swoje drugie miejsce na mistrzostwach świata w Lillehammer. To nie były jego najlepsze, idealne skoki, ale takie, które wystarczyły do zajęcia miejsca na podium, a taki był cel. Pod skocznią już minutę po konkursie, to, iż Tomasiak był drugi nie miało żadnego znaczenia.
REKLAMA
Zobacz wideo Kacper Tomasiak już ma swoją pizzę we Włoszech! Tak jak Adam Małysz
Kibice nagle otoczyli Tomasiaka. Oto co usłyszał po zdobyciu medalu
I tak po odebraniu medalu musiał pozować do zdjęć przy podium, gdzie czekała na niego cała gromada polskich kibiców. Głównie tych, którzy żyją w Norwegii - przyjechali podziękować za olimpijskie medale i zobaczyć jego kolejny sukces.
W trakcie konkursu były brawa i okrzyki, a także parę flag - w tym takie, które wisiały poza bandą otaczającą zeskok obiektu w Lillehammer. A gdy Tomasiak wyszedł z kabiny kontrolera sprzętu i udzielał pierwszych wywiadów, odśpiewano mu "Sto lat!".
Potem Tomasiak został wręcz otoczony przez kibiców. Na swoją kolej musiała czekać cała polska kadra, a potem nasz skoczek zablokował podium i ze zdjęciem pod skoczniami w Lillehammer musieli wstrzymać się także Austriacy z mistrzem świata Stephanem Embacherem na czele.
Do tego Tomasiak powoli przymyka. Musi - tak to będzie wyglądało w najbliższym czasie. jeżeli tu, w Norwegii, w dodatku na zawodach dużo mniejszej rangi i miejscu, gdzie choćby Puchar Świata nie gromadzi tłumów, jest tak, to co dopiero, gdy znajdzie się na ważniejszych zawodach w Polsce?
Trenerzy pytali: "Kto to jest Tomasiak?". Teraz nikt już nie musi odpowiadać
Gdyby powiedzieć, iż na imprezę docelową Tomasiak dojechał w świetnej formie, niektórzy mogliby śmiać się i żartować pytaniem: na którą?
Od początku miały być nią mistrzostwa świata juniorów. 19-latek miał być kandydatem do walki o dobry wynik wśród swoich rówieśników. Ale jego świat wywrócił się do góry nogami, kiedy okazało się, iż skacze wystarczająco dobrze, żeby pojechać na igrzyska olimpijskie. A dziś to, iż w ogóle przyjechał na mistrzostwa świata juniorów brzmi jak żart. Bo przecież Tomasiak w międzyczasie został multimedalistą olimpijskim.
A jednak MŚJ kojarzą się z Tomasiakiem nieodłącznie. To sentymentalna wycieczka do czasu, kiedy był kompletnie niedoświadczonym młokosem, skokowym nikim. W 2023 roku przyleciał do Whistler i zaczął zadziwiać tych, którzy obserwowali jego skoki. Wyjechał stamtąd ze srebrem zdobytym z drużyną i sensacyjnym czwartym miejscem z konkursu indywidualnego. - Nikt z innych ekip nie spodziewał się, iż to akurat on będzie tak wysoko. Trenerzy pytali się po pierwszych skokach: Kto to jest Tomasiak? - śmiał się wówczas trener kadry juniorów Daniel Kwiatkowski. Ten sam, który teraz też puszczał Tomasiaka w Lillehammer. Ale teraz takich pytań już nie musiał wysłuchiwać. I nie musiał na nie odpowiadać, wyniki Kacpra zrobiły to za niego.
Tomasiak wywalczył w Lillehammer swój pierwszy indywidualny medal MŚJ - po tym drużynowym srebrze z Whistler nie miał już żadnego kolejnego krążka. Dziś przy trzech medalach olimpijskich z Predazzo śnieżynka - taka sama jak ta, którą przyznaje się na seniorskich MŚ - nie będzie błyszczała już tak jasno, ale dopełnił się rozdział jego historii. Jeden z tych pierwszych, choć Tomasiak zdążył w tej opowieści napisać już kilka innych w międzyczasie. Jeszcze piękniejszych.
Z Tomasiakiem zawsze musi być trochę surrealizmu
Lillehammer chyba już na dobre stało się miejscem, które będzie mu się dobrze kojarzyło. To tutaj Tomasiak przyjechał w listopadzie, żeby zadebiutować w Pucharze Świata. On nie zmienił się w ogóle - jest tak samo odporny na stres, wydaje się wyłączony z otoczenia i niedopuszczający do siebie myśli o tym, co się dzieje. Zmieniło się tylko, jak go odbieramy. Wtedy jeszcze przecieraliśmy oczy ze zdumienia, w szoku, iż to naprawdę się dzieje. Bo kilka tygodni wcześniej nie pomyślelibyśmy, iż tak szybki debiut Polaka w PŚ będzie w ogóle możliwy. Ale w tym czasie młodego Polaka wyniosło zdecydowanie poza jego dotychczasowy poziom.
Przerósł FIS Cup, Puchar Kontynentalny, którego letnią edycję wygrał i faktycznie pojawił się w Norwegii. A my wszyscy dalej nie dowierzaliśmy. Wydawało nam się, iż skoro przyleciał tu jako żółtodziób zawodów elity, to zadomowienie się w nich trochę mu zajmie. Nic bardziej mylnego. Do dziś pamiętam, jakie wrażenie robił obserwowany z boku obiektów jego skok na aż 137 metrów podczas pierwszego indywidualnego konkursu. Skończył go na 18. miejscu, dzień później był 22., a my mieliśmy w głowie, iż za ponad trzy miesiące wróci tu oddać swoje najważniejsze skoki tej zimy. Powalczyć o ten medal, który w tym wieku i tym momencie swojej kariery jest w stanie skądś wywieźć. Wówczas nie mieliśmy pojęcia, na co go stać. Ani nie mieliśmy odwagi marzyć, iż stać go na więcej.
Teraz Tomasiak stawił się na mistrzostwach świata juniorów jako faworyt, który w teorii schodzi niżej niż powinien. Wielu widziałoby go już wyłącznie w elicie, w walce o pierwsze podium Pucharu Świata. Bo ma już trzy medale olimpijskie, teraz dokłada medal kolejnej wielkiej imprezy w tym sezonie, a tak "zwykłego" sukcesu przez cały czas mu brakuje. Poza wywalczeniem swojego pierwszego medalu tej imprezy, przywiodła go tu walka o powiększenie tzw. kwoty startowej dla Polski w Pucharze Świata - dodatkowe miejsce zyskują wszystkie kraje medalistów. Nic dziwnego, iż w takiej formie polski związek nie zrezygnował z tego, żeby go tu wysłać. Jednak zrobiła się z tego pewnego rodzaju poboczna, specjalna misja, a nie najważniejszy cel naszego skoczka.
Ale tu wszystko się zgadza. Bo w karierze Kacpra Tomasiaka po prostu każdy element musi mieć w sobie choćby odrobinę surrealizmu. I tak jak wymarzone, ale kompletnie zaskakujące i niewyobrażalne wydawały się jego skoki i wyniki na igrzyskach, tak wyjątkowy i wręcz niezgodny z tym, co powinno się dziać, był też przyjazd do Norwegii, gdy jego już na tej półce - walki o miano najlepszego juniora na świecie - adekwatnie nie ma. Było zadanie do wykonania, rywalizacja z paroma postaciami Pucharu Świata, kwota do wywalczenia - wszystko odhaczone.
Lepiej przegrać z Embacherem na MŚJ niż na igrzyskach
Na medal mistrzostw świata juniorów czekaliśmy 2 lata i 23 dni - od brązu polskiej drużyny w Planicy. Na indywidualny krążek 3 lata, miesiąc i 3 dni - od brązu Jana Habdasa z Whistler. Susza - jeżeli w ogóle tak to nazwać - nie trwała długo. Ale zdążyliśmy narobić sobie apetytu. Tutaj pewnie choćby na złoto. W końcu na nie czekamy już 12 lat. To się nie zmieniło, ale Kacper Tomasiak zrobił swoje.
A iż tego złota nie zdobył? Cóż, może za rok. O ile będzie jeszcze wtedy myślał o mistrzostwach świata juniorów - roczna dodatkowa kwota startowa dla Polski jest ważna, ale może być tak, iż Tomasiak już na ten poziom nie wróci.
Choć jeżeli pojawi się na MŚJ w 2027, to nie będzie już walczył ze Stephanem Embacherem. Tym, który właśnie przeszedł do historii jako pierwszy potrójny mistrz świata juniorów - czapki z głów. Trzeba mu oddać, iż w czwartek nie popełnił błędów, a w ostatnim czasie niesamowicie się rozpędził. Przecież potrafił walczyć choćby z dominatorem całego świata skoków Domenem Prevcem. Jego nie udało mu się pokonać, ale Tomasiaka już tak. Polak był od niego lepszy indywidualnie na igrzyskach - zdobył dwa srebra i brąz, a Embacher skończył te konkursy dwa razy na siódmym miejscu. Później dołożył złoto w duetach, kiedy Tomasiak zgarnął kolejne srebro. Ujmijmy to tak: lepiej, iż jeżeli gdzieś Embacher miał być lepszy, to był właśnie w Lillehammer, a nie w Predazzo.
Choć i ten medal Tomasiak na pewno z czasem doceni. Gdyby nie trzy olimpijskie krążki, mówilibyśmy o tym srebrze jako ogromnym sukcesie. Teraz mamy... niedosyt? Tak, czuć go trochę i czuje go sam Tomasiak. A to tylko oznaka tego, gdzie w tak krótkim czasie zaszedł.

2 godzin temu














