Polska 11. na 12 drużyn startujących w konkursie skoków narciarskich na igrzyskach olimpijskich - to wręcz katastrofa. Mikst to dla nas walka tylko o najlepszą ósemkę - o minimum przyzwoitości, a zarazem stypendia ministerialne dla całej drużyny. Niestety, we wtorek do tego zabrakło. I niech to wybrzmi: nie tylko, a może przede wszystkim nie z winy zawodników.
REKLAMA
Zobacz wideo Skoki narciarskie na igrzyskach za darmo? Tak to się robi
Powinniśmy mieć medal. Być może nie jeden
Cztery lata temu w Pekinie powinniśmy mieć w mikście medal. Konkurs był chaotyczny, kilka czołowych reprezentacji zdyskwalifikowano i gdyby nasze zawodniczki oddały trochę lepsze skoki, walczylibyśmy o brąz. Ten sensacyjnie wyrwał jednak mikst z Kanady, Polska zmarnowała wielką szansę. Teraz, w Predazzo, myślenie o medalu nie byłoby realistyczne. Jednak w idealnym świecie adekwatnie powinno takie być - z tak silnym Kacprem Tomasiakiem można byłoby liczyć na więcej, w sprzyjających okolicznościach być może choćby kolejny medal dla naszego 19-latka i całego zespołu.
Dlaczego się nie udało? Bezpośrednia przyczyna to przede wszystkim słabsze skoki naszych pań. Choć sytuacja polskich skoków kobiet wygląda najlepiej od lat, to w skali całej stawki przez cały czas jesteśmy w czarnej dziurze. Jednak to nie wzięło się z niczego. I naprawdę trudno o to obwiniać same zawodniczki.
Hejt, jaki po skokach w Predazzo wylewa się na Polę Bełtowską jest okropny i nieakceptowalny, co świetnie podkreśla oświadczenie Polskiego Związku Narciarskiego. To, iż związek stanął za zawodniczką, jest jedynym słusznym krokiem. Jedno może się jednak nie podobać: w strukturach i wokół związku przez cały czas są osoby odpowiedzialne za to, iż nasze skoki kobiet w tej chwili wyglądają kiepsko. W tym tekście poznacie nazwiska winnych i kulisy tego, jak zaprzepaściliśmy swoją wielką szansę, po czym cierpią teraz głównie zawodnicy.
Słowa Małysza dziś brzmią fatalnie. Żałuje ich, ale nie czuje się winny
Sytuację polskich skoków kobiet opisywaliśmy już szeroko w wielu tekstach na Sport.pl przez ostatnich kilka lat. Przypomnijmy jednak w skrócie, dlaczego jesteśmy tu, gdzie jesteśmy.
2009 rok, Liberec. Skoczkinie pierwszy raz trafiają na mistrzostwa świata. Wcześniej były traktowane w skokach jako piąte koło u wozu i jeszcze długo będą miały do czynienia z wycofanym podejściem do rozwoju ich młodej dyscypliny. Ale to znak: może jednak należy potraktować skoki kobiet poważnie? W końcu można w nich zdobywać medale. Dwa lata później wystartował pierwszy sezon Pucharu Świata, w 2011 roku ogłoszono, iż skoczkinie dostaną swój konkurs na igrzyskach olimpijskich w Soczi. Pierwsze złoto MŚ z Czech przywiozła Amerykanka Lindsey Van, a na igrzyskach w Rosji tytuł mistrzyni olimpijskiej trafił do Niemiec - została nią Carina Vogt. Polek tam nie było.
Bo Polki zadebiutowały w Pucharze Świata w konkursie mikstów w Lillehammer dopiero zimą 2013 roku. O występie na pierwszych MŚ nie było mowy, a debiut w PŚ przyszedł za późno, żeby przygotować zawodniczki na coś więcej niż kompromitację na igrzyskach. Wtedy faktycznie wysyłanie ich tam nie miałoby sensu. Więcej osób zraziłoby się do skoków kobiet, niż apelowało, żeby coś z nimi zrobić.
Wtedy traktowaliśmy skoki kobiet jako dyscyplinę-dziwoląga. To znaczy, tak podchodził do niej przede wszystkim Polski Związek Narciarski za kadencji prezesa Apoloniusza Tajnera. Nie myślano o poważnym podejściu do nowej dyscypliny, panowało raczej przekonanie, iż nie rozwinie się ona na tyle, żeby miało to sens. Wśród tak myślących był choćby Adam Małysz, któremu co jakiś czas, także teraz po kolejnym olimpijskim mikście, wyciąga się jego stary wywiad, udzielony "Super Expressowi". Ma tytuł "To męska sprawa", a Małysz sugeruje w nim zawodniczkom stawiającym pierwsze kroki w jego sporcie, iż są inne, bardziej kobiece dyscypliny - np. skok w dal, który według niego powinien odpowiadać bardziej kobiecej estetyce.
Małysz po latach odniósł się do tych słów. - Nie powiem, iż to była moja wina. Wygłosiłem wówczas swoją opinię. Kiedy jeszcze Pavel Mikeska był naszym trenerem, to na zgrupowaniach dołączała się do nas jedna dziewczyna ze Stanów Zjednoczonych i jedna Czeszka. Ja widziałem wtedy, z czym to się wiąże i co kobiety są w stanie poświęcić dla tego sportu, a czego nie - mówił w rozmowie z Wiktorem Marczukiem ze SkokiPolska.pl. - Teraz pewnie nie powtórzyłbym tamtych słów. Wtedy byłem młodym człowiekiem, który wyraził swoją opinię i powiedział, iż niektóre sporty nie są dla pań. Dzisiaj wszystko poszło do przodu, jest równouprawnienie, a kobiety uczestniczą już praktycznie wszędzie. Jestem tylko człowiekiem, a człowiek jest omylny - przyznał Małysz.
To nie tak, iż za całe zło, które przydarzyło się polskim skoczkiniom, trzeba teraz zrzucić na Małysza. Ale jego wypowiedzi nie pomagały.
15 lat straty do najlepszych, kilka lat zaniedbań. I sekundy ciszy Tajnera w studiu
Debiut w PŚ był jakimś krokiem naprzód, bazą do rozwoju polskich skoczkiń, które zaistniały w międzynarodowej stawce. Niestety, w odbiorze tego debiutu nie pomagało to, iż w mikście w Lillehammer Polska zajęła ostatnie miejsce. Media nazywały to fatalnym wynikiem, niewielu odnotowywało sam fakt zaistnienia Polski na mapie nowego sportu. Jasne było, iż do dołączenia do tych, którzy wówczas tworzyli czołówkę skoków kobiet na świecie, trzeba o wiele więcej niż tylko samych startów. Już wtedy byliśmy o co najmniej dwa, a choćby cztery lata za tymi, którzy stali się "założycielami" kobiecych skoków w PŚ i na MŚ.
Najgorsze jest jednak to, iż nie ruszyliśmy za nimi w pogoń. Mało tego, nasza strata do czołówki zaczęła rosnąć. Przeliczając to na sezony, urosła ona do - tu eksperci się spierają - siedmiu, dziesięciu, a choćby 15 lat!
PZN zdawał się wtedy mieć bardzo jasne podejście: róbmy coś, a jak się nie uda, to trudno. Najwyżej się z tego nie wygrzebiemy. Nikt nie myślał o konsekwencjach, a już broń Boże o tym, czy czegoś sam nie zawalił. Taka jest brutalna prawda, nieważne jak bardzo ktoś będzie mydlił nam oczy.
Najlepiej obrazuje to sytuacja z programu Sport.pl Studio Cortina ze środowego poranka, tuż po wspomnianych zawodach mikstów w Predazzo. - Już mamy lata zaniedbań, bo za późno zaczęliśmy w ogóle szkolenie i inwestowanie w zawodniczki. Inne kraje to robiły wcześniej, my długo stawialiśmy tylko na mężczyzn - mówił dziennikarz Sport.pl Łukasz Jachimiak. Obok niego siedział były prezes PZN, wspomniany Apoloniusz Tajner, który wtedy, na początku rozwoju polskich skoczkiń, wszystkim zarządzał. Nie miał zbyt tęgiej miny, słuchając tego, co mówił Jachimiak. I w żaden sposób nie zabrał głosu.
Fragment z rozmową na temat konkursu mikstów w Predazzo od 2:25:
To zupełnie tak, jak wielokrotnie, gdy Tajner "działał" przy kobiecych skokach. PZN przez kolejne lata po debiucie Polek w PŚ był przekonany, iż więcej się zrobić nie da. Nie wysyłał ich na wiele konkursów, nie myślał o wielkich imprezach, takich jak mistrzostwa świata. choćby gdy okazało się, iż pierwsze młode zawodniczki gotowe do zbierania doświadczenia już mamy - były to Kinga Rajda, Magda Pałasz, czy... Anna Twardosz. Tak, ta sama, która teraz na igrzyskach była dziesiąta na normalnej skoczni.
Urządziliśmy się w czarnej dziurze
Ciekawe, czy w takich osobach jak Tajner teraz kryje się nieco skruchy. I czy żałuje tego, iż nie wysyłał zawodniczek na MŚ w Lahti w 2017 roku, bo "trzeba wzmocnić dziewczyny psychicznie, trzeba postawić na zbijanie kilogramów". Czy dziś pozwoliłby, żeby doszło do sytuacji, w której prezes klubu Rajdy chciał sam zapłacić za jej występ, bo tak proponowano w obliczu braku chęci zezwolenia na start z PZN? I czy kłóciłby się z trenerem kadry Sławomirem Hankusem, dziś ekspertem i trenerem w szkole w Szczyrku, twierdząc, iż "to nie byłoby fair i po sportowemu, gdyby Polki zostały wysłane i zajęły tutaj w konkursie mieszanym siódme, ósme miejsce, dzięki temu, iż mamy takich mocnych chłopaków"? Nie liczyło się, iż inni właśnie tak rozwijali skoki kobiet już lata wcześniej.
Te skandaliczne słowa to jedno. Liczą się jednak przede wszystkim czyny. I to, co wydarzyło się później. Dziewczyny na MŚ w Lahti nie pojechały - zostały w domu i oglądały złoto skoczków w konkursie drużynowym. W mikstach nie wystartowaliśmy, nie było pieniędzy stypendialnych na rozwój. Nie było też zbierania potrzebnego doświadczenia ani sygnału do wspierania naszej kadry i poszczególnych zawodniczek. Nie było niczego.
Na mistrzostwach świata juniorów z tego samego 2017 roku w Park City skoczkinie akurat się pojawiły. I usłyszały tam od jednego z działaczy PZN: "A co wy tu robicie? Nie wiedziałem, iż my was tu wysłaliśmy". Kurtyna.
Wtedy za wszystko współodpowiedzialny był już także Małysz, który w 2016 roku objął funkcję dyrektora ds. skoków narciarskich i kombinacji norweskiej w PZN. Ale Małysz się nie zgadza i mówi, iż to "Polo" wziął na siebie skoki kobiet. Tajner nigdy się do tego nie odniósł, ale wątpię, żeby w pełni się do tego przyznał. I tak mogą się dziś przerzucać tym, kto mógł czy powinien coś zrobić lepiej. A najważniejsze pozostaje to, iż obaj tego nie zrobili.
"Polo" nie miał wstydu. A potem przedobrzyliśmy
W Pjongczangu debiutu olimpijskiego też nie było, ale Tajner dał się przekonać, żeby pozwolić Polkom na wyjazd do Seefeld na MŚ w 2019 roku. Tam zwłaszcza Kamila Karpiel i Kinga Rajda prezentowały już jakiś poziom dzięki temu, jak przygotowali je trenerzy - główny, Marcin Bachleda, i pomagający mu w Beskidach Hankus. Obie akurat zdobyły pierwsze punkty PŚ w Ljubnie, a do Austrii dotarły gotowe do zaskoczenia wszystkich. Indywidualnie Karpiel zajęła 23., a Rajda 34. miejsce. Solidnie, ale prawdziwy szał zrobiło to, jak wsparły skoczków w konkursie mikstów. Szóste miejsce na koniec i sensacyjne trzecie po pierwszej serii to był wielki sukces, a ich skoki trzeba było ocenić naprawdę wysoko.
- Bardzo duży plus, nie ma o czym mówić. To są zresztą dziewczyny, które, ja zresztą widzę, mają bardzo duże i szybkie możliwości poprawy. I czekamy na kolejne dziewczynki w skokach narciarskich! - ogłosił komentujący ten konkurs w TVP Tajner, który wcześniej liczył nawet, ile naszej kadrze zabrakło do medalu. Wyszło mu, iż około 24 punktów, czyli "na styku". A może byłby sensacyjny medal, gdyby ktoś zainteresował się tym wszystkim wcześniej? Niestety, takie pytania wtedy nie padały.
Zastanawiano się za to nad przyszłością polskich skoczkiń. I tu jedną rzecz podkreślmy: wtedy działacze pewnie chcieli dobrze, to już był moment, kiedy zorientowali się, iż warto postawić na kobiece skoki. Jednak żeby dalej się rozwijać, to w kluczowym momencie nie można popełnić błędów. A postawienie na Łukasza Kruczka, zamiast zaufania Bachledzie, było błędem. Ten ruch budził wątpliwości, choć Kruczek miał wtedy jeszcze mocne karty na trenerskim rynku po sukcesach z Kamilem Stochem i kadrą skoczków. Niektórzy myśleli, iż to się może udać - dziś już wiemy, iż się nie udało. A to, co stałoby się, jeżeli Bachleda pozostałby trenerem kadry, jest jednym z największych "gdyby" w nowoczesnej historii naszych skoków.
W erze Kruczka wszystkiego było za dużo. Za dużo mówienia o micie Seefeld, za mało pilnowania stanu faktycznego. Po zmianach w kadrze powstał wewnętrzny konflikt i w taki sposób funkcjonowało to przez wiele lat, aż do 2024 roku. Relacje w kadrze i problemy, które targały skokami kobiet przez ten czas opisał w świetnym tekście na Sport.pl Łukasz Jachimiak. Ja opisywałem kadrę Kruczka po zupełnie nieudanych igrzyskach w Pekinie - po których szkoleniowiec się poddał. Ale odchodząc, zostawił po sobie podzielone środowisko i zawodniczki trenujące każda z innym trenerem. Temu wszystkiemu nie podołał też sukcesor Kruczka Szczepan Kupczak. Dla byłego kombinatora norweskiego to było za duże wyzwanie - nie miał odpowiedniej charyzmy, żeby w tamtym momencie stworzyć z porozbijanych zawodniczek jedną spójną kadrę.
I tak straciliśmy kolejnych parę lat. Owszem, chwilami potrafimy z rywalizować najlepszymi - maksymalny poziom niedaleko najlepszych miała choćby Rajda, która w swoim życiowym konkursie w Oberstdorfie wyskakała szóste miejsce, do dziś najlepszy wynik jakiejkolwiek polskiej zawodniczki w PŚ. Jednak i ona w 2021 roku nie trenowała z tym, który miał rozwijać nasze kobiece skoki. Okazało się, iż za Kruczka i w ciągu tych całych pięciu lat po prostu staliśmy w miejscu. A nie można zapominać, iż straciliśmy coś więcej niż czas. Karierę skończyły Rajda i Karpiel. Ta druga teraz wróciła, ale ma przed sobą przez cały czas długą drogę do odbudowania formy, którą prezentowała wcześniej.
Małysz ściągnął wielkie nazwisko. A trener po roku uciekł do Włoch
Wiosną 2023 roku Małysz zdecydował się na ruch, który wszystkich ucieszył, a jednocześnie zszokował. Sięgnął po odchodzącego z Austrii trenera Haralda Rodlauera - autora wielu sukcesów tamtej kadry. Wydawało się, iż przychodzi tu specjalista, oddany swojej pracy, który - skoro zdecydował się na takie wyzwanie - rozumie je i będzie potrafił się temu w pełni poświęcić. Ale tylko się wydawało.
Rodlauer też nie ze wszystkimi się dogadywał. A w dodatku widać było, iż nie do końca chce tu pracować. Dobrał sobie jako asystenta Stefana Hulę, który właśnie skończył karierę, stworzył spójny sztab, ale z zawodniczkami nie zawsze było mu po drodze. Zwłaszcza z Nicole Konderlą, do tamtego momentu liderką polskich skoczkiń. Jej forma, ale i sytuacja wokół kadry, sprawiła jednak, iż tę pozycję straciła, a w jej miejsce pojawiła się Twardosz. Ta, której nazwisko pojawiało się w naszych kobiecych skokach już od dłuższego czasu i która w 2021 roku na MŚ w Oberstdorfie była najlepszą z Polek. Potem miała jednak problemy mentalne i z chorobą - bulimią. To, iż wróciła najwyższy poziom, jest już godne podziwu. A to był dopiero początek jej rozwoju.
Skupmy się jednak na Rodlauerze, bo jego obecność w Polsce okazała się bardzo krótkim rozdziałem. Austriak przyszedł wiosną 2023 roku, a dwanaście miesięcy później zrezygnował. Powód najlepiej oddaje to, co w polskich skokach - całych - nie gra najbardziej. Przestraszył się reakcji działaczy i mediów, bo coraz częściej słyszał wokół siebie głosy, iż nie pracuje na pełnych obrotach i ze zbyt małym zaangażowaniem. I choć po części to prawda - Rodlauer nie zaprzeczy, iż wiele swoich obowiązków oddawał Huli i iż nie zawsze był najbardziej przejęty losem swoich zawodniczek - to przeraża, iż tak doświadczony trener to zauważył.
Oczywiście, najważniejszym czynnikiem wpływającym na jego decyzję była oferta z Włoch na sezon olimpijski w perspektywie domowych igrzyskach tamtejszej kadry. Nie ma co ukrywać: Rodlauer uciekł w bezpieczniejszy i bardziej wygodny dla siebie rejon. To moralnie trudne do wytłumaczenia i zaakceptowania w Polsce. Ale nie uciekał bez powodu.
Jedni przodowali w działaniach prowadzących do katastrofy. Inni na nie przyzwalali
Rodlauer zwiał, bo widział narastające problemy i nie chciał się z nimi zderzyć. To mocno świadczy o sile tzw. "polskiego piekiełka". Czyli działaczy, członków zarządu PZN i wszystkich wokół, którzy zawsze wiedzą wszystko najlepiej, a sami nie potrafią w niczym pomóc.
Także w czasach prezesa Tajnera i dyrektora Małysza za mało mówiło się o tym, iż to i oni zawiedli. W dokumentach PZN łatwo jednak sprawdzić, iż zbyt wiele nazwisk do dziś się tam nie zmieniło. Ciągle wywołują afery, kogoś niesłusznie krytykują i się kłócą, także między sobą.
jeżeli to czytają, to powiedzą pewnie: "A, to ci z Beskidów!", "A, to ci z Podhala!". Nie, chodzi o wszystkich. Nieważne jak bardzo podzielonych.
Członkowie zarządu powtarzają, iż decyzje podejmują wspólnie, nie zdradzając, kto i co zaproponował. Odpowiedzialność jest więc zbiorowa: Tajner, Małysz, Wąsowicz, Kozak, Gumny, Wieczorek, Kowal, Konior, Pach, Winkiel - to osobny pełniący najważniejsze dla związku i skoków funkcje. Ale odpowiedzialność jest także po stronie tych, którzy "tylko" mieli głos czy uczestniczyli w posiedzeniach i dyskusji - to Blauth, Wuwer, Gajewski, Socha i Majcher [w składzie zarządów 2014-18 i 2018-22 był też nieżyjący od grudnia 2020 roku Jacek Włodyga - red.].
Każdy z nich powinien sobie zrobić rachunek sumienia. Jedni z tego grona przodowali w działaniach, które doprowadziły do katastrofy, inni na nie przyzwalali. Wzruszanie rękami, a w pewnych sprawach choćby ich umywanie, to przez cały czas pewien ruch. jeżeli próbowano coś zatrzymać czy zmienić, to nieskutecznie. A w dokumentach z posiedzeń zarządu zapis "przyjęto jednogłośnie" pojawia się zbyt często.
Kobiece skoki ratują nam "Bolek i Lolek", a życiowe wyniki osiąga "Hannah Montana"
Gdy Małysz usłyszał od Rodlauera, iż ten rezygnuje, sam wyglądał na zrezygnowanego. Kompletnie się tego nie spodziewał. I już przy jego zatrudnianiu mówił, iż jeżeli pomysł z mocnym, znanym nazwiskiem ściągniętym do Polski nie wypali, to on ich chyba więcej już nie ma. Dlatego rozwiązaniem był powrót do punktu wyjścia. Jak w słynnym memie: "Marcin, głupia sprawa...".
Trenerami polskich skoczkiń zostali, tu cytat za Dominikiem Formelą ze Skijumping.pl, "Bolek i Lolek". Tak żartobliwie nazywają swój trenerski duet Bachleda i Hula.
Ten pierwszy trenował kadrę i odnosił z nią sukcesy wcześniej, nie do końca pogodził się z tym, jak został wówczas potraktowany, ale dzięki temu zyskał też motywację, żeby coś komuś udowodnić. - Powiem szczerze: podcięło mi to skrzydła. Fajnie się nam pracowało, było widać, iż to zaczęło iść w dobrą stronę. Mam trochę żalu. A najbardziej o to, iż wcześniej nam tego nie powiedziano, tylko tak nagle to zrobiono. Ja później zostałem w tej nowej trenerskiej grupie, ale wiadomo, iż jako asystent nie miałem kontroli - tłumaczył w długiej rozmowie ze Sport.pl.
Za to Hula to stosunkowo nowa twarz w tym środowisku. Ktoś, kto rozwija się jako trener i, kto wie, może w przyszłości chcieć pójść w to na całego. Obaj z Bachledą mają "dżentelmeńskie porozumienie" - iż są na tym samym poziomie. Nie kłócą się, robią wszystko z interesem zawodniczek ponad własnym i starają się, żeby wyszło jak najlepiej.
Wszyscy byli ciekawi, co z tego wyjdzie. A wychodzi najlepiej w historii. To chyba paradoks, iż gdy wszystko w polskich skokach kobiet się zawaliło, to z tych zgliszczy wyławiamy najlepsze wyniki. Twardosz, którą kiedyś koleżanki nazywały "Hannah Montana", dorosła, zebrała doświadczenie i na włoskich igrzyskach znalazła się w top 10 konkursu na normalnej skoczni. Już latem świetnie się rozwijała i była na podium w Rasnovie, a tu w Predazzo przy pełnej stawce zawodniczek zajęła dziewiąte miejsce. Teraz solidnie punktowała w Pucharze Świata i wykorzystała swój potencjał także w olimpijskich zmaganiach. Gdyby opowiedzieć to komuś dwa, trzy czy cztery lata temu, to nazwałby nas niepoprawnym optymistą. A dziś jesteśmy realistami, mówiąc, iż Twardosz stać na wynik w czołówce, wśród najlepszych zawodniczek na świecie.
jeżeli chcemy wskazać moment, kiedy to wszystko ruszyło, to nie będzie jednak postawienie na Bachledę i Hulę. Obaj podkreślają, iż tu trzeba jednak pewne zasługi oddać Harry'emu. Bo to opisywany wyżej Rodlauer zabierał Polki - w tym Twardosz, Bełtowską, a do tego Natalię Słownik, która w tej chwili zawiesiła karierę - na PŚ i pozwalał im się z nim obyć. Zarówno Bachleda, jak i Hula mówią, iż sporo mu zawdzięczają. A gdy pytamy Rodlauera, czy żałuje swojej decyzji, patrząc na dzisiejsze wyniki Twardosz, to przystaje na chwilę, smutno się uśmiecha i milczy. Jego pożegnanie z Polską było kiepskie, ale trzeba mu oddać, iż przez rok, który tu spędził, trochę udało mu się zdziałać. Jest istotną postacią świata skoków, a to czasem samo w sobie robi różnicę. I z relacji zawodniczek też wynika, iż pomógł im w siebie uwierzyć, iż skakały dzięki niemu z innym nastawieniem.
Szkoda, iż ten ruch nie doszedł do skutku. Do Polski miał trafić ten, który dał złoto Słowenii
Jednak nie wystarczy spojrzeć na polskie skoki kobiet i zobaczyć samą Twardosz czy dobre wyniki w PŚ. To nie takie proste. To wycinek rzeczywistości, a nie jej pełny obraz. Dobrym przykładem jest to, co dzieje się z Bełtowską. Zawodniczka, która zupełnie słusznie wywalczyła sobie miejsce na igrzyskach i przejeździła całą zimę w Pucharze Świata, jest dziś hejtowana - o czym opowiedziała po mikście w Predazzo - za to, iż nie idzie jej na igrzyskach. Najpierw była ostatnia indywidualnie, teraz najsłabsza w polskiej drużynie w mikście. Tylko iż i tak nie mamy kogoś, kto mógłby ją zastąpić.
Obrzydliwe reakcje na jej wyniki pojawiają się, bo wszyscy skupiają się na tym, iż zawodniczka nie jest gotowa pomóc mikstowi czy samemu wejść na wyższy poziom. Znacznie ważniejszym problemem jest, iż ona i tak powinna startować w tej drużynie, choćby jeżeli jest zestresowana czy bez formy. Polskie skoki to dziś 2-3 seniorki w Pucharze Świata albo wokół niego, potem długo, długo nic i dziewczynki tak młode, iż dopiero dzielnie rozwijają się w klubach, albo stawiają swoje pierwsze kroki w skokach. Skąd ta przepaść? Powtórzmy: przez zaniedbania, spóźnione inwestowanie w ten sport i błędne decyzje ludzi na kierowniczych stanowiskach.
Ale żeby ich też ciągle nie krytykować: była szansa na ruch, który mógłby w polskich skokach kobiet wiele zmienić. Po igrzyskach w Pekinie do Polski mógł trafić Jaroslav Sakala. Czech to były skoczek, znajomy Małysza ze skoczni, ale i trener. w tej chwili pracuje w swoim rodzinnym kraju, ale wtedy był jeszcze w Słowenii. Był tam związany z agencją pomagającą sportowcom i zajął się między innymi doprowadzeniem na szczyt Ursy Bogataj - tej samej, która w 2022 roku została mistrzynią olimpijską. Po tym sukcesie PZN chciał ściągnąć Sakalę do siebie i to podobno nie do końca w roli głównego trenera, a kogoś, kto ruszy coś na szerszą skalę, a może choćby zbuduje cały system. Negocjacje były długie, trudne, ale to się jednak nie powiodło.
Na więcej trzeba poczekać trzy-cztery lata. Sukcesy dały nadzieję. "Może złowi się jakiś narybek"
Wielka szkoda, iż nie udało się ściągnąć Sakali do Polski. Specjalista z zagranicy z wielkim doświadczeniem mógłby pomóc w stworzeniu czegoś od podstaw - wsparciu dla klubów i pilnowaniu tego, co dzieje się wewnątrz, edukacji kolejnych młodych trenerów i pilnowaniu tego, żeby wszystko funkcjonowało wspólnie i spójnie. Czy na poziomie kadr, czy lokalnym. Teraz zajmujących się polskimi skokami kobiet jest za mało.
- Na razie jest ciężko. Te młodsze dziewczynki są, ale trzeba jeszcze trzy czy cztery lata poczekać. Fajnie, myślę, iż też te sukcesy ostatnie pokazały tym dziewczynom, iż da się. Że można w Polsce też osiągać dobre wyniki. I to nie tylko te zawodniczki z innych krajów, tylko u nas naprawdę zaczyna funkcjonować i wyglądać. Może przy tym złowi się też jakiś narybek - ma nadzieję Hula.
- W Orlen Cupie skacze w sumie 11 dziewczyn, ale w tej grupie są trzy Słowaczki. Czyli poza naszą czteroosobową kadrą mamy tylko osiem dziewczyn - dodaje Bachleda. - Mam nadzieję, iż ta liczba będzie rosła, ale wiem, iż trzeba naszych dobrych wyników, żeby dziewczynki chciały być na przykład jak Ania Twardosz. I trzeba bardzo dbać o te dziewczynki, które już przyszły skakać. Możliwe, iż byłoby więcej skaczących dziewczyn, gdyby miały swoje grupki. Niestety, dziewczyny gwałtownie rezygnują, gdy trenują z chłopcami i się do nich porównują, a też często czują, iż przez trenerów są traktowane jak piąte koło u wozu. Nie powinno być tak, iż słyszą, iż mają robić to, co chłopcy, bo przecież fizycznie nie są gotowe, żeby tak samo trenować. Przez to się zniechęcają. W klubach powinny być osoby do prowadzenia tylko dziewczynek. Może Asi Szwab się to teraz uda w Zakopanem, gdzie AZS otworzył właśnie sekcję tylko dla dziewczyn. One muszą mieć osobną szatnię, muszą mieć kogoś, kto tylko im się przygląda, dla kogo one są najważniejsze - tłumaczył nam trener.
Problem polskich skoków kobiet jest skomplikowany, ale to historia braku zrozumienia i ciągłego utrudniania sobie i tak wyboistej drogi na szczyt. Dziesiąte miejsce Twardosz na igrzyskach pokazuje, iż się da. Brak Polski w drugiej serii miksta: iż ten wynik niczego nie zatuszuje. Tu przez cały czas potrzeba pracy, wsparcia i szukania możliwości rozwoju. Inaczej - choć teraz postawiliśmy kilka kroków naprzód - znów zaczniemy się cofać.

1 godzina temu










