Polski sport czekał na to 30 lat. To nie może się więcej powtórzyć

1 godzina temu
Ostatni raz z niczym z zimowych igrzysk wróciliśmy w 1998 roku i teraz to się nie ma prawa powtórzyć. przez cały czas nie jesteśmy sportową potęgą, tym bardziej zimową, ale przed igrzyskami Mediolan/Cortina 2026 widzimy pięć szans medalowych, a jakiś krążek dla naszej kadry to wręcz obowiązek.
Damian Żurek śmieje się, iż osobiście woli pomidorową i rosół, a za żurkiem tak naprawdę nie przepada. Ale to starty Żurka mają być w najbliższych dniach głównym daniem dla polskich kibiców. A może choćby ucztą. Pytanie jest jednak takie: ucztą główną, do której będziemy mieli przystawki, czy ucztą jedyną?

REKLAMA







Zobacz wideo Damian Żurek: Nie mam obaw, jestem spokojny. Wizualizuję sobie olimpijski start, ale nie dmucham balonika



Obawy, iż na rozpoczynających się właśnie igrzyskach Polacy nie za bardzo będą mieli czym się częstować, są uzasadnione, choć oczywiście mamy swoje nadzieje. Konrad Niedźwiedzki, który był medalistą olimpijskim w Soczi w 2014 roku, gdy wywalczył brąz w drużynie panczenistów, dziś jest szefem naszej misji olimpijskiej na igrzyska w Mediolanie i Cortinie d’Ampezzo. Gdy na sto dni przed startem tych igrzysk pytaliśmy go na Sport.pl, czy Polsce nie grozi, iż pierwszy raz w tym stuleciu nie wywalczy ani jednego olimpijskiego medalu, odpowiadał bardzo stanowczo, iż to się nie stanie. – Liczę, iż poprawimy dorobek z poprzednich igrzysk, z Pekinu. Dwa medale to jest plan minimum – przekonywał.
W 2022 roku podczas igrzysk cieszyliśmy się tylko z brązowego krążka, jaki wyskakał Dawid Kubacki. Teraz w skokach taki wynik uznalibyśmy za fenomenalną niespodziankę. Ale teraz - na szczęście - nie samymi skokami polski kibic sportów zimowych żyje. Choć na pewno taki kibic dobrze pamięta, iż od skoków wszystko się zaczęło.
To dzięki Adamowi Małyszowi nasz zimowy olimpizm odżył w 2002 roku po trzydziestoletniej zapaści. Złota w Salt Lake City nie było, ale brąz i srebro ówczesnej gwiazdy skoków to i tak były w naszym sporcie wydarzenia epokowe. Tamte konkursy miały rekordową oglądalność w historii polskiej telewizji. Transmisję w kluczowych momentach, czyli w trakcie skoków Małysza, obserwowało po 20 milionów Polaków.
To były sukcesy, na które już całe pokolenia straciły nadzieję. To był wyskok Polski ze sportowej nicości, bo przecież od złota Wojciecha Fortuny na igrzyskach Sapporo 1972 do brązu i srebra Małysza na igrzyskach Salt Lake City 2002 naprawdę na zimowych igrzyskach nie mieliśmy nic. Nic.



Latem 126 medali, a zimą nic, zero, posucha
Na letnich igrzyskach olimpijskich w Monachium w 1972 roku Polska zdobyła 21 medali, na igrzyskach Montreal 1976 nasza reprezentacja wywalczyła 26 krążków, Moskwa 1980 to były już 32 medale. Los Angeles 1984 zbojkotowaliśmy, bo tak chciał Związek Radziecki, ale potem znów regularnie stawaliśmy na podium. W Seulu w 1988 roku nasi sportowcy wywalczyli 16 olimpijskich medali, w Barcelonie w 1992 roku – 19, z igrzysk Atlanta 1996 Polska wróciła z 17 medalami, a na igrzyskach Sydney 2000 kadra zdobyła 14 krążków. To wszystko działo się w tym samym przedziale czasowym, w którym nasi zimowi olimpijczycy od złotych skoków Fortuny nie wywalczyli ani jednego medalu na igrzyskach kolejno:

Innsbruck 1976
Lake Placid 1980
Sarajewo 1984
Calgary 1988
Albertville 1992
Lillehammer 1994
Nagano 1998

To aż nie do uwierzenia, iż między złotem Fortuny, a medalami Małysza na zimowych igrzyskach przez 30 lat czekaliśmy na jakikolwiek medal, a na letnich polscy sportowcy wywalczyli tych medali aż 126, w tym 35 złotych.
Żurek może pokonać choćby Jordana
Dopiero z wybuchem Małyszomanii ze zgliszczy zaczęło się odbudowywać nasze narciarstwo. Najpierw Małysz osobiście, a później pośrednio, przywrócił Polskę do stołu z medalowym zimowym tortem. W Salt Lake City uszczknął dla nas po kawałku ze srebra i z brązu. W 2006 roku srebrny kawałek dla Polski wziął z tego tortu biathlonista Tomasz Sikora, a brązowy - Justyna Kowalczyk, która wzrastała w już trochę lepszych czasach niż jej starsi koledzy. Dzięki pieniądzom, jakie na sukcesach Małysza zarabiał Polski Związek Narciarski, doczekaliśmy się w końcu całego pokolenia skoczków na olimpijskie medale. Z trzykrotnym mistrzem Kamilem Stochem na czele. Doczekaliśmy się też wspaniałej dwójki snowboardzistów – Aleksandry Król-Walas i Oskara Kwiatkowskiego - również trenujących i startujących pod egidą narciarskiej federacji.
Do narciarzy w naszym zimowym sporcie z czasem dojechali łyżwiarze. Na olimpijskie podium wjeżdżali, jeszcze gdy nie mieli w kraju toru. Teraz mają w Tomaszowie Mazowieckim, mają też nadzieję, iż w końcu oddany im zostanie tor w Zakopanem (choć boli horrendalne opóźnienie - tor miał być gotowy w grudniu 2023 roku, teraz są nadzieje, iż prace skończą się wiosną 2026 roku). A my mamy nadzieje, iż to ta grupa da nam za chwilę dużo radości. Zwłaszcza na torze długim, choć Natalia Maliszewska i spółka na torze krótkim też mogą powalczyć z najlepszymi.



Wspomniany na samym początku Damian Żurek na 14 startów w Pucharze Świata w bieżącym sezonie aż dziewięć skończył na podium. Polak jest drugim zawodnikiem w klasyfikacji olimpijskich dystansów 500 i 1000 metrów. I wygląda na jedynego człowieka, który może pokonać Jordana Stolza - genialny 21-latek z USA w swoim życiu wygrał większość zawodów, w jakich wziął udział! Na 1000 i 1500 metrów jest w bieżącym sezonie niepokonany, a na 500 metrów był dla Żurka nie do złapania aż do dwóch ostatnich startów - dopiero dwa tygodnie temu w swoim ulubionym Inzell w Niemczech Polak dwa razy z rzędu wyprzedził Amerykanina. Żurek pokazał, iż nie przez przypadek był tego niesamowicie bliski już w połowie grudnia w Hamar. Tam panowie jechali w parze i Jordan wygrał z Damianem o zaledwie jedną tysięczną sekundy. W styczniowych sprawdzianach, już ostatnich przed igrzyskami, Żurek zrobił takie wrażenie na wszystkich, iż choćby Amerykanie zaczęli wskazywać go jako jedną z potencjalnych gwiazd włoskich igrzysk.
Mówiąc wprost: brak olimpijskiego medalu dla Żurka w tak znakomitym dla niego sezonie byłby bardzo niemiłą niespodzianką. A tu są naprawdę duże szanse na dwa krążki dla Polaka!
Mamy mamy na medal!
Świetnie na ostatniej prostej do igrzysk wyglądała też nasza najlepsza sprinterka. Kaja Ziomek-Nogal w ubiegłym sezonie wróciła do sportu po przerwie macierzyńskiej. Od razu wróciła też do światowej czołówki. A tej zimy zgodnie ze swoimi zapowiedziami jest lepsza niż kiedykolwiek. W czterech ostatnich startach przed igrzyskami była druga, druga, trzecia i pierwsza. I w sumie w Pucharze Świata jest drugą panczenistką na dystansie 500 metrów. Kaja postawiła tylko na ten dystans. Jej o medal będzie trudniej niż Żurkowi. Za rywalki będzie miała przede wszystkim świetne Holenderki z genialną Femke Kok. Ale jest naprawdę spora szansa, iż w tej formie i z taką determinacją Polka dojedzie do wymarzonego podium z pięcioma olimpijskimi kołami.


Zanim powiemy kilka słów o naszym kolejnym panczeniście na medal, czyli Władimirze Siergiejewiczu Semirunniju, który uciekł z Rosji, potępił Władimira Putina, nauczył się polskiego i już śpiewał "Mazurka Dąbrowskiego", odbierając niedawno złoty medal, zostańmy przy motywacji, jaką ma Ziomek-Nogal. Bo z bardzo podobną na te igrzyska pojechała kolejna mama w naszej kadrze - Aleksandra Król-Walas też ma w domu małą córeczkę. Jej dziecko też tęskni za mamą, która haruje na upragniony medal olimpijski. Niespełna 36-letnia Polka na poprzednich igrzyskach miała pecha trafić w ćwierćfinale na genialną Czeszkę Ester Ledecką. Ale też dopiero po igrzyskach Pekin 2022 Ola wjechała na swój najwyższy poziom - na MŚ 2023 i 2025 wywalczyła brązowe medale. W Pucharze Świata regularnie stawała na podium, w tym wygrywała. Była liderką klasyfikacji olimpijskiego giganta. W bieżącym sezonie też jest mocna – na osiem startów dwa skończyła na drugich miejscach i tylko w dwóch nie dojechała do ćwierćfinałów.








I system, i praca chałupnicza. Oto prawda o polskim sporcie
Król-Walas, jej kadrowy kolega Oskar Kwiatkowski (mistrz świata z 2023 roku) i Maryna Gąsienica-Daniel, która jest w top 10 światowego giganta w narciarstwie alpejskim, mają trudniej niż nasi skoczkowie czy panczeniści. Oni są skazani na wygnanie, bo uprawiają sport z Alpami w nazwie i to w Alpach muszą trenować, a przez to i żyć – na powroty do domów traciliby za dużo czasu.
W trakcie tych igrzysk będziemy poznawać takie historie, jak tej trójki, będziemy słuchać od naszych sportowców, iż nie mają najlepszego sprzętu, iż w Polsce na ich sport nikt tak naprawdę nie stawia. Wciąż nie mamy przecież toru dla saneczkarzy, bobsleistów i skeletonistów, mimo iż oni rywalizują na igrzyskach o w sumie aż 12 kompletów medali. A jak skutecznym można być w lodowej rynnie pokazują Niemcy – cztery lata temu zgarnęli w tych dyscyplinach dziewięć z dziesięciu złotych medali, a do tego jeszcze siedem srebrnych i jeden brązowy. Będziemy słuchali od naszych olimpijczyków, iż choć potrafią być w światowym top 10 czy choćby top 8, to utrzymują się z pracy poza sportem (saneczkarz Mateusz Sochowicz i bobsleistka Klaudia Adamek opowiedzą o tych trudnych realiach na Sport.pl ze szczegółami). Ale mimo wszystko to już nie są czasy Fortuny, który musiał przehandlować zabrane z Polski kryształy na japońskie narty, żeby móc wygrać złoto. To już nie są czasy biegacza narciarskiego Józefa Łuszczka, który walczył ze światową czołówką, mając u boku tylko trenera Edwarda Budnego, przez co na trasach nie dostawał picia, jeżeli towarzysze-trenerzy z "zaprzyjaźnionego" ZSRR nie mieli ochoty go zauważyć. To już nie są czasy Małysza, który do wielkiej kariery startował tak, iż na wyjazdach spał z trenerem w jednym łóżku, bo na drugie nie było pieniędzy.
Te igrzyska mogą być dla nas równolegle o tym, iż działamy metodami chałupniczymi (cytat z saneczkarza Sochowicza), ale iż jakiś system mamy i on jakoś działa. Na pewno w łyżwiarstwie szybkim. A choćby jeżeli chwilowo na załamujący się wygląda ten ze skoków, to przecież jednak wyprodukował Kacpra Tomasiaka, a więc 19-letniego debiutanta na miarę top 10. I wciąż dostarcza kolejnych talentów.
Te igrzyska mogą też być dla Polski opowieścią o tym, jak daje szansę na normalność komuś, kto musiał uciekać z nienormalności. I tu przechodzimy do Semirunnija. Wielka szkoda, iż przez procedury związane ze zmianą obywatelstwa (oficjalnie Polakiem jest dopiero od sierpnia 2025 roku, gdy dokumenty podpisał prezydent Karol Nawrocki) Władek miał mniej okazji niż rywale, żeby wywalczyć sobie prawo startu na igrzyskach nie tylko na 1500 m i na swoim koronnym dystansie, jakim jest 10 000 m, ale również na 5 000 m. W ubiegłym roku na 10 000 m zdobył srebro mistrzostw świata, a na 5 000 m – brąz. Teraz na krótszym z tych dwóch dystansów jest tylko pierwszym rezerwowym. Za to na dystansie najdłuższym uchodzi za jednego z największych faworytów. W Pucharze Świata potrafił błysnąć formą tak wielką, iż wygrywając w holenderskim Heerenveen uzyskał trzeci czas w całej historii tej konkurencji. Gdyby tamte zawody toczyły się na jakimś wyżej położonym torze, to pewnie pobiłby rekord świata.



Chłopak, który w 2023 roku oszukał Rosję, iż jedzie do Polski tylko na treningi, wybrał sobie nasz kraj do życia. Odciął się od reżimu Putina, zostawił wszystko i uznał, iż tu, u nas, rysują się przed nim perspektywy lepsze choćby niż w ojczyźnie jego sportu, w Holandii. Tam Władek zostałby jednym z bardzo wielu, u nas może być numerem jeden. Rok temu już zdobył dla siebie i dla nas srebro i brąz mistrzostw świata, w tym roku został mistrzem Europy i dumnie śpiewał polski hymn. Na igrzyskach z całego serca będzie chciał to powtórzyć. To byłaby piękna historia. Ważna i w wymiarze czysto ludzkim (pokibicować warto też naszej polsko-ukraińsko-rosyjskiej kadrze łyżwiarzy figurowych!), i pewnie przyspieszyłaby kolejne potrzebne zmiany w naszym sporcie.
Wspomniany wyżej Kwiatkowski, czyli nasz snowboardowy mistrz świata, ma wielkie nadzieje, iż po medalach z tej imprezy zdobywanych przez niego i przez Król teraz Polska wywalczy medal olimpijski. I iż wtedy naprawdę snowboard przeżyje w kraju swoje pięć minut, bo na razie jeszcze nie jest odpowiednio rozpropagowany. Ale to samo można powiedzieć o każdym polskim sporcie, zwłaszcza zimowym. Łyżwiarzy w Tomaszowie jest coraz więcej i coraz młodszych – system działa. Skoczków na Podhalu i w Beskidach też nie brakuje. Ale nasi młodzi, obiecujący biathloniści potrzebują infrastrukturalnych inwestycji, o lodowej rynnie już było, a czemu by nie pójść dalej też w mających już jakieś fundamenty łyżwiarstwie i w skokach?
jeżeli w Strategii Rozwoju Polskiego Sportu 2040 wzorujemy się na Słowenii, to pójdźmy za jej przykładem. Ona za chwilę może zgarnąć komplet sześciu złotych medali olimpijskich w skokach. Ile Słoweńcy mają w swoim małym kraju skoczni? Aż 150. A ile ma Polska? Otóż nie doliczymy się więcej niż 25 czynnych obiektów. Czy Słowenia jest bogatsza? W mądrość na pewno. Tam lekarze przepisują dzieciom recepty na sport. Czyli na sfinansowane przez państwo i ogólnodostępne zajęcia z różnych dyscyplin. A my się cieszymy, iż kiedyś zbudowaliśmy Orliki. Świetnie, były bardzo potrzebne. Ale idźmy wreszcie dalej. Szybciej, wyżej, mocniej – jak zachęca stara olimpijska dewiza. Niech Citius, Altius, Fortius dotyczy nie tylko wysiłku podejmowanego przez wyczynowych sportowców, ale i przez kraj. To by się przełożyło i na więcej olimpijskich medali, i na lepsze zdrowie społeczeństwa. I to byłby największy sukces. Ale takiej zapaści, jak między 1972 a 2002 rokiem w zimowym olimpizmie nie przewidujemy. To po prostu nie ma prawa się więcej powtórzyć.
Idź do oryginalnego materiału