W sobotę przed ligowym meczem z Brentfordem kibice Chelsea kolejny raz w ostatnich miesiącach spotkają się przed Stamford Bridge, by protestować i wyrazić niezadowolenie z sytuacji w klubie. Dobę później na Stade de la Meinau w Strasburgu, w trakcie spotkania z FC Metz, kibice gospodarzy tradycyjnie nie poprowadzą dopingu przez pierwszy kwadrans.
REKLAMA
Zobacz wideo Tajemniczy sponsor Wieczystej nie lubi rozgłosu. "To jest jego zabawka"
Od czerwca 2023 r. Chelsea i RC Strasbourg łączy właściciel, którym jest konsorcjum BlueCo. Dzięki temu co chwilę kluby rotują młodymi zawodnikami, a przed chwilą na Stamford Bridge prosto z Francji przybył też trener - Liam Rosenior. Od kilkunastu miesięcy oba kluby łączy jeszcze jedno: mocna niechęć kibiców do amerykańskich właścicieli. Niechęć, która w Londynie rośnie z tygodnia na tydzień, a w Strasburgu już dawno przerodziła się w otwartą wojnę.
Multiklubowe konsorcja przejmują futbol
- Możemy pokazać naszym młodym supergwiazdom ścieżki, którymi dostaną się do pierwszej drużyny, zapewniając im jednocześnie możliwość gry na odpowiednim poziomie - tłumaczył stojący na czele konsorcjum BlueCo Todd Boehly, gdy Amerykanie niemal równo rok po kupnie Chelsea, przejęli też kontrolę nad RC Strasbourg.
BlueCo stało się kolejną multiklubową spółką, które znamy od dawna. City Football Group to nie tylko właściciel Manchesteru City, ale też konsorcjum, które ma udziały w klubach w USA, Australii, Japonii, Hiszpanii, Brazylii, Urugwaju, Chinach, Belgii, Francji, Włoszech i Turcji. Podobnie działa Red Bull, który "swoje" kluby ma w Niemczech, Austrii, USA, Brazylii, Japonii i jest też udziałowcem w Leeds United oraz Paris FC.
BlueCo - przynajmniej na razie - takiej potęgi nie zbudowało. Działania Boehly'ego i jego biznesowych partnerów porównać można do tego, co w Anglii robi Brighton, którego właściciel - Tony Bloom - mocno inwestował też w belgijski Royale Union Saint-Gilloise. Pieniądze Brytyjczyka pozwoliły urosnąć obu klubom do tego stopnia, iż Brighton pierwszy raz w historii awansował do europejskich pucharów, a Royale Union Saint-Gilloise po 90 latach odzyskał mistrzostwo Belgii i awansował do Ligi Mistrzów. Oba kluby wymieniały się też zawodnikami, czego po transferze z Pogoni Szczecin do Brighton doświadczył Kacper Kozłowski.
Niemal od razu po przejęciu Chelsea Amerykanie z BlueCo zaczęli rozglądać się za drugim klubem. Jak informowały angielskie media, prowadzili negocjacje we Francji, Belgii, Portugalii oraz Ameryce Południowej. W 2023 r. byli bliscy zainwestowania w Bordeaux, jednak ostatecznie postawili na Strasburg, który uznali za lepiej poukładany i bardziej stabilny klub. Klub, który w kilka lat przeszedł drogę od czwartej ligi do Ligue 1.
Według nieoficjalnych informacji, BlueCo za niemal 100 proc. udziałów w RC Strasbourg zapłaciło 75 mln euro. "To dla nas zaszczyt. Będziemy zaangażowani w zachowanie dziedzictwa klubu, a umowa ma na celu zwiększenie naszej obecności w europejskim futbolu. To tworzy nam ogromne możliwości dzielenia się wiedzą i doświadczeniem" - czytaliśmy w oficjalnym oświadczeniu. Ale mimo iż i Chelsea, i RC Strasbourg za rządów BlueCo odniosły już pierwsze sukcesy, polityka amerykańskich właścicieli nie podoba się kibicom, którzy nie chcą ich w swoich klubach.
"Nie spełniacie wymaganych standardów"
W trakcie 22-letnich rządów Romana Abramowicza Chelsea zdobyła aż 21 trofeów. Z klubu z wielkimi problemami finansowymi londyńczycy stali się europejską potęgą, która nie tylko pięciokrotnie triumfowała w Premier League, ale też dwukrotnie wygrała Ligę Mistrzów. Pierwsze lata rządów BlueCo przyniosły tylko dwa trofea. Ale mimo iż w poprzednim sezonie Chelsea wygrała Ligę Konferencji, chwilę później triumfując też w Klubowych Mistrzostwach Świata, zdecydowana większość kibiców nie ma wątpliwości: Amerykanie muszą odejść.
Z przeprowadzonego niedawno sondażu wynika, iż zaledwie 5 proc. kibiców należących do stowarzyszenia Chelsea Supporters Trust ma "duże lub umiarkowane" zaufanie do decyzji podejmowanych przez BlueCo w sprawach sportowych. W sobotę dojdzie do kolejnego masowego protestu przed Stamford Bridge, a w oświadczeniu, zwracając się do klubowych władz, kibice napisali m.in.: "Nie spełniacie wymaganych standardów. Traktujecie nas jak farmę transferową, poświęcając teraźniejszość". Fani domagają się też wyciągnięcia konsekwencji wobec bezpośrednio zarządzającego klubem Behdada Eghbalego oraz dyrektorów sportowych: Paula Winstanley'a, Laurence'a Stewarta, Joe Shieldsa i Sama Jewella. Skąd taka niechęć?
Przede wszystkim stąd, iż w tej chwili Chelsea bliżej do ligowego średniaka niż faworyta do tytułu mistrza Anglii. W pierwszych dwóch sezonach rządów BlueCo - mimo ponad miliarda euro wydanego na transfery - Chelsea nie awansowała choćby do Ligi Mistrzów. Za te niepowodzenia posadami płacili kolejni trenerzy: Thomas Tuchel, Graham Potter i Mauricio Pochettino. 1 stycznia - mimo wspomnianych sukcesów - pracę stracił też Enzo Maresca. Co prawda Chelsea miała za sobą słaby okres, ale głównym powodem odejścia Włocha był jego konflikt z klubowymi władzami.
Maresca miał nie tylko otrzymywać instrukcje dotyczące składu, ale też jego wpływ na politykę transferową klubu był niewielki. A ta od momentu przyjścia BlueCo koncentruje się na sprowadzaniu młodych zawodników o wielkim potencjale. O ile ambicji Amerykanom odmówić nie można, o tyle kibice Chelsea nie są przyzwyczajeni do długofalowych projektów i chcą sukcesów tu i teraz. Na pomysł BlueCo patrzą bardzo nieufnie i domagają się zmian, które pozwoliłyby ich drużynie nawiązać regularną walkę z największymi.
Tych jednak raczej nie można się spodziewać, a zwolnienie Mareski było tego najlepszym dowodem. Dla władz Chelsea od wyraźnego postępu drużyny, która pod wodzą Włocha wróciła do Ligi Mistrzów, ważniejsze było to, iż ten nie podzielał ich wizji. A jeżeli nie myślisz jak oni, możesz szukać pracy gdzie indziej. Od ponad tygodnia Chelsea prowadzi Liam Rosenior, który trafił do Londynu ze Strasburga. To z kolei jeszcze zwiększyło problemy, z jakimi Amerykanie borykają się w "siostrzanym" klubie.
"To symbol największego zła"
Na pierwszy rzut oka działalność BlueCo w Strasburgu przynosi same pozytywy: w poprzednim sezonie drużyna Roseniora zajęła 7. miejsce w Ligue 1 i pierwszy raz od 20 lat awansowała do europejskich pucharów. W nich Francuzi okazali się rewelacją, bo wygrali fazę zasadniczą Ligi Konferencji. Rozwój możliwy był dzięki bardzo poważnym inwestycjom. Od 2023 r. RC Strasbourg wydał na piłkarzy ponad 230 mln euro. Dla porównania: w 2021 i 2022 r. łączna kwota na wzmocnienia była... 23 razy mniejsza. Latem zeszłego roku RC Strasbourg wydał na piłkarzy 110 mln euro, przebijając choćby finansowych krezusów z PSG.
RC Strasbourg jest dziś w kompletnie innym miejscu, niż jeszcze 13 lat temu, gdy drużyna grała w czwartej lidze. BlueCo nie tylko zainwestowało w klub, ale też zachowało w roli prezesa lokalną legendę - Marca Kellera, który w latach 90. był piłkarzem Starsburga, a później odbudował go po bolesnym upadku na dno. Mimo to większość kibiców - a zwłaszcza ci najbardziej zagorzali - traktują Amerykanów jak wrogów i protestują przeciwko nim dużo ostrzej niż fani w Londynie.
"Od dwóch i pół roku podnosimy alarm. Tego już za wiele. Odejście Roseniora to symbol największego zła w nowoczesnym futbolu" - napisali kibice ze Strasburga w oświadczeniu, które wydali po odejściu ich trenera do Chelsea.
Ultrasi sprzeciwiają się multiklubowemu konsorcjum w obawie o przyszłość własnego klubu. Jako przykład fani ze Strasburga podają ES Troyes AC, które po tym, jak stało się częścią City Football Group, dryfuje między Ligue 1 i Ligue 2, a jego stabilność i przyszłość są przedmiotem ciągłych dyskusji i wątpliwości.
Odejście uwielbianego w Strasburgu Roseniora nie było początkiem niechęci do Amerykanów. To tylko - i aż - kolejny punkt zapalny w konflikcie, który trwa praktycznie od samego początku ich rządów w klubie. Mimo iż Keller przekonywał kibiców, iż RC Strasbourg zachowa niezależność i tożsamość, a inwestycje BlueCo pozwolą mu na szybszy rozwój, ci wiedzieli swoje. I dziś podkreślają, iż mieli rację.
Bo rzeczywiście - mimo wyraźnego rozwoju - RC Strasbourg w dużej mierze stał się tym, czego nie chcieli jego kibice: klubem przechodnim, przedsionkiem do Chelsea. Wielkie talenty, które trafiają do Strasburga na wypożyczenie, z jednej strony dają francuskiemu klubowi jakość, ale z drugiej zabierają mu stabilność. W końcu nie da się zbudować stabilnej, dobrej drużyny, z której co chwilę odchodzą trenerzy i piłkarze. A co, jeżeli Amerykanom w końcu znudzi się francuska zabawka? Klub może zostać z niczym, bo od dwóch lat jego polityka transferowa jest ściśle powiązana z Chelsea.
"Macie nas za idiotów"
Latem z wypożyczenia do Strasburga wrócił do Chelsea Andrey Santos, na którym w poprzednim sezonie opierała się druga linia francuskiej drużyny. Za pół roku tą samą drogą podążą kapitan Strasburga - Emmanuel Emegha - oraz podstawowi zawodnicy: obrońca Mamadou Sarr i bramkarz Mike Penders, którzy są wypożyczeni z londyńskiego klubu. Z Emeghą i Sarrem wiążą się historie, dzięki którym można zrozumieć tamtejszych ultrasów.
Emegha był jednym z pierwszych transferów BlueCo do Strasburga. Latem 2023 r. Francuzi zapłacili za niego Antwerpii 10 mln euro. Młody Holender gwałtownie został nie tylko liderem drużyny, jej najlepszym strzelcem, ale też kapitanem. We wrześniu zeszłego roku, w trakcie sezonu Emegha wpadł na chwilę do Londynu, by podpisać umowę z Chelsea, istotną od lipca 2026 r. i zrobić sobie zdjęcie w nowych barwach. Koszt transakcji pozostaje nieznany. Zachowanie Emeghi rozwścieczyło kibiców do tego stopnia, iż po jednej ze zdobytych bramek gwizdali na niego. "Emegha, pionek BlueCo. Zmieniłeś koszulkę, oddaj opaskę!" - głosił transparent wywieszony przez ultrasów.
Nie aż tak pikantna, ale jeszcze bardziej pokręcona jest historia Sarra. 20-latek trafił do Strasburga latem 2024 r., za 10 mln euro z Lyonu. Po zaledwie roku odszedł do Chelsea, ale w niej prawie w ogóle nie zaistniał. Prawie, bo zdążył zagrać 8 minut na klubowych MŚ, po czym z powrotem został wypożyczony do Strasburga.
Na dłuższą metę Francuzi nie mogą mówić o korzyściach z takiej polityki transferowej. Zwłaszcza iż na stałe z Chelsea trafiają do nich albo piłkarze młodzi i niedoświadczeni, albo w Londynie niechciani, jak Ben Chilwell czy Mathis Amougou. Dzięki współpracy obu klubów, z Legii do Strasburga miał trafić Maxi Oyedele, który pokazał się dobrej strony w ćwierćfinale Ligi Konferencji przeciwko Chelsea. W nowym klubie były legionista nie może się jednak przebić do składu.
Ultrasi Strasburga obawiają się o przyszłość klubu i oskarżają Amerykanów o finansowe machlojki. Głośno było latem o historii Ishy Samuelsa-Smitha, który trafił z Chelsea do Strasburga za 6,5 mln funtów, co było około dziesięciokrotnością jego wartości rynkowej. Miesiąc później zawodnik wrócił do Londynu za nieujawnioną kwotę i został wypożyczony do Swansea.
"Samuels-Smith, kupiony za dziesięciokrotność swojej wartości, a 34 dni później sprzedany za nieujawnioną kwotę. Naprawdę mają nas za idiotów" - taki transparent zaprezentowali ultrasi francuskiego klubu, którzy od miesięcy w ramach protestu nie prowadzą dopingu przez pierwszy kwadrans meczów swojej drużyny.
"Chcą tylko młodych piłkarzy. I to jeszcze nie dla nas. Żaden klub nie może funkcjonować w takich warunkach" - przekazywali przed miesiącami ultrasi Strasburga. "Nie jesteśmy niezależnym klubem, nie mamy własnych ambicji". "Jesteśmy wierni naszym wartościom, będziemy walczyć z BlueCo, które nie jest tu mile widziane. Od lat wygrywamy każdą wojnę, wygramy i tę" - dodają protestujący kibice.
Najbardziej zagorzali uderzyli też w Kellera, który w odpowiedzi zaostrzył zasady poruszania się po stadionie i wnoszenia "opraw" i flag. - Ultrasi twierdzą, iż chcą z powrotem swój klub. Wolą być w czwartej lidze, ale na własnych zasadach, niż odnosić sukcesy przy wsparciu Chelsea. To dziwne, ale co można zrobić? - w rozmowie z portalem weszlo.com mówił Cyril Berthet-Olives, dziennikarz "L'Equipe".

2 godzin temu












