No i mamy to. Cztery polskie zespoły zagrają w fazie ligowej europejskich pucharów. Jesień będzie ciekawsza dla polskich kibiców przynajmniej w czwartkowe wieczory.
REKLAMA
Zobacz wideo
Jak się nie ma, co się lubi, to...
Wydawałoby się, iż zgodnie z polskim porzekadłem: "jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma", w całym polskim tzw. środowisku piłkarskim powinny strzelać korki od szampana. Tymczasem tu i ówdzie odzywają się głosy, iż nie ma się z czego cieszyć. Nie ma co liczyć tych uciułanych punktów do rankingu UEFA, bo przecież tegoroczne rozgrywki europejskie znów nam pokazały, iż dwie najważniejsze rywalizacje: Liga Mistrzów i Liga Europy to za wysokie progi dla polskich drużyn. W dodatku mistrz kraju, Lech Poznań przekonał się o tym w dość brutalny sposób. Żadnego postępu w polskiej piłce nie ma, bo tak naprawdę jesteśmy za Azerbejdżanem, Kazachstanem i Cyprem. Te kraje mają swoje drużyny w Lidze Mistrzów, a my nie. Oni grają o wielkie pieniądze, bo przecież nic innego poza Champions League w europejskiej piłce klubowej się nie liczy.
Wygląda na to, iż rację miał Jacek Poniedzielski, który w swojej "Eleganckiej piosence o szczęściu" zaproponował dekonstrukcję porzekadła i śpiewał: "Jak się nie ma, co się lubi, to nie lubi się i tego, co się ma". Dużo w nas malkontenctwa.
Oczywiście nie mam zamiaru nikomu wmawiać, iż polskie drużyny pokazały w pucharach, iż doganiamy Europę. Aż tak dobrze to nie jest. Na cztery polskie drużyny nie patrzę też w kategoriach sukcesu. To etap w drodze, by naprawdę coś znaczyć w Europie. I dowód też na to, iż można w przyszłość patrzyć z optymizmem.
W końcu nauczymy się jak łączyć ligę z pucharami?
Ważne jest, iż aż cztery polskie drużyny awansowały do Ligi Konferencji. To duża szansa nie tylko, by Polska poprawiła swoje miejsce w rankingu UEFA i zyskała choćby to, iż nasze drużyny później będą wchodzić do gry w eliminacjach. Trenerzy zyskają dodatkowy tydzień, czy choćby dwa, by budować formę na sezon. To istotne, bo zbyt wczesne rozpoczynanie sezonu często kończy się dla naszych "eksportowych drużyn" zadyszką w końcu jesieni. Niejeden trener stracił robotę, bo szefowie uznali, iż nie potrafił przygotować drużyny do gry na dwóch frontach. Tyle tylko, iż przygotowanie drużyny do sezonu, gdy zaraz po rozpoczęciu treningów gra się najważniejsze mecze roku, to zadanie z góry skazane na niepowodzenie. Wystarczy przeanalizować występy polskich drużyn w Europie w ostatnich latach.
Trzy tygodnie temu Bogusław Leśnodorski powiedział w wywiadzie dla podcastu Biznes Klasa, iż czeka, aż jakiś polski klub w jednym sezonie klub ekstraklasy będzie grał w fazie grupowej pucharów i wygra mistrzostwo kraju. Ostatnią taką drużyną była Legia Warszawa, gdy Leśnodorski był jej prezesem (sezon 2016/17). Potem, choć teoretycznie w pucharach grają najlepsze kluby ekstraklasy, zawsze dodatkowe mecze na jesieni okazywały się obciążeniem, które uniemożliwiały pokonanie konkurencji w kraju. Zresztą w 2017 roku Legia też nie zdobyłaby mistrzostwa, gdyby obowiązywały wtedy takie zasady jak dziś. Po sezonie zasadniczym, czyli meczach każdy z każdym u siebie i na wyjeździe, liderem była Jagiellonia. Potem jednak punkty zostały podzielone przez dwa i w rundzie finałowej Legia okazała się lepsza od rywali.
W tym sezonie wygląda na to, iż Leśnodorski w końcu się doczeka. Trudno sobie wyobrazić, żeby ktoś spoza czwórki: Lech, Legia, Raków i Jagiellonia sięgnął po mistrzostwo Polski. Ekstraklasa lubi jednak zaskakiwać.
Zhakowaliśmy system. Naprawdę jest się z czego cieszyć
Ale obok rankingu krajowego, pozostało ranking klubowy. Pierwszy decyduje o tym, ile drużyn z poszczególnych lig gra w europejskich rozgrywkach i kiedy te zespoły wchodzą do gry w eliminacjach i fazie ligowej. Natomiast ten drugi istotny jest przy rozstawianiu drużyn w momencie losowania. Dobrze, iż polskie zespoły będą miały okazję spotkać się w Lidze Konferencji ze słabszymi zespołami i otworzyć sobie szanse, by klubowy ranking poprawiać. To zaprocentuje w przyszłości.
Jednym słowem polska piłka naprawdę weszła na ścieżkę, na której może gonić Europę. I oczywiście trzeba przyznać, iż bardziej polega to na tym, iż zhakowaliśmy system, niż poprawiliśmy poziom sportowy. Choć ten ostatni też na pewno jest wyższy niż wtedy, gdy Polska była 30. w rankingu UEFA.
I bardzo dobrze, iż po cwaniacku pniemy się w rankingach. Dość bycia największym frajerem Europy. Do tej pory było bowiem tak, iż nasze stacje telewizyjne płaciły grube miliony euro na transmisje europejskich pucharów, a do polskich klubów wracały z tego nędzne ochłapy. Oczywiście teraz też nie będziemy Brytyjczykami czy Hiszpanami, którzy systemowo mają zagwarantowane to, iż pieniądze, które stacje tv z tych państw płacą UEFA, wracają do nich w postaci nagród w rozgrywkach. Jednak jest szansa, iż będziemy płatnikiem netto w dużo mniejszym wymiarze niż do tej pory.
Nie ma więc co smęcić, iż nie ma nas w Lidze Mistrzów czy w Lidze Europy. Jest przecież szansa, iż możemy wrócić tam na skróty.