Wrze po głośnej decyzji PZPN. Jest odpowiedź. "Kłamią na każdym kroku"

2 godzin temu
"Decyzja ta jest konsekwencją skandalicznych i niebezpiecznych wydarzeń, które miały miejsce podczas meczu kwalifikacji do MŚ 2026 Polska - Holandia" - tak PZPN tłumaczył się z zakończenia współpracy ze stowarzyszeniem "To My Polacy". Pisał też o wydarzeniach, do których doszło w trakcie spotkania z Holandią, i o tym, jak wielkie zagrożenie stworzyły. Do słów odniósł się Mateusz Pilecki, prezes stowarzyszenia. Padły mocne słowa, a także... oskarżenia pod adresem federacji.
W 2025 roku oficjalnie powrócił zorganizowany doping dla reprezentacji Polski. Jego świadkami byliśmy m.in. podczas listopadowego meczu z Holandią (1:1). Doszło jednak wówczas do sporych kontrowersji. Kibice starli się z policją. Służby nie pozwoliły bowiem wnieść specjalnie przygotowanego na tę okazję transparentu. W drugiej połowie spotkania fani zaczęli rzucać race na murawę. Okazuje się, iż w najbliższym czasie zorganizowanego wsparcia kibiców już nie będzie.

REKLAMA







Zobacz wideo To uratuje Legię Warszawa? Kałucki: Nie liczę na cuda Marka Papszuna



We wtorek PZPN przekazał, iż "współpraca ze Stowarzyszeniem 'To My Polacy' została definitywnie zakończona". "Decyzja ta jest konsekwencją skandalicznych i niebezpiecznych wydarzeń, które miały miejsce podczas meczu kwalifikacji do MŚ 2026 Polska - Holandia, rozegranego 14 listopada 2025 roku na PGE Narodowym (...) Spotkanie zostało przerwane na kilka minut z powodu rażącego złamania regulaminu i skrajnie niebezpiecznego zachowania części osób, w tym użycia materiałów pirotechnicznych i wrzucenia ich na murawę – w kierunku dzieci podających piłki, fotoreporterów oraz samych piłkarzy. Takie działania bezpośrednio zagrażały zdrowiu i życiu uczestników wydarzenia" - czytaliśmy w komunikacie.
Prezes stowarzyszenia "To My Polacy" odpowiada na komunikat PZPN. Padły mocne słowa
Teraz do tych słów odniósł się Mateusz Pilecki, prezes stowarzyszenia "To My Polacy". Stwierdził wprost, iż PZPN mija się z prawdą w sprawie wydarzeń, do których doszło w trakcie meczu z Holandią. - Ludzie z PZPN kłamią na każdym kroku. W komunikacie federacji jest stek kłamstw. W krótkim tekście można zawrzeć wiele manipulacji i ściem - zaczął w programie "Tylko Sport" na antenie Kanału Sportowego, po czym odniósł się do kilku zarzutów pod adresem kibiców.


- Napisano, iż race leciały w kierunku dzieci podających piłki i fotoreporterów. Jest pełno nagrań z tego incydentu. Jedyny moment, kiedy fotoreporter był blisko racy, to gdy sam podbiegł, żeby ją sfotografować. Nie było żadnej złej woli, żeby zrobić komuś krzywdę - podkreślał. - Niech każdy się jednak zastanowi, czy większego niebezpieczeństwa nie było przy bramkach biletowych, gdy wiele osób czekało ściśniętych, żeby wejść na stadion. Niektórzy wchodzili dopiero na drugą połowę - dodawał.
Pilecki opowiedział też nieco o relacji, jaka ostatnio łączyła stowarzyszenie z PZPN. Jak ujawnił, już od kilku miesięcy organizacja zabiegała o spotkanie ze związkiem, ale nie było odpowiedzi. W końcu do spotkania doszło, ale to nie przebiegło po myśli stowarzyszenia. - Chcieliśmy rozwijać projekt. Nie wiedzieliśmy, iż nasza kooperacja zmierza ku końcowi. Mieliśmy założenie, iż każdy popełnia błędy i wyciąga wnioski. (...) Tymczasem spotkanie trwało mniej niż kilka minut - ujawnił. Jak ono przebiegło?



Tak wyglądało spotkanie. "PZPN wyszedł z pozycji agresora"
- Wiceprezes PZPN Adam Kaźmierczak w pewnym momencie przejął głos i wygłosił kilkuminutowy monolog, w którym zabrał wszystko, po co przyszliśmy na to spotkanie. jeżeli ktoś wychodzi z pozycji agresora i chce cię zdeptać, licząc, iż będziesz błagał o jakieś ochłapy, to nie. Uważam, iż PZPN powinien podejść do tego spotkania jak równy z równym - podkreślał.


Zobacz też: W Katalonii wrze po tym, co robi Real. "Skandal, który przekracza granice".
Tak więc w najbliższym czasie o zorganizowanym dopingu mowy nie ma. A teraz szczególnie mógłby pomóc reprezentacji, o ile nie dochodziłoby do jakichś kontrowersyjnych sytuacji. Już w marcu Polska zagra w barażach, które zadecydują o "być albo nie być" na mistrzostwach świata 2026. W półfinale Biało-Czerwoni zmierzą się z Albanią i spotkanie zostanie rozegrane właśnie u nas. W ewentualnym finale nasza kadra zagra na terenie rywala. A będzie nim Szwecja bądź Ukraina. jeżeli w równoległym półfinale wygrają nasi wschodni sąsiedzi, wówczas finał zagrają w obcym kraju, ale będą gospodarzami. Jest to spowodowane toczącą się w Ukrainie wojną.
Idź do oryginalnego materiału