Takiego meczu Szczęsny w Barcelonie jeszcze nie miał. Aż trudno uwierzyć

21 godzin temu
Zdjęcie: screen/TVP Sport


Jeden wszedł na boisko w końcówce spotkania, drugi rozegrał cały mecz, ale też nieszczególnie się napracował. Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny pomogli Barcelonie pokonać Atletico Madryt 1:0 i awansować do finału Pucharu Króla. Polacy wciąż mają szansę na potrójną koronę w tym sezonie.
Była 74. minuta meczu w Madrycie, kiedy Robert Lewandowski wszedł na boisko w miejsce Ferrana Torresa. Zgodnie z sugestiami Hansiego Flicka kapitan reprezentacji Polski rewanż w półfinale Pucharu Króla zaczął na ławce rezerwowych, ale w podstawowym składzie kolejny raz był Wojciech Szczęsny.


REKLAMA


Zobacz wideo Wojciech Szczęsny powinien zostać w Barcelonie? Kosecki: Będziemy mu bić brawo!


Mimo iż obu Polaków różnił czas spędzony na boisku, to obaj nie mieli wiele do roboty. Wszystko przez wystraszone, bojaźliwe Atletico, które tym razem nie było w stanie zagrozić Barcelonie. To dziwiło szczególnie po dwóch ostatnich meczach obu drużyn, które kończyły się wynikami 4:4 (w Pucharze Króla) i 4:2 dla Barcelony (w lidze).
Bezrobotny Szczęsny
Zero - tyle strzałów na bramkę Szczęsnego oddali w środę piłkarze Atletico. Chociaż takie sytuacje zdarzały się już w meczach z Valencią (7:1), Realem Sociedad (4:0) i Osasuną (3:0), to takiego spotkania jak na Metropolitano Polak w barwach Barcelony jeszcze nie miał.
Wszystkie wymienione wyżej spotkania odbywały się bowiem na Montjuic. Pierwszy raz odkąd Szczęsny wszedł do bramki Barcelony, zdarzyło się, by gospodarze nie oddali celnego strzału. Ta sztuka udała się choćby czwartoligowemu Barbastro.
W to, co działo się w Madrycie, aż trudno było uwierzyć. Nie tylko z uwagi na jakość piłkarzy Atletico i stawkę meczu, ale też na wcześniejsze spotkania obu drużyn. W dwóch poprzednich występach przeciwko madrytczykom Szczęsny puścił aż sześć goli, co stanowiło ponad 35 proc. wszystkich wpuszczonych przez niego bramek w Barcelonie. Tym razem zachował 10. czyste konto w 19. występie. I wciąż nie przegrał meczu, a takiej serii jak on jeszcze nikt nie miał.


W pierwszej połowie w polu karnym Barcelony groźniej zrobiło się tylko raz. To było w 34. minucie, kiedy po dośrodkowaniu z rzutu wolnego nad bramką Szczęsnego uderzył Robin Le Normand. Poza tą sytuacją Polak mógł się solidnie wynudzić.


Barcelona prowadziła po golu Torresa, dominowała i nie dopuszczała Atletico pod własną bramkę. W drugiej połowie gospodarze zagrali odważniej, doskonałą okazję w 52. minucie zmarnował Alexander Sorloth, ale i tak nie udało im się oddać celnego strzału.
A konkretniej mówiąc, zgodnego z przepisami. Tuż po przerwie Szczęsny popisał się świetną interwencją po strzale Antoine'a Griezmanna, ale sędziowie wskazali, iż Francuz był na spalonym. Tak samo było w 69. minucie, kiedy gola strzelił Sorloth.
Występ Szczęsnego można więc ograniczyć do kilku pewnych wyjść z bramki w niegroźnych sytuacjach i pewnych chwytach dośrodkowań. Na pewno nie tego mógł się spodziewać przed kolejną wizytą na Metropolitano.


Krótki występ Lewandowskiego
Od 74. minuty w awansie Barcelonie pomagał Lewandowski. O ile nieobecność kapitana reprezentacji Polski w składzie Barcelony na mecz ligowy byłaby sporym zaskoczeniem, o tyle w Pucharze Króla sprawy mają się inaczej. W tych rozgrywkach Lewandowski w podstawowym składzie znalazł się tylko raz, w pierwszym spotkaniu z Barbastro (4:0). Z Betisem (5:1) i Valencią (5:0) 36-latek nie podniósł się z ławki rezerwowych, w pierwszym półfinale z Atletico (4:4) zagrał tylko 22 minuty.
Jak wyjaśniają hiszpańskie media, wszystko to efekt porozumienia Flicka z Lewandowskim. Niemiec dba o zdrowie doświadczonego napastnika, który będzie mu niezbędny w kluczowych meczach La Liga i Ligi Mistrzów. Zresztą Lewandowskiego mają interesować nie tylko sukcesy drużynowe, ale i indywidualny cel, którym jest druga w karierze korona króla strzelców ligi hiszpańskiej. Na razie Polak ma trzy gole więcej od Kyliana Mbappe i oszczędzanie sił ma pomóc mu w dowiezieniu przewagi do końca sezonu.


Lewandowski dał Barcelonie to, czego oczekiwał Flick. Polak cofał się po piłkę, uczestniczył w rozegraniu, doświadczenie pomagał w utrzymaniu posiadania. Pięć minut po wejściu miał choćby szansę na oddanie celnego strzału po dośrodkowaniu Raphinhi z rzutu rożnego.
Ale jeżeli Lewandowski z jakiegoś powodu - poza awansem do finału - zapamięta tę wizytę na Metropolitano, to z uwagi na starcie z Jose Marią Gimenezem z 81. minuty, kiedy Urugwajczyk potraktował go solidnym kopniakiem w plecy.


Chwilę cierpiał Lewandowski, tylko chwilami w środę cierpiała też Barcelona. Drużyna Flicka po zaskakująco spokojnym meczu awansowała do finału, gdzie czeka ją wielki mecz z Realem Madryt. I drużyna Flicka, i zespół Carla Ancelottiego mają w tym sezonie szansę na potrójną koronę, walcząc jeszcze w La Liga i Lidze Mistrzów.
A wszystkiemu smaczku dodaje rywalizacja Lewandowskiego z Mbappe.
Idź do oryginalnego materiału