Srebro Tomasiaka, a potem taka klęska. Oto brutalna prawda o polskich skokach

1 godzina temu
W olimpijskim konkursie mikstów na skoczni w Predazzo przeskoczyliśmy tylko Rumunię. Energia polskich kibiców zatrzymałaby Ziemię i ruszyła Słońce, ale polskich skoków może nie ruszyć.
jeżeli ktoś miał nadzieję, iż Kacper Tomasiak wprowadził Polskę ponownie do siódmego nieba skoków narciarskich, to już w czasie konkursu, w którym zdobył srebrny medal, mógł podejrzewać, iż to raczej jest piękna, wzorzysta, kolorowa, bogata, ale jednak zasłonka. Firanka. Robisz ruch ręką, odsłaniasz, a tam dziura. Albo bula. W jeden dzień pogłębiła się albo wybrzuszyła, jak kto chce.

REKLAMA







Zobacz wideo



Kacper Tomasiak jako zasłona niemocy
Podium poniedziałkowego konkursu na skoczni normalnej było co najmniej zaskakujące, jeżeli nie sensacyjne, i ma kilka wspólnego z tym, co się dzieje w tegorocznym Pucharze Świata (zawodnicy na podium są w nim kolejno na miejscach 6, 14, 3 i 24). OK, można powiedzieć: za to kochamy sport, za niespodzianki. Ale urok niespodzianek ma swoje granice, można tutaj tylko skomentować, iż dobrze, iż tym razem przekroczył je akurat Polak.


Dlaczego tak się stało? Dlatego, iż praktycznie nie skacze się na takich małych skoczniach i to już od dawna. Po prostu 100-metrowe skoki nie przemawiają do publiczności i są brutalnie wycinane z kalendarza Pucharu Świata. Takie obiekty-karakany, jak ten olimpijski, nie sprzedają biletów, chyba iż są to igrzyska. Skacze się na coraz większych skoczniach, bo technika skoczków, technologia i zasady bezpieczeństwa na to pozwalają.
Budowniczy, który dostałby dziś zlecenie stworzenia wymarzonej skoczni, choćby nie pomyślałby o K-95, o nie. W tegorocznym Pucharze Świata rozegrano jeden konkurs na skoczni małej, zwanej normalną, choć tak naprawdę jest już bardzo nienormalna. Dwa kolejne odbyły się w Predazzo (drużynowy mikst we wtorek też toczył się na normalnej skoczni) i były to konkursy olimpijskie. Więcej nie będzie. A finał, jak już stało się tradycją, odbędzie się na skoczni w Planicy, na której zawodnik w powietrzu utrzymuje się ładnych kilka sekund dłużej niż na normalnej.
Klęska drużyny mieszanej w Predazzo
Trend jest bardzo mocno ukierunkowany.



Cieszmy się srebrnym medalem Tomasiaka, kapitalnie, iż go wygrał, iż dokonał niemal niemożliwego, iż to mu się udało, ale nie pozwólmy, aby sukces przesłonił to, co naprawdę się dzieje teraz w polskich skokach. Posucha. Niemoc. Bezsiła. Być może wielcy skoczkowie przeszłości zablokowali cały system, który powinien doprowadzać młodszych do wielkich sukcesów, jak to się dzieje w rozwiniętych skokowo krajach, a jednak nie u nas. To nie jest zarzut, ale zaobserwowanie trwania w cieniu wielkiej góry.


To dlatego dzień po srebrnym medalu olimpijskim polscy skoczkowie doznali upokarzającej klęski w konkursie drużyn mieszanych, nie tyle nie wchodząc do ścisłego finału (o to było bardzo trudno, wiem to choćby ja), ile zajmując 11. miejsce na 12. w klasyfikacji generalnej. Zostali pokonani między innymi przez Chiny i Francję. W swoich grupach Polacy zajmowali miejsca 12, 6, 7, 4.
Żyjemy wspomnieniami, a fantastyczne skoki Kacpra Tomasiaka nam te wspomnienia przedłużyły - wiadomo, iż z czymś takim żyje się lepiej. Ja wolę sobie uświadomić prawdę. Marnotrawiona jest gigantyczna energia Polaków. Potencjał, wyzwalany jednym potężnym sukcesem Tomasiaka, zatrzymałby Ziemię i ruszył Słońce. Tylko iż prawdopodobnie nie ruszy polskich skoków.
Idź do oryginalnego materiału