Dobrze wiemy, jak wyglądają w szkołach, zwłaszcza w podstawówkach, pierwsze lekcje po wakacjach lub feriach zimowych. zwykle pada pytanie "Co tym razem robiliście w trakcie czasu wolnego?", a dzieci odpowiadają jedno po drugim gdzie były, jak spędziły czas, być może czego się nauczyły. Teraz możemy spróbować wyobrazić sobie coś podobnego, tylko w wersji piłkarskiej.
REKLAMA
Zobacz wideo Wielkie zamieszanie przed zimowymi igrzyskami. Piesiewicz kontra Małysz
Przerwa między sezonami po norwesku. Jednego dnia grasz sparing, drugiego... upokarzasz wielkich
Zespoły z lig, które w trakcie sezonu mają przerwę zimową, jak np. Ekstraklasa, powracają do gry po zimowych przygotowaniach. "Ja byłam w Hiszpanii i grałam m.in. ze Spartą Praga i Polissią Żytomierz" - odpowiada Legia Warszawa. "Ja wybrałam Turcję i poza sparingami dowiedziałam się, iż czeka mnie rywalizacja z Fiorentiną w Lidze Konferencji" - mówi Jagiellonia Białystok. "Ja też grałem towarzysko z Polakami. Zremisowałem 0:0 z Pogonią Szczecin" - stwierdza czeski FK Jablonec.
Nagle drzwi do piłkarskiej "klasy" się otwierają. Wchodzi spóźnione nieco Bodo/Glimt. To jeden z zespołów, których liga gra systemem wiosna-jesień, oni zawsze po zimie zaczynają później. Zapytany o swoje przygody z zimowej przerwy, norweski klub odpowiada: "Pokonałem Manchester City i Atletico Madryt w Lidze Mistrzów, zapewniając sobie grę w barażach o 1/8 finału, co wydawało się niemożliwe". Pośród reszty drużyn zapada cisza. Wszyscy są w szoku i patrzą na Norwegów, jakby właśnie opowiedzieli jedną ze słynnych wikińskich sag, w których autorzy często lubili "lekko" podkoloryzować. To jednak nie żadna saga czy legenda. To rzeczywistość. Bodo/Glimt w przerwie między sezonami, w której musieli sparingami przygotowywać się do meczów Ligi Mistrzów, pokonało potęgi i dokonało czegoś, co choćby matematycznie było bliskie niemożliwości.
Zespół znikąd daje Europie kolejne lekcje
Norweski zespół nie po raz pierwszy zachwycił piłkarską Europę. Jego historia była opowiadana już wielokrotnie, więc skupmy się na najważniejszych rzeczach. Miejscowość Bodo znajduje się na odległej północy Norwegii, już za kołem podbiegunowym. Mieszka w niej ponad 50 tys. osób, czyli mniej więcej tyle, co w Legionowie - pod względem wielkości Bodo nie ma choćby w top 100 największych norweskich miast. Stwierdzenie, iż ta miejscowość jest pośrodku absolutnie niczego, może zabrzmieć obelżywie, ale, przy zachowaniu pełnego szacunku, jest adekwatne. W norweskiej ekstraklasie tylko Tromso IL ma swój dom dalej na północ.
Mimo to, to właśnie tam swoją siłę zbudował klub, który właśnie zasiadł do jednego stołu z potęgami. Bodo/Glimt bywało już w norweskiej czołówce - choćby w 2003 roku zdobyło wicemistrzostwo kraju. W międzyczasie jednak klubowi w oczy zajrzał upadek, w 2009 roku było naprawdę blisko bankructwa. Zespół uratowała rodzina Bergów, której członkowie od pokoleń związani są z klubem oraz miastem. Runar Berg, czołowy norweski pomocnik na przełomie wieków, potrafił chodzić od domu do domu i namawiać ludzi do pomocy w ratowaniu klubu. Organizował choćby koncerty charytatywne. Stawał na głowie, by ocalić ukochaną drużynę. Udało mu się.
Dziś Bodo/Glimt uchodzi dla wielu za wzór budowania klubu. Przeciwko Atletico w ich wyjściowej jedenastce znalazło się dziewięciu Norwegów. choćby na ławce mieli tylko dwóch obcokrajowców. Obecny trener, Kjetil Knutsen, pracuje tam nieprzerwanie od stycznia 2018 roku i konsekwentną pracą, popartą stuprocentowym zaufaniem, utrzymuje ten klub na topie. Więcej na temat tego, czego wiele polskich klubów mogłoby się od Bodo nauczyć, pisał w Sport.pl Michał Kiedrowski.
To się nie miało prawa udać! Nieco ponad tydzień temu choćby matematyka była dla nich brutalna
My jednak skupmy się na tym, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich dwóch tygodni. Po sześciu kolejkach Ligi Mistrzów sytuacja Norwegów nie była wesoła. Klub miał tylko trzy punkty, wywalczone remisami ze Slavią Praga (2:2), Tottenhamem (2:2) i Borussią Dortmund (2:2). Szans nie dało im za to Galatasaray (1:3), a komplet punktów z północy wywoziły Juventus (2:3) oraz AS Monaco (0:1). Bodo zajmowało ostatnie, 32. miejsce w tabeli fazy ligowej, a ich szanse na awans oceniano na raptem 0,5 procent.
Także z uwagi na rywali, którzy im pozostali w dwóch ostatnich kolejkach. Najpierw do Bodo przyjeżdżał Manchester City, a potem Norwegowie jechali do Madrytu, by grać z Atletico. Zaś wszystko to, jak już wspomnieliśmy, w przerwie między sezonami - liga norweska skończyła grać 30 listopada, Bodo/Glimt zostało wicemistrzem kraju.
- Przed fazą ligową zakładałem, iż jeżeli Bodo ma szukać gdzieś punktów, to na wyjeździe ze Slavią, u siebie z Juventusem i Monaco. Tymczasem oni zdobyli w nich jeden punkt, dlatego wydawało się, iż te trzy ostatnie mecze z Borussią, Manchesterem i Atletico będą na otarcie łez. Trzech wielkich rywali jako nagroda dla zawodników, dla trenerów za całą pracę. Możliwość pokazania się - mówi Sport.pl Paweł Tanona, ekspert od skandynawskiej piłki, a zwłaszcza norweskiej. I zaznacza, iż Bodo już w grudniu przeciwko Borussii pokazało wielki charakter. Wyrwało remis, mimo iż w zespole panowała epidemia i co drugi zawodnik był chory. Walczyli niemal dosłownie do upadłego.
Bodo is the new Stoke. "Chłodny wieczór w Norwegii" straszydłem Europy
Wtedy czynnikiem utrudniającym była choroba, teraz brak rytmu meczowego. Jedyne, na co mogli liczyć, to dwa sparingi z holenderskim Groningen i węgierskim Diosgyori. - Po tych sparingach były prognozy, iż może te dwa mecze Ligi Mistrzów nie skończą się wysokimi porażkami. Lokalni dziennikarze relacjonowali, iż Bodo nigdy nie wyglądało tak mocno w starciach kontrolnych między sezonami, jak teraz - mówi Tanona. Było więc jasne, iż choćby jeżeli zabraknie umiejętności piłkarskich, to charakteru na pewno nie.
O tym charakterze boleśnie przekonał się Manchester City. Bodo w swej historii już nieraz pokazywało, iż wyjazdy na daleką północ i sztuczną murawę potrafią być paskudne choćby dla naprawdę mocnych ekip. Najbardziej traumatyczne wspomnienia ma AS Roma, która w Lidze Konferencji w okresie 2021/22 dwa razy grała z Bodo na wyjeździe (w fazie ligowej oraz w ćwierćfinale) i oba mecze przegrała, z czego jeden sromotnie, bo aż 1:6. Starcie z City było 43. spotkaniem domowym Bodo w europejskich pucharach od sezonu 2020/21 - Norwegowie przegrali tylko osiem z nich. Natomiast tak wielkiej potęgi, jak "The Citizens", Norwegowie nie mieli jeszcze na rozkładzie.
"Gdy wszyscy wiedzą, iż coś jest niemożliwe, przychodzi ktoś, kto o tym nie wie i to robi"
Aż do teraz. Bodo brutalnie wykorzystywało wszelkie błędy Anglików, strzelając im aż trzy gole. Gdy rywale odrobili jedną bramkę, to po chwili z czerwoną kartką wyleciał Rodri, co wbiło Manchesterowi gwóźdź do trumny. Wynik 3:1 oznaczał pierwsze w dziejach norweskiego klubu zwycięstwo w fazie ligowej Ligi Mistrzów. Angielskie media demolowały wręcz "The Citizens" po tym spotkaniu, a w Bodo... W Bodo euforia była wciąż nieco ograniczona - aby mieć szanse na baraże, trzeba było jeszcze wygrać na wyjeździe z Atletico. Bez skandynawskiego klimatu, bez sztucznej murawy, w jaskinia lwa - z lwem, który nikogo w tym sezonie jeszcze nie wypuścił w całości. Wszelkie porażki, jakie zespół Diego Simeone poniósł we wszystkich bieżących rozgrywkach, miały miejsce na wyjazdach.
Jednak piłkarscy bogowie zaplanowali już awans dla Bodo. Norweski klub oczywiście wygrał w Madrycie 2:1 - przede wszystkim dzięki własnym umiejętnościom i odważnej grze, choć trzeba przyznać, iż szczęście też mu sprzyjało. Atletico dwukrotnie sprawdziło wytrzymałość poprzeczki, a jednego gola anulował im VAR z uwagi na pozycję spaloną. Szczęściu jednak zawsze trzeba pomóc, a Bodo pomogło. - Biorąc pod uwagę, co mówili sami piłkarze, oni chyba dali sobie wmówić, iż są w stanie to zrobić. Że mogą pokonać każdego. Że wyjdą na boisko, a naprzeciwko stanie jedenastu facetów takich samych jak oni - ocenia Tanona.
Bohater "przesiąknięty" Bodo. Takie przypadki to ich specjalność
Zdecydowanie największym bohaterem Bodo był w tych starciach Kasper Hogh. Duńczyk strzelił łącznie trzy gole Atletico oraz Manchesterowi, choć jeszcze trzy lata temu mógłby czegoś takiego dokonać tylko grając na konsoli. W 2023 roku trafił do norweskiego Stabaek - miał wówczas 23 lata, a na koncie raptem cztery gole na poziomie wyższym niż duńska II liga. Po przeprowadzce strzelił dwa razy tyle w 17 spotkaniach dla Stabaek i mimo wszystko dość niespodziewanie zwrócił na siebie uwagę Bodo. I za kołem podbiegunowym eksplodował z formą - trafienie z Atletico było jego golem nr 43 dla Bodo. Do osiągnięcia tego wyniku wystarczyły mu 83 mecze.
- To jest książkowy przykład z gatunku tych wszystkich zawodników, których Bodo regularnie wyszukuje i wyciąga z mniejszych klubów. Wpasowuje ich w swój system, a oni w tym systemie kwitną. Hogh to jest właśnie taki piłkarz, którego wyciągnęli znikąd i on się na przestrzeni tych dwóch lat bardzo rozwinął. Już pojawiają się doniesienia, iż angielskie Norwich daje za niego 8 milionów euro. Celtic Glasgow też go ma na celowniku. Bodo spokojnie powinno wynegocjować choćby wyższą cenę - mówi o Duńczyku Tanona.
Efektem wieloletniej pracy Knutsena, spójnej wizji i wyszukiwania ciekawych piłkarzy tam, gdzie inni niechętnie choćby patrzą, jest właśnie to, co wydarzyło się w środowy wieczór. Awans na 23. miejsce w fazie ligowej Ligi Mistrzów, wywalczone wbrew wszelkiej logice. Miejsce w barażach o 1/8 finału, gdzie czeka ich dwumecz z potęgą - rywalem Bodo/Glimt będzie w nim Inter Mediolan z Piotrem Zielińskim w składzie. Ale po tym, co właśnie zrobili Norwegowie, nikt im nie wmówi, iż tym razem już po nich.

2 godzin temu
















