Po pierwszym przejeździe można było wątpić, bo Maryna Gąsienica-Daniel zajmowała dopiero 13. miejsce. W drugim Polka jednak przyspieszyła, ambitnie walcząc o podium. I choć skończyła na siódmym miejscu, to do pudła zabrakło naprawdę kilka – ledwie 13 setnych sekundy. Na warunki naszego narciarstwa alpejskiego to świetne zawody, po prostu.
Maryna Gąsienica-Daniel o 13 setnych sekundy od medalu
Gdyby stanęła tu na podium, Adam Małysz musiałby zgolić wąsy, a jej trenerzy włosy z głowy. Nie udało się, ale trudno cokolwiek tu Marynie zarzucić, serio. Każde miejsce w TOP 10 jest dla naszego narciarstwa alpejskiego czymś wyjątkowym. Jak pisaliśmy w zapowiedzi startu Polki: „Czy chcemy sobie przypominać, jak wyglądała sytuacja polskiego narciarstwa alpejskiego, zanim pojawiła się Maryna Gąsienica-Daniel? Pewnie nie, ale powinniśmy. Choćby po to, by zdać sobie sprawę, iż za niedługo może nas czekać do nich powrót”.
Bo i faktycznie, jeżeli Maryna skończy za niedługo karierę – a ma 31 lat – to nie widać na horyzoncie nikogo, kto mógłby notować takie rezultaty. Dziś przecież Polka wykręciła tym 7. miejscem swoją życiówkę, poprawiając 8. miejsce z Pekinu.
Na to, jakie mamy stoki, jakie możliwości i ile czasu – sama o tym mówiła – straciła w karierze, próbując nadrobić przepaść między nią, a rywalkami z państw alpejskich – to jest genialny wynik. A równocześnie i tak go szkoda. W pierwszym przejeździe Maryna jechała przecież znakomicie na trudnej, mało „gigantowo” ustawionej trasie, przypominającej momentami bardziej supergigant, pojawiały się przecież na niej choćby skoki. Dopiero na jednym z ostatnich skrętów popełniła błąd, sporo na tym straciła. I ostatecznie wylądowała na 13. miejscu. Do podium strata nie była jednak aż tak duża, by nie można było marzyć o jej odrobieniu.
Po swoim drugim przejeździe Polka raczej zdawała sobie sprawę, iż z podium się nie uda.
Wylądowała bowiem na drugim miejscu, za Larą Dellą Meą, Włoszką, która znakomicie pojechała w swoim drugim przejeździe. Ale Polka była dosłownie tuż za nią – o osiem setnych. Wydawało się, iż jeżeli jakieś rywalki pojadą gorzej od Włoszki, to i od Polki. A rzeczywistość była inna – bo Larę i Marynę rozdzieliły Julia Scheib i Mina Fuerst Holtmann.
𝐌𝐀𝐑𝐘, 𝐁𝐑𝐀𝐖𝐎 𝐙𝐀 𝐖𝐀𝐋𝐊Ę
Było ostro na zakrętach, było dobrze technicznie!
Maryna ma już zagwarantowane miejsce w pierwszej dziesiątce!
Czekamy na wyniki pozostałych alpejek! #HomeOfTheOlympics
#MilanoCortina2026
pic.twitter.com/43rcrJRfEt
— Eurosport Polska (@Eurosport_PL) February 15, 2026
Wszystkie one mieściły się właśnie w tych 0,08 s. Stawka była niesamowicie zbita. I taka pozostała. Bo prowadzącą Włoszkę wyprzedziły jeszcze Thea Stejernesund i Sara Hector, które… zanotowały dokładnie ten sam czas. Z Dellą Meą wygrały o 0,05 s. Z Maryną – o 13 setnych.
Odskoczyła adekwatnie tylko Federica Brignone, zdobywając swoje drugie złoto. I to wielka sprawa, bo Włoszka… w kwietniu 2025 roku złamała nogę i zerwała więzadła w kolanie. Ale zdążyła wrócić. I na swojej ziemi odniosła wielki, podwójny sukces.
A dziś była genialna. Nie do zatrzymania.
Fot. Newspix
Czytaj więcej o igrzyskach na Weszło:
- Wypalenie, macierzyństwo i szansa na medal. Historia Kai Ziomek-Nogal
- Nie ma złota? Nie szkodzi! To już są bardzo dobre igrzyska
- Władimir Siemirunnij? Jest bardziej polski od wielu Polaków [KOMENTARZ]

3 godzin temu










