Tak polski Jordan zakłamał obraz naszej reprezentacji. Oto brutalna prawda

4 godzin temu
Jordan Loyd sprawił, iż obraz biało-czerwonej reprezentacji i całej polskiej koszykówki jest lepszy, piękniejszy, bardziej ekscytujący. Ale jednocześnie zakłamany, nieprawdziwy i złudny. Świetnego Amerykanina naturalizowaliśmy dlatego, iż sami gracza tej klasy wyszkolić nie potrafimy.
Czy bez Jordana Loyda polscy koszykarze wygraliby mecze ze Słowenią i Izraelem? Prawdopodobnie nie. 32 punkty w pierwszym meczu, 27 i zwycięska akcja w drugim – ekscytujemy się grą Mateusza Ponitki, chwalimy Andrzeja Plutę czy Dominika Olejniczaka, ale nie ma wątpliwości, iż to Loyd jest najlepszym graczem reprezentacji Polski. Ba, jest gwiazdą całego turnieju, zachwycają się nim eksperci i kibice z innych krajów, a zagraniczni dziennikarze regularnie pytają Polaków o kwestie związane z obecnością Loyda w zespole. Ile czasu spędził na zgrupowaniu? Jakim cudem tak gwałtownie wkomponował się w zespół? Jak wyglądał proces jego adaptacji?


REKLAMA


Zobacz wideo Co Marcin Gortat kupił sobie za pierwszą wypłatę w NBA? "Moglibyście tam pływać!"


Ja przed turniejem stawiałem na Sport.pl inne pytania. Napisałem felieton, w którym apelowałem, by Polski Związek Koszykówki dał sobie spokój ze sztucznymi naturalizacjami amerykańskich koszykarzy. Sztucznymi, czyli przeprowadzanymi – jak w przypadku niemającego wcześniej żadnych związków z Polską Loyda – jak klubowe transfery. Jednocześnie, mając świadomość jak złożone i nieoczywiste jest to zagadnienie, kwestionowałem swój tok myślenia pisząc: "I co w tej sytuacji wybieramy? Stuprocentowo naszą reprezentację, której o sukcesy będzie trudniej, czy wzmocnienie legią cudzoziemską, by być spokojniejszym o wynik? Czy jeżeli Loyd, ten ‘polski Jordan’, poprowadzi nas do sukcesu na EuroBaskecie, to wciąż będę kwestionował zasadność sztucznej naturalizacji?"
Cóż, to jest właśnie ten moment, w którym to pytanie można sobie postawić. Loyd w znakomitym stylu poprowadził nas do zwycięstw ze Słowenią i Izraelem - pokazał świetną koszykówkę, skuteczność, odporność psychiczną, wyczucie, waleczność. A po zwycięstwach pisał w serwisie X "Dumna Polska" i wklejał serduszka przy postach informujących o zwycięstwie Biało-Czerwonych. Nie minął miesiąc od momentu, w którym decyzją prezydenta Andrzeja Dudy dostał polski paszport, a już jest bohaterem kibiców.


A także moim. Byłbym hipokrytą, gdybym twierdził inaczej. Zresztą, pisałem o tym na początku wspomnianego felietonu: "Oczywiście, iż będę kibicował reprezentacji Polski na EuroBaskecie – zawsze jej kibicuję, to dla mnie najważniejsza drużyna. Jasne, iż będę trzymał kciuki za Jordana Loyda, licząc, iż będzie gwiazdą i liderem kadry – tak samo jak przez ostatnie 10 lat trzymałem kciuki za A.J. Slaughtera. Z przyjemnością przeprowadzę z Amerykaninem rozmowę po meczu, by kibice dowiedzieli się, co czuje i co ma do powiedzenia".
Loyd bardzo gwałtownie stał się jednym z nas. Widać to po tym, w jaki sposób zachowuje się na treningach i na meczach, słychać w wypowiedziach koszykarzy i trenerów reprezentacji Polski, czuć w pulsujących szacunkiem do Amerykanina mediach społecznościowych. Jordan Loyd stał się Januszem Lojdowskim, koszykarska Polska go pokochała.


Dzięki niemu obraz biało-czerwonej reprezentacji i całej polskiej koszykówki jest lepszy, piękniejszy, bardziej ekscytujący. Ale jednocześnie zakłamany, nieprawdziwy i złudny. Loyda naturalizowaliśmy dlatego, iż sami gracza tej klasy wyszkolić nie potrafimy i kropka.
Jestem za tym, żeby nie robić z reprezentacji Polski klubu, wolałbym, żeby Polska nie korzystała z furtki, którą przed federacjami otwiera FIBA. Jednocześnie nie mam wątpliwości, iż to się nie zmieni. A odpowiedź na pytanie o to, co w tej sytuacji wolimy, pozostawiam czytelnikom. Bo jednej adekwatnej odpowiedzi nie ma.
Idź do oryginalnego materiału