Skandal na całą Polskę po meczu Legii. Granice przekroczone

2 godzin temu
Piłkarze ze spuszczonymi głowami stoją karnie przed wyzywającymi ich kibolami. Z tego obrazu wybrzmiewa wszystko: karmiona bezkarnością kibolska megalomania, zaprzeczenie podstawowej idei kibicowania, psychologiczny absurd, fałsz i obłuda. Nikt wprost tego nie powie, ale kibolskie połajanki częściej piłkarzy żenują, niż motywują - pisze Dawid Szymczak ze Sport.pl
"A jak spadniemy, to wszystkich was zajeb..." - krzyczeli kibole Legii do swoich piłkarzy po zremisowanym 2:2 meczu z Arką. To ostatni przykład zarazy, która od lat toczy polską piłkę i zadomowiła się również na stadionach Pogoni, Śląska, Widzewa czy Zagłębia Lubin. Przyjmie się zresztą wszędzie tam, gdzie zespół rozczarowuje i gra poniżej oczekiwań. Schemat jest prosty: kończy się mecz, kibice są niezadowoleni, więc wzywają zawodników pod trybunę. Niekiedy nie muszą ich choćby zapraszać, bo przystanek pod trybuną jest w rozkładzie na trasie prowadzącej z boiska do szatni. Gdy się ustawią i pokornie spuszczą głowy, zaczyna się festiwal wyzwisk i gróźb. Czasem prozą, czasem sektorową poezją. Zawsze, rzecz jasna, w dobrej wierze - by zmotywować i dosadnie wykrzyczeć parę zdań prawdy, której nie powiedzą "piłkarzykom" trenerzy ani żaden z dyrektorów.

REKLAMA







Zobacz wideo Kosecki nie gryzie się w język: Może ktoś Mioduskiemu pisze te wypowiedzi



Ostatnio w Szczecinie - w grudniu 2025, po remisie z Radomiakiem Radom - kibice byli tak wściekli na piłkarzy, iż swoim groźbom nie nadali choćby rytmu ani rymu. Jeden z hersztów mówił do megafonu: "Jeszcze raz dowiemy się, iż któryś z was był na baletach i obracał nasze dziewczyny, to wjeżdżamy na trening i was wszystkich rozpier******. Nieważne, czy biały, czy czarny. Jesteście jedną drużyną i wszyscy dostajecie wpier***". Ale już po niedzielnym remisie z Bruk-Betem ta sama grupa kibiców wróciła do bardziej skocznego; "Biegać, walczyć i się starać, a jak nie to wypier*****".


Domorośli psychologowie i analitycy, którzy wiedzą, jak przemówić do piłkarzy
W "rozmowach pod płotem" czy też "rozmowach wychowawczych" - w piłkarskim słowniku od lat mamy choćby specjalne określenia na tego typu spotkania - wybrzmiewa przede wszystkim kibolska megalomania. Wyzywający są przecież święcie przekonani, iż wiedzą, jak dotrzeć do piłkarzy i jak im zagrozić, żeby byli zmotywowani do lepszej gry. Nie brak im przekonania, iż to oni stanowią fundament klubu i najczęściej są jedynymi, którzy godnie reprezentują jego wartości. Są też przy tym domorosłymi psychologami i analitykami gry. Wiedzą więc, jak przemówić do piłkarzy, by wreszcie zaczęli grać na miarę potencjału. Widzą też, czego zawodnikom brakuje i czemu zespół przegrywa. Najczęściej - niezależnie od klubu, składu i okoliczności - brakuje zaangażowania, chęci i tzw. serducha. Takiego "serducha", jakie oddają temu klubowi tylko oni, gdy dopingują bez przerwy przez półtorej godziny. To oni najlepiej znają się na piłce i w geście dobrej woli dzielą się wiedzą z zawodnikami, kreśląc plany na następne mecze. Najczęściej chodzi o to, by zaczęli "zapierd****".
Kibole Arki Gdynia, gdy ta jeszcze walczyła o awans do ekstraklasy, na tyle wierzyli w swoją sprawczość, iż pofatygowali się choćby na trening, by uzupełnić przekaz trenera przed kluczowym meczem z GKS Katowice. - To, co się odjeb*** w derbach, woła o pomstę do nieba. Takie rzeczy po prostu nie istnieją i każdy z was to wie. Nie będziemy was za to jeb**, bo już pewnie naczytaliście się tych komentarzy w internecie. (...) W niedzielę macie szansę zmazać całą plamę. Dwanaście tysięcy kibiców na trybunach. Tak iż macie, kur**, mega możliwość naprawienia tego błędu. o ile wy tego nie zrobicie, to ten smród będzie się za wami ciągnął kur** w nieskończoność. My naprawdę na was liczymy, będziecie mieli nasze wsparcie, ale my chcemy widzieć, iż każdy z was da z siebie wszystko. o ile ktoś się nie czuje na siłach, jest już zmęczony końcówką sezonu, czuje, iż głowa mu nie wytrzyma tej presji, to niech powie dzisiaj trenerowi, iż on nie chce grać. Bo my, kur**, nie chcemy widzieć, iż ktoś wyjdzie i się podda w tym meczu. To jest najważniejszy mecz i trzeba to teraz załatwić. Mamy wygrać, a nie, kur**, wychodzić i grać na remis - mówił pierwszy z kibiców. Drugi dodał: "Jeb** te derby, kur**, i jeb** te kur** z Gdańska. To już nie jest ważne. Przyjeżdżają te pastuchy jeb***, kur** brudne na nasz teren i na nasze boisko. Gramy wobec naszych zasad, tak?! Każdy daje z siebie, kur**, wszystko, daje. Serce i charakter do końca, kur**!".
Arka przegrała tamten mecz i została w I lidze na kolejny sezon.



Ale jak kibole mają nie wierzyć w swoją wyjątkowość i nieomylność, jeżeli niemal wszyscy dookoła ich głaszczą i starają się nie nadepnąć na odcisk? Te patologiczne połajanki pod trybuną w samych klubach bywają nazywane "męskimi rozmowami". Rzadko słyszy się, by jakkolwiek klub w takich sytuacjach interweniował i próbował chronić swoich piłkarzy. Arka nieśmiało to zrobiła, oświadczając, iż "klub wyraża zdecydowaną dezaprobatę wobec zaprezentowanej na nagraniu formy i treści wypowiedzi". Alex Haditaghi, właściciel Pogoni, po grudniowym skandalu, stwierdził natomiast, iż komentarze skierowane do piłkarzy przekroczyły granicę. "Nie pozwolimy na to. Nie dzisiaj. Nigdy. Chronimy naszych zawodników. Jesteśmy z nimi w każdej chwili. Niezależnie od zwycięstwa czy walki. To część mojego obowiązku, aby zawsze chronić naszych zawodników, nasz personel i pracowników, naszą drużynę, nasz herb, a także naszych kibiców!" - napisał. Ale to wciąż wyjątki, za którymi i tak nie poszły żadne sankcje.
Wobec chuliganów Legii, którzy pod koniec 2021 r. zaatakowali piłkarzy wracających z meczu w Płocku, również nie zostały wyciągnięte konsekwencje. RMF podał wówczas, iż policja choćby nie dostała w tej sprawie formalnego zawiadomienia, mimo iż przynajmniej dwóch zawodników zostało fizycznie zaatakowanych. Podobnie wyglądało to w 2017 r., gdy piłkarze oberwali od kibiców na parkingu przy Łazienkowskiej po porażce z Lechem Poznań.


Gdzie piłkarze mają godność? Ważniejsze, gdzie ich dzieci chodzą do szkoły
W tych połajankach absurd goni absurd. Zabawne, iż kibolska diagnoza problemów, które trapią zespół, jest niemal zawsze taka sama: brak zaangażowania i chęci. Recepta też: zastrzyk wyzwisk i zastraszania. Zmieniają się w tych klubach trenerzy, szukają rozmaitych rozwiązań, najczęściej dochodzą do wniosku, iż problem jest złożony, długo główkują nad rozwiązaniem, ale kibole wiedzą, iż wystarczy piłkarzom przypomnieć, w jakim grają klubie i dla kogo kopią piłkę, a przy okazji postraszyć ich pobiciem, by ci wreszcie zaczęli grać lepiej. Proste?
Nieważne, iż psychologowie przekonują, iż takie metody mają najczęściej odwrotny skutek i piłkarze, którzy czują presję związaną ze słabymi wynikami i niskim miejscem w tabeli, stresują się jeszcze bardziej. Zresztą, czy tu naprawdę potrzeba doktoratu, by stwierdzić, iż choćby zawodnicy Legii, zestresowani do potęgi, sprawiający chwilami wrażenie wręcz przytłoczonych sytuacją, do której doprowadzili (najjaskrawszym przykładem wydaje się Mileta Rajović, bardzo nieskuteczny napastnik, którzy zaczął tę rundę od zmarnowania rzutu karnego w meczu z Koroną Kielce), zaczną grać lepiej, gdy usłyszą, iż zostaną "zajeb***" w przypadku spadku?



Właśnie - sami piłkarze. Ich perspektywa wydawała mi się najbardziej interesująca, więc zapytałem kilku zawodników - i byłych, i w tej chwili grających w ekstraklasie - co czuli, gdy sami wysłuchiwali wyzwisk pod trybuną. Poprosili o anonimowość. Choć grali w różnych klubach i w różnych latach, to ich refleksje są niemal identyczne: żadnemu z nich to nie pomogło, żaden z nich takiego zaangażowania kibiców nie doceniał, żaden też nie wierzył, iż przyznawane kibicom prawo do emocji może objawiać się w taki sposób. Jednocześnie żaden z nich nie miał pomysłu, co zrobić, by temu zapobiec. Bo który właściciel klubu wypowie własnym kibicom wojnę?
Co ciekawe, cała ta wdzięczność piłkarzy za doping bywa przereklamowana. Wielu zawodników nie rozpływa się nad racowiskami, tylko się złości, iż mecz musi zostać na kilka minut wstrzymany, bo dym utrudnia widoczność i wzięcie głębszego wdechu. Im też nie podobają się niektóre transparenty, pozdrowienia i przyśpiewki. Czasem dziękują za doping, bo tak wypada, bo tak są nauczeni. Co do samych wyzwisk i "rozmów pod płotem", to zwykle albo puszczają je mimo uszu - cytat: "przyjść, odstać swoje, iść do szatni" - albo zrażają się do własnych kibiców, przy okazji niezbyt wysoko oceniając ich intelekt. Większość twierdzi, iż po takiej rozmowie nie gra ani lepiej, ani gorzej.
Dlaczego więc tam stoją i tego słuchają? Czy wręcz - "gdzie oni mają godność? Stać i słuchać, jak cię wyzywają..." - jak dziwił się w sobotę Zbigniew Boniek. - Łatwo się mówi. A co masz zrobić? Są jeszcze trenerzy, którzy wręcz każą wszystkim tam iść i tego wysłuchiwać. Skoro chodzimy do nich po zwycięstwach, to teraz też trzeba iść. Jechali tyle kilometrów... Idziesz całą drużyną. I spróbuj się wyłamać. Chcesz później czytać te wszystkie komentarze? Chcesz dostawać wiadomości, iż masz na siebie uważać? Masz żonę, która pracuje w tym mieście. Masz dzieci, które chodzą tutaj do szkoły. Chcesz później myśleć, czy bezpiecznie wrócą do domu, czy nikt ich nie będzie zaczepiał? - słyszymy.
"Dumni po zwycięstwie, wierni po porażce"? Naiwne i nieprawdziwe.
Idź do oryginalnego materiału