- Czy jesteś pewien, iż wiesz co robisz? – pytał dyrektor Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) Oliver Niggli, gdy szef wydziału śledczego Guenter Younger przygotowywał się do wizyty w Moskwie na początku 2019 roku. Od tej wizyty zależała przyszłość Rosji w światowym sporcie. Ale stawką była też wiarygodność WADA, gdyby okazało się, iż Younger wybrał złą taktykę.
REKLAMA
Zobacz wideo Szef WADA o Enhanced Games, igrzyskach dopingowiczów: Cyrk i makiawelizm. To jest narażanie ludzi na śmierć
- Wiedziałem, iż mamy dobry plan, uspokajałem wszystkich. Ale pamiętam jeszcze, jak byliśmy zestresowani, gdy siedliśmy z moim zespołem do sprawdzania, czy przeczucia nas nie myliły - mówi Younger. Licytował wysoko. Dla niego to była najważniejsza próba, od kiedy w 2016 roku przyszedł do WADA, by budować jej dział śledczy. Przychodził jako jeden z najbardziej cenionych policjantów w Europie, specjalista od rozbijania mafii narkotykowych i cyberprzestępczości, z przeszłością w Europolu, Interpolu – i seminarium duchownym w bawarskiej Passawie.
- Księdzem ostatecznie nie zostałem - mówi. - Ale we wszystkim co robiłem, zawsze chodziło o ochranianie słabszych i uczciwych.
Younger jechał w styczniu 2019 do Moskwy z zespołem śledczych, informatyków i analityków po ostatni, najważniejszy dowód w sprawie oskarżenia Rosji o systemowe, dokonywane za wiedzą, a choćby inspiracją ministerstwa sportu, fałszowanie wyników testów dopingowych. Tym dowodem był oryginał bazy danych moskiewskiego laboratorium. Tego laboratorium, któremu przez lata szefował Grigorij Rodczenkow. Do 2015 roku Rodczenkow był głównym wykonawcą rosyjskich fałszerstw dopingowych, włącznie z podmienianiem próbek przez dziurę w ścianie olimpijskiego laboratorium podczas igrzysk 2014 w Soczi. A od jesieni 2015 były szef laboratorium stał się skruszonym świadkiem koronnym, uciekinierem z Rosji do USA, gdzie został objęty ochroną FBI i zaczął opowiadać o całym systemie dopingowego kłamstwa. Przed ucieczką z Rosji wykradł z laboratorium kopię wspomnianej bazy danych, w tym również jej tajnej sekcji z dowodami na to, iż wyniki setek testów wprowadzanych do tej bazy zależały od decyzji wpływowych działaczy, a nie od tego, co rzeczywiście było w próbkach pobranych od sportowców.
Dopingowy system Rosji został ujawniony pierwszy raz już w 2014 w reportażu śledczym niemieckiej telewizji ARD o oszustwach w lekkoatletyce, potem te opowieści przelicytowała w 2016 roku spowiedź Rodczenkowa w "New York Timesie" o niszczeniu i podmienianiu próbek, fałszowaniu wyników, a wiarygodność tych oskarżeń potwierdzały raporty kanadyjskiego prawnika Richarda McLarena, opracowywane na zlecenie WADA, również z udziałem Youngera. Ale to ciągle było za mało, by mieć pewność, iż da się skutecznie zdyskwalifikować blisko 300 sportowców oskarżonych o doping na podstawie zeznań i dokumentów Rodczenkowa, i nałożyć taką karę na Rosję, która będzie jakoś przystawać do popełnionych win. Do tamtego momentu, mimo ciężaru oskarżeń, górę brała polityka i niechęć do narażenia się Rosjanom. Zawieszony był rosyjski komitet olimpijski, w igrzyskach Rosjanie startowali bez flagi i hymnu, ale w jednych sportach byli dopuszczani do startów w mocno ograniczonym zakresie, a w innych bez ograniczeń. I zanosiło się, iż choćby te ograniczenia znikną, jeżeli Rosja wreszcie zgodzi się współpracować i przekaże WADA oryginał bazy danych.
To było warunkiem odwieszenia, ale Rosja odwlekała ten moment. I Younger miał podejrzenie, iż zwłoka służy ukryciu czegoś. Podczas wizyty w Moskwie jego zespół poprosił nie tylko o bazę danych, ale i dostęp do urządzeń, na których plik był przetwarzany. By zwiększyć szanse na wykrycie próby manipulacji. Przeczucie go nie myliło: okazało się, iż Rosjanie zacierali ślady dopingu w bazie choćby jeszcze podczas wizyty delegacji WADA. Younger i jego ludzie szli do hotelu, a Rosjanie kasowali pliki, antydatowali je, preparowali wpisy na wewnętrznym czacie laboratorium. Chcieli zatuszować wpadki ponad 200 sportowców, winę za wszystko przerzucić na Rodczenkowa. Chcieli oszustwa doskonałego. - A wtedy, jak nas nauczyły policyjne lata, najłatwiej popełnić jakiś błąd - mówi Younger.
Za zmarnowanie ostatniej szansy w taki sposób WADA na cztery lata wykluczyła Rosję ze startu pod własną flagą we wszelkich imprezach mistrzowskich, zakazała startu wszelkim drużynom, dopuszczała tylko indywidualnych sportowców, pod neutralną flagą. Trybunał Arbitrażowy zmniejszył tę karę do dwóch lat, ale i tak był to najsurowszy werdykt, jaki zapadł na Rosję do czasu, zanim została wykluczona z rywalizacji za zaatakowanie Ukrainy. A z 373 rosyjskich sportowców, co do których było uzasadnione podejrzenie, iż zmanipulowano ich wyniki testów, aż 286 udało się już zdyskwalifikować.
W ostatnich latach praca działu Youngera zaczyna coraz mocniej przypominać to, co robił w wydziałach ds. narkotyków w niemieckiej policji i Interpolu: kryminalne gangi mocno angażują się w podrabianie leków, z których wiele jest środkami dopingującymi. Handel nimi jest bardzo intratny, a WADA stara się pomagać narodowym agencjom antydopingowym i organom ścigania w rozbijaniu łańcuchów dostaw. - To już są operacje liczone w dziesiątkach, a zarekwirowane substancje dopingowe - w tonach - mówi Younger. W 35 rozbitych przez służby nielegalnych laboratoriach zarekwirowano łącznie 800 mln dawek środków dopingujących. Wystarczyłoby ich po dwie dawki na każdego Europejczyka.
Paweł Wilkowicz: Był pan policjantem z wydziału ds. narkotyków i cyberprzestępczości. Jest pan szefem antydopingowych śledztw WADA. A na pytanie czym się różni nowa praca od poprzedniej, odpowiedział pan kiedyś: to samo, tylko bez broni palnej. przez cały czas bez broni?
Guenter Younger: Ja? przez cały czas jestem bez broni. A w policji nosiłem.
A ci, których pan ściga w antydopingu?
- Oni coraz częściej mają broń. Kryminalne gangi z całego świata chętnie wchodzą w handel dopingiem. Bo przebitka na substancjach dopingujących jest wyższa niż na handlu narkotykami. A ryzyko wpadki – niższe. jeżeli pana złapią na ulicy w Warszawie z kilogramem heroiny albo kokainy – nie wywinie się pan od odsiadki. A jeżeli będzie pan miał przy sobie kilogram środków dopingujących? Może się skończyć pouczeniem [w Polsce zakazany jest handel dopingiem, ale nie samo posiadanie – red.]. Trzeba mieć dobry wywiad, żeby w ogóle namierzyć siatkę handlarzy. Jaki szef gangu, znając te realia, nie skusiłby się, żeby też wejść w produkcję i handel dopingiem? Oni znakomicie wyszukują najsłabsze ogniwa. Wciskają się tam, gdzie wiedzą, iż organy ścigania są słabsze, gdzie wywiad działa słabiej.
A jak z tą bronią?
- Na poziomie dostarczania dopingu wyczynowym sportowcom – na poziomie lekarzy, trenerów, pomocników - broni nie ma. A poziom wyżej, na poziomie zarządzania dostawami, już jest. Tam są prawdziwi kryminaliści. A my na tych ludzi idziemy z patykami.
I czasem choćby wygrywamy.
"Czasem wygrywamy". To nie odbiera zapału?
- Przyszedłem tu z policji. Czy policjant ma tracić zapał, bo nie udało się wykorzenić całego zła w świecie? Nie, nasze zadanie to sprawić, by pokusa łamania prawa była mniejsza. Mamy podnieść próg wejścia w świat przestępstw. Tak samo jest z dopingiem. Naszym sukcesem jest każdy sportowiec, który powie sobie: "Nie, to już się zrobiło zbyt ryzykowne, albo zbyt drogie. Policja zaczęła śledzić strony, przez które kupowałem doping, ceny poszły w górę razem ze wzrostem ryzyka. To już nie jest tego warte". I jak słyszałem od Polskiej Agencji Antydopingowej, to się już dzieje w Polsce. POLADA pomaga w obławach na gangi rozprowadzające doping i jak mi mówili - widzą, iż po tym skaczą w górę ceny zakazanych substancji.
Mówi pan, iż oni mają broń, a pan patyk. Ale pan może wezwać na pomoc tych, którzy noszą broń. Bo od kiedy doping w sporcie zaczął być wpisywany do kodeksów karnych różnych państw, weszły organy ścigania i zmieniły zasady gry.
- Organy ścigania są kluczowe. Ja jako śledczy WADA nie mam uprawnień porównywalnych z ich uprawnieniami. Gdy zapraszam kogoś na przesłuchanie, to mogę tylko liczyć na jego współpracę, ale nie mam argumentów, by go do niej zmusić. Nie mogę wydać nakazu rewizji, nie mogę zakładać podsłuchów. To wszystko mogą organy ścigania. Ale my też możemy im dać coś, czego one nie mają: możemy im pomóc połączyć różne nitki, zwłaszcza te sięgające poza granice krajów. Jako WADA odpowiadamy globalnie za sprawy antydopingu, więc orientujemy się, jakie dowody w sprawach dopingowych są zbierane w różnych krajach. Możemy przerzucać mosty między służbami z różnych państw. Wyjście ze śledztwem poza granicę kraju trwa zwykle bardzo długo, wymaga mnóstwa formalności, a dwa, trzy miesiące poślizgu w dochodzeniu to bardzo dużo straconego czasu. Służby już się nauczyły, iż my bardzo gwałtownie możemy zdobyć dla nich dowody w innym kraju. Korzystają z tego. Myślę, iż jesteśmy dziś jednym z naprawdę nielicznych przykładów globalnej sieci ścigania przestępców.
Trwa olimpijska zima, a one często przynoszą spektakularne afery: skandal z EPO biegaczy w Salt Lake City 2002, obława na austriackich biathlonistów w Turynie 2006 i pościg górskimi drogami za ich menedżerem, historyczny przekręt w laboratorium w Soczi 2014, gdzie Rosjanie podmieniali próbki na czyste przez dziurę w ścianie. Na co się szykować w Cortinie i Mediolanie?
- Same igrzyska, tych 17 dni zawodów, to nie jest priorytet dla działu wywiadu i śledztw WADA. Sportowcy, którzy wpadają na dopingu podczas igrzysk, to jest szczególna kategoria.
Najgłupsi?
- Na pewno nie spiskowcy. Wszyscy wiedzą, iż będą badani podczas igrzysk, więc jeżeli ktoś wtedy wpada, to raczej działał bez planu. A my szukamy tam, gdzie jest jakiś plan i zmowa. Dla nas najważniejszy jest czas tuż przed igrzyskami, ostatnie tygodnie. Wtedy wyostrzamy czujność: czy nie przybywa nam zgłoszeń od sygnalistów, czy nie ma jakichś innych znaków, iż gdzieś źle się dzieje.
Im bliżej igrzysk, tym na waszej platformie Speak Up dla sygnalistów jest większy ruch?
- Możemy tak powiedzieć, ale zgłoszenia bywają różne. Czasami to jest donos na poziomie bardzo ogólnym: sprawdźcie tego gościa, bo to niemożliwe, żeby takie wyniki osiągać na czysto. Ale nie idą za tym dowody. Takich zgłoszeń też nie lekceważymy, bo jeżeli ich przybywa, to z tych puzzli można zacząć układać jakiś obrazek. Mamy za mało, żeby działać, ale tworzy się kontekst do przyszłego działania. Mamy też umowę z International Testing Agency [organizacja odpowiadająca za badania antydopingowe w sportach olimpijskich – red.], iż jeżeli jest wpadka dopingowa, co do której jest podejrzenie, iż to element większej całości, iż może być tam jakiś dopingowy spisek do rozwikłania, to pomagamy im to zbadać. Tak działaliśmy podczas igrzysk w Paryżu, ale tam nie było podstaw, by jakiś przypadek dopingu uznać za element systemu czy spisku. Kiedy zaczynałem w WADA dziesięć lat temu, nie było praktycznie żadnych innych międzynarodowych struktur antydopingowych. A dziś mamy International Testing Agency, mamy Athletic Integrity Unit w lekkoatletyce, Biathlon Integrity Unit, powstałą w wyniku afery z udziałem szefa światowego biathlonu Andersa Besseberga.
Każda z tych wymienionych organizacji powstała jako odpowiedź na jakiś wielki skandal dopingowy, ale ten z udziałem Besseberga miał absolutnie hollywoodzki rozmach. Szef światowego biathlonu przez lata krył doping Rosjan w zamian za złote życie: prostytutki, polowania, przyjęcia, prezenty. Czuł się kompletnie bezkarny.
- jeżeli coś nam się udało osiągnąć jako działowi śledztw WADA, to właśnie to, iż tacy jak Besseberg nie czują się już nietykalni. Gdy zaczynałem pracę, on i działacze sportowi jego pokroju tak się właśnie czuli. Przecież on wiedział, kim jestem, po co przychodzę do WADA. A się nie hamował.
Sam był członkiem zarządu WADA.
- I był przekonany, iż włos mu z głowy nie spadnie. Nic panu prezesowi nie można zrobić. Miał prawo w to wierzyć: organy ścigania wprawdzie już się od jakiegoś czasu angażowały w sprawy dopingowe, ale raczej nie w takie, które wykraczały poza granice jednego państwa. Śledztwa międzynarodowe są bardzo trudne, bardzo drogie. Nikt ich nie podejmował. A spójrzmy jak działał pan Besseberg: adres zamieszkania norweski, adres biura austriacki, częste wizyty w Rosji, cały czas w rozjazdach po całym świecie. Taki przypadek to koszmar śledczych, bo trudno skoordynować rozpracowanie. Nie spodziewał się, iż my się jego sprawą zajmiemy i to wszystko połączymy w całość, zbierzemy dowody. Dziś widzę, iż tacy jak on już się pilnują. Albo nie wikłają się w taką korupcję, albo ją lepiej tuszują. Dla nas to był też test na niezależność naszego departamentu. Besseberg był już drugim członkiem rady WADA, przeciw któremu prowadziliśmy śledztwo. Jeszcze pamiętam, jak byłem na posiedzeniu zarządu, podczas którego Besseberg bronił Rosji. A ja sobie siedziałem z tyłu i myślałem: aha.
Wróg wewnętrzny.
- Pamiętam poranek z kwietnia 2018 roku, gdy policja zrobiła nalot na siedzibę Międzynarodowej Unii Biathlonu. Zadzwoniłem wtedy do Besseberga i powiedziałem: "Myślę, iż możesz się spodziewać pytań od mediów w tej sprawie". On do tamtego momentu w ogóle nie miał pojęcia, iż trwa dochodzenie przeciw niemu. I to jest dla mnie najważniejsze: iż mamy pełną niezależność, możemy badać wszystko, co wyda nam się podejrzane, również jeżeli to dotyczy członków zarządu WADA. Bez tego ludzie by nam nie ufali. A po sprawie Besseberga wyraźnie wzrosła liczba sygnalistów, którzy się do nas zgłaszają.
Besseberg przegapił ten moment, gdy w antydopingu ważniejsze od próbki moczu czy krwi stało się przesłuchanie lub ślad w komputerze?
- Był zbyt pewny siebie. Drugi taki przypadek to Lamine Diack.
Były szef światowej lekkoatletyki, kolejny po Bessebergu potężny prezes, który tuszował doping za pieniądze, a dziś ma wyrok karny.
- Gdy składał mi wyjaśnienia podczas śledztwa, był arogancki. Pytał: "Kim ty w ogóle jesteś? Czego ty chcesz? Ty myślisz, iż coś mi możesz zrobić?". Dopiero na błędach takich jak on, inni działacze się nauczyli, iż nadeszła era policji i innych służb w ściganiu oszustów w sporcie, iż rządy zainwestowały bardzo dużo w walkę z różnymi mafiami w sporcie. Tymi, które handlują nielegalnymi substancjami, ustawiają mecze, itd. Dla nas to świetny punkt wyjścia. Korzystając z naszych kontaktów międzynarodowych w sporcie, w służbach, ze zbudowanego zaufania, możemy coś dokładać do pracy śledczych. Sprawę Besseberga rozpracowywały służby austriackie, a my pomogliśmy. Sprawę Diacka – francuskie. My pomogliśmy łączyć wątki. Diack był długo nietykalny z tych samych powodów co Besseberg: Senegalczyk, z adresem w Monako, a przestępstw dokonywał w Rosji. Prosisz o pomoc Rosjan, odpowiadają: ale on u nas nie mieszka. Prosisz Senegalczyków: ale on nie działa u nas. Prosisz Monako: ale przestępstwa miały miejsce w Rosji. W sprawie Diacka powiedzieliśmy francuskim śledczym: możemy wam dostarczyć dowody na to, co się zdarzyło w innym kraju, mamy prawo o takie dowody poprosić. Powiedzcie, czego potrzebujecie i gdzie. W Singapurze? Dobrze, zapytamy w Singapurze, czy coś mają. To organy ścigania przygotowały dane. My je przekazaliśmy.
Szefowie federacji już stracili bezkarność, ale w niemal każdej wielkiej aferze dopingowej jest jakiś lekarz. I oni rzadko toną. To wielka rzecz rozbić siatkę producentów nielegalnego dopingu, każdy rodzic może po tym spać trochę spokojniej, iż jego dziecko nie weźmie jakiegoś świństwa. Ale wielcy sportowcy raczej w takich aferach się nie pojawiają. Za to w spiskach dopingowych z udziałem lekarzy – jak najbardziej.
- Pełna zgoda. Gdy zacząłem pracę w WADA, gwałtownie się zorientowałem, iż przy uprawnieniach, jakie mamy w tym względzie, czyli dobrowolnych przesłuchaniach sportowców złapanych na dopingu, odbijemy się od zmowy milczenia. Sportowcy chronią innych uczestników spisku, bo boją się swojego środowiska, wiedzą, iż po przesłuchaniu wrócą do siebie, będą musieli spojrzeć komuś w oczy, może im grozić niebezpieczeństwo. Dlatego jest zupełnie logiczne, iż mając do wyboru pomoc WADA a swoją wspólnotę, wybierają swoich. Czasem nam się trafi jakiś fartowny strzał w takich przesłuchaniach, ale namierzyć dzięki temu siatkę powiązań jest niemal niemożliwością. Wyjątkiem był Lance Armstrong. A adekwatnie - sprawa Lance’a Armstronga, bo on sam przecież nigdy nie był złapany podczas testu antydopingowego. Ale jeden z jego pomocników był i po wpadce zdecydował się zostać informatorem. Poszedł przeciw swojemu środowisku. Ale tam presja na rozwiązanie tej sprawy była już ogromna, na poziomie federalnym. Dlatego to był wyjątek od reguły. W normalnych okolicznościach złapany sportowiec sypie niechętnie. Natomiast od początku uważałem, iż WADA powinna robić więcej, jeżeli chodzi o uderzanie w łańcuchy dostaw. Dlatego tak ważna była operacja Aderlass.
To kolejna zimowa hollywoodzka afera dopingowa: podczas narciarskich MŚ w Seefeld w 2019 policjanci wpadli do willi austriackich biegaczy przy trasach narciarskich i złapali na gorącym uczynku, z igłami wbitymi w żyły, zawodników podrasowujących sobie krew. Dwaj z nich to byli zresztą kadeci, uczący się na policjantów.
- W tej aferze policja uderzyła właśnie od góry, w centrum spisku: namierzyli lekarza, który pomagał dopingowiczom. Ten lekarz miał sieć pomocników, którzy organizowali doping. A za to już są zarzuty karne i można użyć podczas przesłuchań mocniejszych argumentów. Gdy tacy ludzie słyszą: jeżeli będziesz współpracował i podasz nazwiska trenerów i sportowców, możesz sobie złagodzić karę – to zaczyna się robić ciekawie. W Aderlass sportowców, którym się udało udowodnić udział, było około trzydziestki. Takich przykładów powinniśmy mieć w przyszłości więcej. W Aderlass, w sprawie Lamine Diacka, mieliśmy do czynienia z regularnymi grupami przestępczymi. Sport był tam narzędziem do napychania sobie kieszeni. I przypomnijmy: w Aderlass nie było żadnej wpadki podczas testu dopingowego, która by ruszyła lawinę. To się zaczęło od rozpracowania przez śledczych.
Doktor Mark Schmidt, mózg operacji Aderlass, dostał prawie pięć lat więzienia, dwoje jego współpracowników też trafiło za kratki. Wszystko dzięki temu, iż w Niemczech doping jest wpisany do kodeksu karnego. W Hiszpanii doktor Eufemiano Fuentes dopingował z jeszcze większym rozmachem, ale przepisy jeszcze nie pozwalały go posadzić, podobnie jak wcześniej Michele Ferrariego. I wielu podobnych im lekarzy przez cały czas jest nieuchwytnych.
- Też mnie to boli. Ale nasz dział liczy tylko piętnaście osób. Thomas Bach, gdy był szefem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, również mi powtarzał: musimy iść tropem lekarzy i trenerów. Zgoda. Ale jeżeli jeździsz rowerem, to nie ścigasz się po autostradach. Pewnych rzeczy nie zrobimy bez organów ścigania. Z lekarzami-szprycerami jest ten problem, iż oni często nie są częścią środowiska sportowego. Nie ubiegają się o akredytacje na igrzyska i mistrzostwa, nie podlegają Światowemu Kodeksowi Antydopingowemu. Ale jeżeli ci lekarze podają leki bez medycznego uzasadnienia, to jest już powód, żeby służby wkroczyły. jeżeli chcemy dorwać grube ryby, to musimy to robić we współpracy z organami ścigania. Zachęcić je, by się tym zajęły, zbudować zaufanie. Dla nas najlepszy model to uderzenie razem ze służbami w kanały dystrybucji, po którym studiujemy zgromadzone dane i po nitkach wychodzących stąd idziemy po lekarzy i trenerów. Od dwóch lat budujemy system, który ma ułatwić taką współpracę na całym świecie i łowić grube ryby. To się tworzy. Spotkajmy się za trzy lata, jestem pewien, iż już będziemy mogli porozmawiać o grubych rybach.
Wspomniał pan aferę Lance’a Armstronga. To był pana debiut w antydopingu?
- Byłem wtedy w Interpolu szefem wydziału ds. narkotyków. Był 2009 rok, zgłosiła się do nas WADA: pomóżcie nam, chcemy mocniej zaangażować się we współpracę z organami ścigania, to będzie interesujące również dla was. Akurat rozpracowywali Armstronga.
Jaki był tam punkt zaczepienia dla służb?
- Nazywał się Jeff Novitzky i był agentem federalnym. To on prowadził sprawę.
Wcześniej rozbił słynne laboratorium dopingowe Balco i wsadził do więzienia sprinterkę Marion Jones. To jemu Marion złożyła fałszywe zeznania, gdy badał sprawę dopingu jej męża, rekordzisty świata na setkę Tima Montgomery’ego. I to krzywoprzysięstwo zaprowadziło ją za kratki. Dla świata sportu, przyzwyczajonego, iż można się tłumaczyć z dopingu najgłupszymi kłamstwami, to był szok.
- Dziś możecie czytać, iż Armstronga powalił Travis Tygart, szefa amerykańskiej agencji antydopingowej. Ale zrobił to agent Novitzky, on pchał to śledztwo do przodu. I brakowało mu kontaktów do organów ścigania w Europie. Pomogliśmy. Tak poznałem Jeffa. Chciał zrozumieć, co zrobili śledczy z poszczególnych krajów, by przyłapać Armstronga na jakimś potknięciu, zachęcał do wszczynania postępowań.
I co, zobaczył pan świat zepsucia sportowców ze szczytu i pomyślał: chcę się tym zająć?
- Nie do końca. Dzięki temu, iż Interpol zaczął współpracę z WADA, poznałem działaczy agencji - Davida Howmana, który był wtedy dyrektorem generalnym i Olivera Niggli, który jest dyrektorem obecnie. Po tej sprawie wróciłem do policji, ale gdy zaczęły się problemy z Rosją, to WADA sobie o mnie przypomniała i znów padło: pomożesz?
To był 2014 rok, niemiecka telewizja ARD w reportażu śledczym ujawniła systemowy doping w rosyjskiej lekkoatletyce. A pan był jedną z trzech osób zaproszonych przez WADA do zweryfikowania tych oskarżeń. To był pierwszy cios w rosyjski sport, a kilka lat później to pan zadał ten decydujący, gdy pan przyłapał Rosjan na tym, iż zmanipulowali przekazaną WADA bazę danych o wynikach testów. Nie bał się pan nigdy zemsty Rosjan za rozmontowanie im sportu?
- Nie. Bo śledztwo musi się opierać na bezstronnej analizie i na sprawiedliwym oglądzie. Kiedy spotykaliśmy się z Rosjanami, mówiłem im: "Naprawdę nie kłopoczcie się zakładaniem mi podsłuchu, bo ja wszystko co mam do powiedzenia, mówię wam prosto w oczy. Nasze spotkania to jest wasza szansa na wyjaśnienie sprawy ze mną, a potem ktoś inny przejmie ten materiał i oceni, czy to jest wyjaśnienie wiarygodne czy nie". Ja i mój zespół graliśmy z nimi bardzo otwarcie: chcemy tego i tego, musimy to dostać, nie ma tu miejsca na żadne układanie się. My musimy mieć pewność, iż dochodzenie było rzetelne. Moje doświadczenie z 40 lat pracy w policji i ponad dziewięciu lat w WADA jest takie, iż jeżeli jesteś fair wobec drugiej strony i choćby największemu łotrowi stawiasz sprawę jasno i z szacunkiem: taka już moja praca, iż ustalam prawdę, a ty masz wybór, czy pomagać czy mataczyć - to oni to rozumieją i nie czują gniewu na ciebie. Byłeś fair. To się sprawdza w antydopingu, sprawdzało się wcześniej w walce ze zorganizowaną przestępczością, z terroryzmem. Miałem choćby taki czas w pracy zawodowej, iż ścigałem pedofilów. I również w takich dochodzeniach starałem się być wierny tym zasadom. Jest trudno, bo serce się wyrywa do osądzania tych ludzi. Ale musisz pozostać fair. Tylko wtedy będziesz w stanie wyciągnąć z nich tyle, by zbliżyć się do prawdy.
Przesłuchiwał pan pedofilów, terrorystów, mafiosów. Teraz, gdy siada przed panem złapany na dopingu sportowiec, jest pan w stanie się tym przejąć? Co to w ogóle za szkodliwość społeczna w porównaniu do tego, co zrobił pedofil albo gangster?
- Pan ma dzieci. Ja mam dzieci. Sport daje nam szansę uczenia ich w praktyce pewnych wartości. Jak wygrywać w życiu. Jak przegrywać w życiu. Jak pozostać fair. Dlaczego nie wolno oszukiwać. Dla mnie to jest najważniejsza rola sportu. jeżeli będziemy pobłażać oszustom, jeżeli gdzieś odpuścimy walkę z nimi, to wszystko się skruszy. Nie zawsze będziemy tę walkę wygrywać, ale nie wolno nam jej nie podjąć. choćby jeżeli nas przechytrzą, niech żyją z tym, iż zrobili rzeczy społecznie nieakceptowalne. Dlatego tak straszne są Enhanced Games [igrzyska sportowców na dopingu, zaplanowane na 2026 w USA, organizowane przez grupę biznesmenów - red.]. Bo one uderzają w ten system wartości. I nie chodzi o to, iż niektórzy świetni sportowcy zgodzili się w tym wystartować i iż wezmą doping. Chodzi o to, jaki to jest sygnał dla młodych uprawiających sport. Że jednak doping jest cool? Została naruszona jakaś granica, która się wydawała nietykalna. jeżeli nagrody pieniężne są wystarczająco wysokie, to już można brać i można się tym ekscytować podczas Enhanced Games? Jak potem z młodymi ludźmi rozmawiać o tym wszystkim? Doping musi pozostać wyklęty. To jest nasza wspólna odpowiedzialność. Nie tylko WADA, ale każdego rodzica. Dzieci muszą wiedzieć: to jest złe.
Grozi nam, iż młodzi jednak pójdą za Enhanced Games, bo to jest prezentowane jako buntownicze, autentyczne. I będzie zasięgowe w social mediach.
- Dlatego jesteśmy wobec tych zawodów tacy nieprzejednani jako WADA. Nie można temu pobłażać. Źle to świadczy o naszych społeczeństwach, iż nie ma jeszcze mocniejszego sprzeciwu.
Ale społeczeństwa same jadą na dopingu, od świtu do zmierzchu. Pigułka na odchudzanie, pigułka na pobudzenie, pigułka na powiększenie tego i owego. W reklamach po głównym wydaniu wiadomości pojawiają się leki, po których sportowiec wpadłby z pozytywnym wynikiem testu dopingowego. Niedługo zawodowi sportowcy będą najczystszą grupą społeczną, bo oni przynajmniej mają jakieś reguły.
- W pewnym sensie tak jest.
Nie zgubił się w tym wszystkim sens?
- Nie, bo sensem jest utrudnianie oszustom życia i ochrona najsłabszych. Jesteśmy to winni wszystkim tym, którzy wychodzą codziennie na trening i robią to uczciwie. I dzieciakom w siłowniach, którym łatwo dostępny i tani doping niszczy zdrowie. Księdzem ostatecznie nie zostałem, ale we wszystkim co robiłem, chciałem chronić słabszych. Zrelatywizować to wszystko, odpuścić? – nie ma takiej opcji.
Co jest największym wyzwaniem antydopingu w najbliższych latach?
- Kiedy zaczynałem pracę w WADA, to jakieś 20 procent wysiłku, to była polityka, a resztę mogliśmy poświęcić na walkę z dopingiem. A to były czasy afery rosyjskiej. Dziś powiedziałbym, iż proporcje się odwróciły: 80 procent energii idzie w inne sprawy niż łapanie dopingowiczów. Tyle energii zżera polityka. Również research mediów w sprawach dopingowych mógłby być trochę lepszy. Miałem już sytuacje, gdy zgłaszali się do mnie dziennikarze, mówili: mam grubą aferę, będę publikować, proszę o komentarz. Prosiłem o możliwość zapoznania się z dowodami, żeby móc wydać jakiś osąd. I okazywało się, iż to wszystko jest spreparowane. Wasz sygnalista kłamie, możemy wam to zweryfikować. Cała historia poszła do kosza.
Kolejne wyzwanie: mamy ograniczone uprawnienia. Pukamy do drzwi, które są często zamknięte. Nie mamy jak sami zbierać takich dowodów, których od nas wymagają panele dyscyplinarne i Trybunał Arbitrażowy. Nie da się tego zrobić dobrowolnymi przesłuchaniami podejrzanych. Dlatego tak ważni są dla nas sygnaliści. W pewnym sensie jesteśmy jak wy, dziennikarze. Studiujemy dostępne źródła i stawiamy pytania i hipotezy. Dlatego sygnaliści są kluczowi.
Często zmyślają?
- Nie zawsze sygnalista jest szlachetnym człowiekiem. Nie zawsze szlachetne są jego pobudki. Czasem powoduje nim zazdrość, chęć pozbycia się rywala. Częste w sporcie. A czasem sygnalista zgłasza się do nas tylko po to, żeby wybadać, ile wiemy o danej sprawie. Dlatego mamy zasadę, iż nasi śledczy nigdy nie mają bezpośredniego kontaktu z sygnalistą. Zawsze jest między nimi pośrednik, opiekun sygnalisty. On przekazuje informacje śledczemu, on informuje źródło o etapach postępowania. A gdy śledztwo się kończy, menedżer ds. źródeł informacji czyta raport końcowy przed publikacją i ma prawo zażądać wykreślenia jakiegoś fragmentu, jeżeli miałby on naprowadzić na trop źródła.
To ile sygnałów się sprawdza? Np. jeden na pięć?
- Od kiedy mamy platformę Speak Up, zebrało się już 3000 raportów od sygnalistów. Rocznie mamy ok. 500 zgłoszeń. Sporo tych zgłoszeń dotyczy niskich szczebli rywalizacji. Często są to zgłoszenia bardziej dla krajowych agencji antydopingowych. I tam je przekazujemy. Czasami wraca do nas informacja, iż dana sprawa skończyła się udowodnieniem dopingu. A my skupiamy się na tych wątkach, w których to WADA ma pole do działania. Powiedziałbym, iż mniej więcej co dziesiąte zgłoszenie jest takie, iż mówimy sobie: o, to może być coś mocnego. I jeżeli z nich trzy, cztery rocznie kończą się śledztwem uderzającym gdzieś wysoko, jestem naprawdę zadowolony. Rosyjskiego systemu oszustwa nie rozmontowałem ani ja, ani WADA, tylko właśnie dzielni sygnaliści z Rosji. Dlatego musimy być bardzo ostrożni, gdy mówimy "Rosjanie oszukiwali". Jedni oszukiwali, inni pomagali nam to oszustwo odkryć.
Najgłośniejsi z nich to małżeństwo Stiepanowów, sygnaliści bohaterowie wspomnianego reportażu ARD z 2014.
- Oni zostali ujawnieni w mediach. Ale ja miałem również innych sygnalistów przy tej sprawie. Tylko iż ja moich nie pozwalam zidentyfikować. Gdyby to ode mnie zależało, nie ujawniłbym Stiepanowów. Przy pierwszym raporcie McLarena miałem sygnalistów z Rosji, którzy przez cały czas żyją w Rosji, są sportowcami, a niektórzy pewnie już trenerami. I nikt o nich nie wie. Tak się moim zdaniem powinno zarządzać źródłami. I to ci ludzie obalili system dopingu w Rosji. Nie my, nie Amerykanie. Rosjanie. Nie wszyscy są źli w rosyjskim sporcie.

2 godzin temu














![Polskie wersje gier zawsze cieszą, ale Polakom trudno dogodzić [OPINIA]](https://static.android.com.pl/uploads/2026/02/resident_evil_requiem_polski_jezyk.avif)

