To, co robi Legia, przejdzie do historii. "Festiwal dziadostwa"

2 godzin temu
Nie tak miał wyglądać debiut Marka Papszuna w Legii. Mimo iż Warszawiaków poprowadził nowy trener, to ci zagrali równie tragicznie jak jesienią. Legia przegrała 1:2 z Koroną Kielce i jest już pewne, iż wiosną będzie grała tylko o utrzymanie w lidze.
Po ostatnim gwizdku sędziego na stadionie rozległy się głośne gwizdy, a piłkarze Legii Warszawa momentalnie uciekli do szatni. Nie tak przy Łazienkowskiej wyobrażali sobie debiut Marka Papszuna. Warszawiacy przegrali 1:2 z Koroną Kielce i wciąż zajmują miejsce w strefie spadkowej ekstraklasy.

REKLAMA







Zobacz wideo To uratuje Legię Warszawa? Kałucki: Nie liczę na cuda Marka Papszuna



Mimo iż zimą w Legii zmieniło się wiele, to w rzeczywistości nie zmieniło się nic. Warszawiacy zagrali koszmarnie i po festiwalu dziadostwa przegrali kolejny mecz w tym sezonie. jeżeli ktokolwiek liczył na to, iż Legia powalczy o awans do europejskich pucharów, po niedzieli nie może mieć złudzeń. Warszawiaków czeka walka o utrzymanie.
Festiwal dziadostwa na Legii
- Nie mamy założeń, iż gramy o mistrzostwo, puchary czy spokojnie się utrzymać. Gramy mecz po meczu. Zaczynamy od Korony i chcemy wygrać - mówił Papszun na piątkowej konferencji prasowej. Nowy trener Legii studził emocje tych, którzy oczekiwali cudownego przebudzenia się Warszawiaków i ataku na czołówkę tabeli. Mecz z Koroną pokazał, iż Papszun wiedział, co robił. Mimo iż zimą w Legii zmieniło się sporo, to na boisku zmieniło się niewiele.
Legia nie będzie grała o puchary, Legia do końca sezonu będzie biła się o utrzymanie. Już pierwszy mecz rundy wiosennej pokazał, iż Papszun z tą kadrą w raptem miesiąc cudów nie dokona. To, co nie działało jesienią, nie poprawiło się w meczu z Koroną.
Warszawiacy mieli problemy z kreowaniem sytuacji bramkowych, a kiedy już je mieli, byli rażąco nieskuteczni. Legioniści popełniali też koszmarne błędy w obronie, a jeden z nich zakończył się drugim golem dla gości. Golem, który zdecydował o kolejnej porażce Legii w tym sezonie.



Papszun w zimowych sparingach wprowadzał zmiany, ale tych - poza ustawieniem na boisku - w niedzielę nie było widać. Nie działał pressing blisko bramki przeciwnika, głupie błędy popełniali obrońcy, nieskuteczni byli zawodnicy ofensywni. Mimo iż Papszun niemal całe spotkanie obejrzał na stojąco, z rękami w kieszeniach, to w środku na pewno się gotował. Bo na grę Legii nie dało się patrzeć.
Długimi momentami to był festiwal dziadostwa. Festiwal, który przez kilkanaście minut ratował skuteczny strzał Bartosza Kapustki z rzutu karnego. Ale choćby to nie przykryło beznadziejnej gry Legii. Dwa gole Mariusza Stępińskiego sprawiły, iż trener Jacek Zieliński pierwszy raz triumfował na stadionie przy Łazienkowskiej. A Legia? Ona musi zmienić się natychmiast, bo spadek do I ligi przestanie być tylko niemrawą wizją, a stanie się realną groźbą niespotykanej w historii klubu zapaści.
Napastnik potrzebny od zaraz
Największy problem, jakiego Papszun nie rozwiązał, to kwestia napastnika Legii Warszawa. A konkretnie jego braku. Jesienią Mileta Rajović zdobył raptem trzy bramki w ekstraklasie, żadnej nie dołożył Antonio Colak. Duet napastników Legii nie był choćby w stanie nawiązać do letniej eksplozji formy Jeana-Pierre'a Nsame, który z powodu poważnej kontuzji nie grał od końca sierpnia.
Rajović, za którego Warszawiacy zapłacili aż trzy miliony euro, stał się obiektem drwin w całej lidze. Duńczyk marnował doskonałe okazje, często bywał niewidoczny, nie pomagał drużynie w rozgrywaniu piłki. Nadzieją i jego, i kibiców na poprawę sytuacji było przyjście Papszuna. Były trener Rakowa nie okazał się jednak magiem.



To, iż Legia wciąż będzie miała problem z brakiem skutecznego napastnika, widać było już w zimowych sparingach. W nich Rajović i Colak zdobyli raptem jedną bramkę. W meczu z Pogonią Grodzisk Mazowiecki (3:2) trafił ten drugi, a w pierwszym rosła frustracja. Ta sięgnęła zenitu w sparingu z Polissią Żytomierz, w którym Rajović podarł koszulkę meczową.
Mimo tego, to właśnie na 26-latka postawił Papszun w pierwszym meczu ligowym. I o ile początek Rajović miał niezły, o tyle skończyło się dokładnie tak jak jesienią. W 10. minucie Duńczyk wpadł w pole karne Korony Kielce i oddał groźny strzał na bramkę Xaviera Dziekońskiego, który jednak odbił piłkę. Ale to było tyle, na co było stać Rajovicia.
26-latek tuż przed przerwą mógł strzelić pierwszego gola w 2026 r. Mógł, ale - co mimo wszystko nie było zaskoczeniem - zmarnował doskonałą okazję, jaką był rzut karny. Ten sędzia podyktował za faul Dziekońskiego na Arkadiuszu Recy, ale bramkarz Korony bez problemu się zrehabilitował po koszmarnym strzale napastnika Legii.






Kiedy w drugiej połowie legioniści otrzymali jeszcze jeden rzut karny, kibice wykorzystali moment, by wyszydzić Rajovicia. W momencie, w którym do piłki podchodził Kapustka, fani skandowali nazwisko duńskiego napastnika. Ten jednak nie wykazał się odwagą i odpornością psychiczną, a Kapustka pewnie strzelił na 1:1.



To, jak ważne jest posiadanie dobrego, skutecznego napastnika, legionistom pokazał Mariusz Stępiński. 30-latek, który wrócił do Polski tej zimy, miał w niedzielę jedną okazję i tę okazję zamienił na bramkę. W 23. minucie doświadczony napastnik wykorzystał dośrodkowanie Tamasa Svetlina, pokazując Rajoviciowi, jak wykańczać bramkowe sytuacje. To samo Stępiński zrobił w końcówce drugiej połowy, stając się bohaterem kieleckiej drużyny.
Koszmarna murawa
Ale po niedzielnym meczu Papszun będzie mógł narzekać nie tylko na Rajovicia. Obaj trenerzy i zawodnicy obu drużyn z pewnością będą mieli wiele zastrzeżeń do jakości murawy na stadionie przy Łazienkowskiej. Murawy, którą Legia wymieniała w tym tygodniu.
W środę w mediach społecznościowych Warszawiacy informowali o pracach na stadionie. "W obecnych warunkach atmosferycznych jest to skomplikowane przedsięwzięcie, jednak prace idą zgodnie z planem i są na zaawansowanym etapie" - pisali legioniści. W niedzielę rano Warszawiacy poinformowali o zakończeniu prac i tym, iż murawa otrzymała niezbędny certyfikat MZPN. Trawa - jak na panujące w Polsce mrozy - we właściwym oświetleniu wyglądała obiecująco. Ale to tylko teoria.
W praktyce boisko średnio nadawało się do gry w piłkę nożną. Murawa była blada, nierówna, twarda i śliska. Już na pierwszy rzut oka widać było białe paski lodu między rolkami. W trakcie meczu widać też było, jak na tej murawie skakała i źle odbijała się piłka.









Obie drużyny potrzebowały kilku minut, by dostosować się nie tylko do siarczystego mrozu, ale też - a może przede wszystkim - kiepskiego boiska. Boiska, przez które w trakcie meczu sporo było wydarzeń zaskakujących, z perspektywy zawodników losowych. Na pewno nie pomogło to obu drużynom w realizowaniu planu na mecz, a przy okazji stanowiło zagrożenie dla ich zdrowia.
Trybuny nie zapomniały
Koszmarna jesień w wykonaniu piłkarzy Legii, wpłynęła też na to, co działo się na trybunach przy Łazienkowskiej. Ostatnie jesienne spotkania były festiwalem rozczarowania, gwizdów, szydery i bluzgów. Nie tylko pod adresem piłkarzy, ale też właściciela Legii - Dariusza Mioduskiego.
Kibice Legii protestowali przeciwko Mioduskiemu, domagając się jego odejścia z klubu. Na ostatnim meczu fani zawiesili choćby doping i nie wspierali zawodników Inakiego Astiza. Mimo iż od tamtej pory minęły prawie dwa miesiące, to w niedzielę przy Łazienkowskiej można było przypomnieć sobie tamte chwile.
"Marek, sprzątnij ten burdel" - skandowali kibice Legii tuż przed meczem, apelując do Papszuna. Kiedy goście zdobyli bramkę na 1:0, "Żyleta" zaczęła skandować dobrze znane z jesieni hasło: "Legia grać, k***a mać". To samo hasło żegnało piłkarzy po pierwszej połowie i witało ich na murawie tuż po przerwie.









W niedzielę oberwało się też Mioduskiemu, któremu kibice - mimo zmiany trenera - nie zapomnieli obecnej degrengolady w klubie. Jeszcze przed meczem na "Żylecie" pojawił się czarny transparent z napisem "Pudel won", odnoszący się do właściciela Legii. Po drugim golu Korony było jeszcze ostrzej. "Mioduski wy********aj" - skandowali warszawscy kibice.
Mecz z Koroną nastrojów w wokół klubu na pewno nie poprawią. Mimo iż zimą w Legii zmieniło się sporo, to na boisku - przynajmniej na razie - nie zmieniło się nic. Drużyna Papszuna męczyła się z Koroną i szczęśliwie wyszarpała punkt. Warszawiacy wciąż są w strefie spadkowej, z której będą mogli wygrzebać się za tydzień. I będzie to spotkanie szczególnie istotne, bo rywalem Legii będzie Arka, która ma nad Warszawiakami punkt przewagi. Mecz w sobotę o 14:45, relacja na żywo na Sport.pl.
Idź do oryginalnego materiału