Dekadę temu toczyła się dyskusja jak uatrakcyjnić rywalizację sztafet. Poligonem doświadczalnym były kolejne edycje zawodów World Relays. Pomysłem, który wszedł do kalendarza imprez mistrzowskich, jest sztafeta mieszana. Warto zastanowić się, czy ta konkurencja zdaje egzamin i zyskuje prestiż.
Pomysł połączenia rywalizacji pań i panów miał w założeniach dwa główne cele – uatrakcyjnienie zawodów i zwiększenie dostępności dla krajów, które nie mają dość atletów, by wystawić klasyczne sztafety. Czyli mówiąc nowocześnie inkluzywność i równouprawnienie.
Pierwsze próby mogą dziś wydawać się dość nieporadne. Elementem taktyki miała być decyzja zespołów o kolejności zmian, czyli kiedy pobiegnie kobieta, a kiedy mężczyzna. gwałtownie jednak stwierdzono, iż dysproporcje są zbyt duże i zaczęto z góry ustalać, która płeć ma być reprezentowana na poszczególnych zmianach. Zasada ta obowiązuje od igrzysk w Tokio.
Brak konsekwencji
Kolejnym krokiem było ograniczenie możliwości zmian w składach między eliminacjami a finałem. Czy to dobry krok można dyskutować, ale widać wyraźnie niekonsekwencję decydentów. Spójrzmy tylko na ostatnie mistrzostwa świata. Męska sztafeta USA wymienia po eliminacjach wszystkich zawodników, tymczasem przed finałem sztafety mieszanej dozwolona jest tylko jedna zmiana w składzie. Tu należałoby zapytać skąd tak nierówne traktowanie – jeżeli ograniczamy możliwość zmian, to dla wszystkich sztafet, a nie tylko dla jednej konkurencji.
Kością niezgody jest ustalanie terminarza zawodów, który wpływa na starty indywidualne. Obecna dekada to eliminacje i finał pierwszego dnia mistrzostw świata, co przy jednej dozwolonej zmianie w składzie jest dużym obciążeniem w kontekście trzech biegów na 400 metrów dla najlepszych speców od jednego okrążenia. W Eugene był jeszcze zaplanowany dzień przerwy, ale Budapeszt i Tokio to już pierwsza runda 400 metrów dzień po sztafetach mieszanych, zarówno dla pań, jak i dla panów.
Eliminacje i finał tego samego dnia nigdy nie miały miejsca w przypadku klasycznych sztafet 4 x 400 m. jeżeli dodać do tego eliminacje biegów indywidualnych kolejnego dnia można powątpiewać w sens takiego podejścia. Poniżej garść statystyk na potwierdzenie tej hipotezy.
Statystyki
Spośród uczestników sztafet mieszanych na MŚ w Tokio, kolejnego dnia w porannej sesji wystąpiło czternaścioro z nich. Wynik? 4 na 14! 10 odpadła z rywalizacji indywidualnej na 400 metrów po biegach eliminacyjnych.
Spośród mężczyzn wszyscy czterej uczestnicy finału sztafety mieszanej (Szwed, Doom, Phijffers, Sito) odpadli, dalej przeszedł jedynie inny Włoch (Scotti), który pomógł swojej ekipie awansować, ale opuścił wieczorny bieg finałowy.
Spośród kobiet na 9 członkiń sztafet, pierwszą rundę rywalizacji indywidualnej przebrnęły trzy (w tym Natalia Bukowiecka). Biorąc zaś pod uwagę te panie, które biegały eliminacje i finał, awans uzyskała tylko jedna z czterech – Holenderka Klaver, a z rywalizacją indywidualną pożegnały się Włoszka Polinari, Japonka Matsumoto oraz Polka Justyna Święty-Ersetić.
Zwycięski zespół amerykański składał się z osób, które nie uczestniczą w biegach indywidualnych na 400 metrów. Pozwoliło to w niezmienionym składzie pobiec eliminacje i finał, co było udziałem także ostatniej w finale Japonii. Pozostałe zespoły skorzystały z możliwości dokonania jednej zmiany w składzie zgodnie z regulaminem mistrzostw. Łącznie 38 osób pobiegło w składach sztafet, które znalazły się w finale. Tak więc jedynie nieco ponad jedna trzecia przystąpiła potem do rywalizacji indywidualnie.
Widać jasno, iż duża część ekip nie traktuje tej konkurencji priorytetowo, pomijając w składach swoje gwiazdy, mające walczyć o sukcesy indywidualnie. adekwatnie tylko Polska, Belgia i Niderlandy zdecydowały się eksploatować swoich najlepszych speców od jednego okrążenia. Jedynie Amerykanie posiadają na tyle szeroką kadrę, żeby nawiązać walkę o czołowe miejsca nie wstawiając do składu najmocniejszych. Inne kraje z potencjałem na walkę o medale, rezygnują z niej dokonując wyboru powodowanego kalendarzem startów.
Niestety nie widać, żeby sztafety mieszane cieszyły się prestiżem (nie licząc Polski). Największe gwiazdy jednego okrążenia w większości omijają je szerokim łukiem. Patrząc na programy mistrzostw adekwatnie trudno się temu dziwić. Można zadać sobie pytanie po co komu ta dodatkowa sztafeta w takiej formule?
Nie sprawdza się także postulat, iż taka konkurencja pozwoli włączyć się do rywalizacji krajom, który nie wystawiają klasycznych sztafet. Całe podium zdobyły kraje, które miały wszystkie swoje sztafety w finałach. Pozostałe miały po jednej klasycznej sztafecie z wyjątkiem ostatniej w finale miksa Japonii, choć ich męska 4 x 400 uzyskała 8. czas eliminacji.
Niestety brakuje chyba po stronie władz światowej lekkoatletyki chęci do wsłuchania się w głosy podnoszone już od kilku lat, iż wprowadzenie nowej konkurencji wymaga większej elastyczności przy układaniu programu imprez i znacznie więcej wysiłku, by nadać jej prestiż i popularność.
Co można byłoby zrobić, aby go podnieść?
Zrezygnować z eliminacji i rozegrać jedynie bieg finałowy podobnie jak w przypadku 10000 metrów. Wtedy udział w sztafecie mieszanej nie byłby tak dużym obciążeniem dla największych gwiazd jednego okrążenia. Pozwoliłoby to również uniknąć niezręcznej kwestii dekorowania uczestników eliminacji i dyskusji o dozwolonej liczbie zmian.

3 dni temu