Podsumowanie sezonu maratonów 2025

podtworca.blogspot.com 1 dzień temu

Siedzę z kubkiem kawy bezkofeinowej, wspominam maratony zeszłego roku i przepełnia mnie głęboka wdzięczność. Dzisiaj na spacerze słyszeliśmy śpiew wiosennych ptaków. Śnieg zaczął topnieć. Nadchodzi czas eksplorowania ukrytych ścieżek, nim zarosną w lipcu.

W 2025 długich biegów było 4. Trzy z nich opisałem.


Luty: Maraton Etna

https://podtworca.blogspot.com/2025/02/maraton-etna.html





Kwiecień: Maraton Wiłkopedzie

https://podtworca.blogspot.com/2025/05/maraton-wikopedzie-i-otwieranie-czakry.html




Sierpień: Maraton Lecco (Monte Coltignone)

https://podtworca.blogspot.com/2025/08/maraton-ktory-nie-poszed-zgodnie-z.html




Wrzesień: Mały Wielki Bieg Straszyn 2025 (35 km)

Rok wcześniej świętowaliśmy na Małym Wielkim Biegu powrót Tomka do biegania. Niestety na kolejną edycję już się nie dał namówić. Miłość do kolumn 40+ zwyciężyła.

Zatem tym razem Ela zawiozła na start nas tylko trzech: Miśka vel Joszcziego, Piotrka i mnie. Stary, zgrany od lat skład.



Chłodny poranek, koniec września. Moje oczekiwania: poczłapać w strefie komfortu. Biec z góry, truchtać po płaskim, wchodzić pod górę.

Misiek i ja

A tu z Piotrkiem


Ruszyłem z tyłu stawki. Początek wzdłuż malowniczej Raduni. Na podejściu koło elektrowni wodnej przeszedłem w chód. Tradycyjnie nikt w tej fazie nie odpuszczał i biegł pod górkę, więc wylądowałem na ostatniej pozycji. A potem z górki doganiałem peleton i Miśka, który też nie dociskał tego dnia. Jakoś tak wyszło, iż coraz częściej się mijaliśmy, aż się zsynchronizowaliśmy i kontynuowaliśmy bieg razem, jak to już nie raz się zdarzyło w tych kilkunastu latach ubijania nóg.



Trochę pogadaliśmy z innymi biegaczami, trochę z wolontariuszami na punktach odżywczych. Nie zabawialiśmy tam zbyt długo, bo Misiek chciał się zmieścić w 4 godzinach. Ja nie, ale biegło się przyjemnie i dotrzymywałem mu tempa.

Kaszubskie szlaki przemierzamy od lat. Pagórkowate pola, łąki i lasy, czyste jeziora. Kiedyś w każdą niedzielę rano robiliśmy 20-30 km w okolicach Otomina, Kolbud czy Straszyna. Świetna baza do biegów górskich. Trzymaliśmy tempo, planowaliśmy wyprawy i starty. Na 10 byliśmy w domu, gotowi do czynienia rodzinno-domowych obowiązków.


Na pętli powrotnej zacząłem kombinować z oddzieleniem się. Zwolnić. Jakiś podcast albo muzyczka. Ale Misiek zaczął mnie motywować do utrzymania tempa na 4 godziny. W sumie..

I tak mijaliśmy kolejne punkty naszej okolicy. Tempo zaczynało mi doskwierać. Nastawiłem się na lżejsze. Ale choćby to zmęczenie miało swój urok.

Na ostatnim kilometrze przed metą tradycyjnie pojawiły się nowe siły. Wpadłem na zabawny pomysł: odstawię Miśka tuż przed metą, tak jak rok wcześniej Tomka. Kiedy tylko usłyszałem za zakrętem wiwaty i okrzyki z mety rzuciłem do Miśka:

- "A pamiętasz jak kiedyś... chyba już kiedyś o tym mówiłem, ale nie pamiętam, jeżeli mówiłem to mi przerwij...."

i wystrzeliłem do przodu. Aleśmy się chichrali. Lecę 100 metrów, 200. Już ostatni zakręt i.. banan zszedł mi z twarzy. Pomyliłem zakręty, została do pokonania najbardziej stroma górka. Kiedy Misiek mnie mijał rzuciłem za nim Shrekowe:

- "Leć, leć! Ratuj swoją ukochaną!"

I tak mniej więcej zakończyliśmy Mały Wielki Bieg. Na mecie wiadomo: radość, dobre jedzonko w szkolnej stołówce. o ile jesteście biegaczami serio polecam wam dowolny dystans na tej imprezie. Festyn, zabawy dla dzieci, swojska organizacja.


A nasza impreza jeszcze się nie kończyła. Powtarzałem od tygodni, iż wracamy pieszo, żeby dokręcić do maratonu. Tylko Misiek z Piotrkiem zawsze coś cicho siedzieli. niedługo wyszło szydło z worka. Mijaliśmy kościółek w Straszynie, wtedy wzięli mnie z zaskoczenia:

- Wróćmy Mevo (rowery). Przyjedziemy nad stawy koło nas, wypijemy piwo - powiedział Piotrek.

- Ale ja nie mam tam choćby konta...

- To nic trudnego - wyłonił się z drugiej strony Misiek. - Zainstaluj tą apkę, zobacz akurat 3 rowery na nas czekają.



- Ale ja nie chcę podawać numeru karty...

- Nie trzeba - zobacz, tu jest prepaid, zainstaluj, zainstaluj.

Zainstalowałem. Zapłaciłem. Potem okazało się, iż muszę i tak podać kartę, bo wypożyczenie roweru to abonament. Chłopaki przeprowadzali mnie przez cały proces, kiedy ja jeszcze analizowałem co zrobić, jeżeli zadzwoni ktoś ze wschodnim akcentem i zacznie wyciągać kolejne dane.

7 km do domu poszło jak z bicza strzelił. Odstawiliśmy rowery przy stawach i poszliśmy do Żabki po napoje. Zgarnąłem całe dwie puszki 0.25l piwa, podchodzę do kasy, odpinam przepaskę i.. brak karty. Przeszukuję nerwowo przepaskę, spodenki, gacie. Była karta, nie ma karty.

Poszliśmy nad staw. Chłopaki otworzyli piwa, a ja zastrzegałem kartę i zamawiałem kolejną. Dobra, szkoda psuć taki dzień. Otworzyłem puszkę i dołączyłem do imprezy na ławeczce.


Czy już wyglądamy jak stare żule? Chyba jeszcze nie, bo przebiega jakaś dziewczyna, zobaczyła mój medal na szyi i rzuciła, iż też chciała biec w Straszynie, ale dzisiaj nie mogła. Misiek i Piotrek patrzą po sobie zdziwieni, więc jeden wyciągnął medal a drugi chwycił plakietkę z numerkiem i wystawił jak tabliczkę informacyjną. Chwyciło: na drugim kółku dziewczyna zaśmiała się, przystanęła i pogadaliśmy.

Jeszcze fotka pożegnalna i rozeszliśmy się do domów.


Kiedyś dopiero zaczynalibyśmy świętowanie po biegu :)


Idź do oryginalnego materiału