Marzec 2022 roku, Planica. Polscy skoczkowie dowiadują się od PZN o odejściu Michala Doleżala i wychodzą do dziennikarzy z jasnym przesłaniem: "Stoimy murem za naszym trenerem". W wywiadach uderzają w decydentów ze związku, grożą końcem karier i mówią, iż nie wiedzą, co dalej. Po tym, jak związek nie wybrał "ich" trenera, wszczynają bunt. Na koniec Doleżal odchodzi jednak do Niemiec, a oni są zmuszeni zaakceptować wybór związku.
W Planicy wszystko z boku obserwuje Thomas Thurnbichler, który prowadzi rozmowy ze PZN i jest kandydatem do zastąpienia Doleżala. Ale wręcz boi się na widok tego, co robią zawodnicy.
REKLAMA
Zobacz wideo Polscy skoczkowie mają nowego trenera. Thurnbichler się pożegnał
Thurnbichler podpisał na siebie wyrok. Mógł mieć deja vu
- "Thuri" się tego wszystkiego wystraszył. Widać było, iż ciężko mu się odnaleźć w tej sytuacji. Do tego nikt nie mógł znaleźć Adama Małysza, bo ten wyjechał z Planicy, nie chcąc, żeby konflikt pomiędzy skoczkami a związkiem jeszcze narastał - zdradzał w rozmowie ze Sport.pl Alexander Pointner, który był wtedy w kontakcie z Thurnbichlerem. - Nagle dostałem wiadomość na WhatsAppie. Thomas napisał: "Nie przejdę do Polski. Nie mogę tego zrobić, nie odejdę z austriackiej kadry. Świętujemy w Grossarl, kolejne dwa dni mam wolne. Już to przemyślałem" - dodał były legendarny trener Austriaków.
Pointner miał wówczas przyjść do Polski w roli szefa skoków i rozpocząć nową erę - projekt, który rozwinie tu przyszłość całej dyscypliny. Ale ostatecznie nie porozumiał się ze związkiem i zaproponował nam Thurnbichlera. Później, choćby gdy ten już powiedział, iż zostaje w Austrii, pomógł przekonać młodego szkoleniowca do przyjścia do Polski. I "Thuri" się zgodził.
Tak Thurnbichler po raz pierwszy w karierze został trenerem głównym kadry narodowej i to w obcym dla siebie kraju. Przyjął na siebie spore wyzwanie: miał świadomość, iż godzi się na prowadzenie kadry, w której pozostają starzy mistrzowie, ale są też skoczkowie, którzy mają pomóc załatać dziurę pokoleniową. A jego zadaniem będzie jeszcze rzucanie okiem na utalentowanych juniorów oraz na cały system i to co leży u podstaw naszej piramidy szkolenia.
Z perspektywy czasu widać, iż Thurnbichler podpisał kontrakt z Polską, ale równocześnie podpisał wyrok. Na samego siebie.
Już na starcie Austriak widział na własne oczy, co może się stać, gdy ktoś zrobi coś, z czym nie zgadza się tzw. starszyzna. Widział, jak w praktyce wygląda brak zaufania i jak trudna może być próba odbudowania go w pojedynkę. Adam Małysz wtedy od razu wyjechał ze Słowenii, bo wiedział, iż sprawa będzie potrzebowała czasu, a jednocześnie przestraszył się zderzenia z konsekwencjami swoich ruchów. I teraz, w 2025 roku, Thurnbichler płaci za to, iż myślał, iż uda mu się w tym układzie przetrwać. Miał w nim być do przyszłorocznych igrzysk, ale właśnie odchodzi. Choć biorąc pod uwagę, jak ten układ wyglądał, to trzeba przyznać, iż i tak wszystko utrzymało się dość długo.
Thurnbichler w ostatnich dniach w Planicy mógł mieć deja vu. I przeżywał to, czego nie doświadczył trzy lata wcześniej Małysz. Sam mówi, iż pogodził się już ze swoim losem i na pogodzonego wygląda. Zeszło z niego wszystko, co wcześniej chwilami go przygniatało. Czyli to, iż nie ma narzędzi, żeby pracować tu inaczej i dać polskim skokom sukcesy.
Jakoś to będzie. kilka się zmieniło od 1 stycznia
1 stycznia, w dniu noworocznego konkursu Turnieju Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen, opublikowaliśmy na Sport.pl zakulisowy tekst "Katastrofa polskich skoczków. Koniec tajemnic. Oto cała prawda o kadrze", który zdradzał wiele z tego, co działo się wewnątrz kadry. Był środek sezonu, wyniki robiły się wręcz katastrofalne i było widać, iż Thurnbichler nie ma kontroli nad większością swojego zespołu. Że choć świetną formę złapał jedyny w pełni ufający mu zawodnik - Paweł Wąsek, który potem zaczął notować absolutnie życiowe wyniki - to wyszło na jaw, iż z jego relacjami z innymi skoczkami dobrze nie jest.
Ówczesny dyrektor skoków i kombinacji w PZN Alexander Stoeckl uspokajał, iż przecież zawodnicy uśmiechają się do siebie i trenerów, iż z atmosferą jest w porządku. Podobno zorganizował choćby spotkanie z zawodnikami i sztabem, na którym każdy miał najpierw przeczytać nasz tekst, a następnie wyrazić swoje zdanie na temat tego, czy zawiera prawdziwe informacje. Ale fakty były i są takie, iż z niektórymi skoczkami Thurnbichler nie złapał nici porozumienia w ogóle i tylko chwilowo był w stanie przekonać ich do swojego toku myślenia.
Thurnbichler - ale i pracujący z nim skoczkowie czy władze polskiego związku - za długo udawał, iż wszystko gra. Że jakoś to będzie, iż w tym układzie uda im się przetrwać. Dziś już wiemy, iż to się nie udało. Ale przecież nie stało się to nagle, nie było tak, iż nikt nie widział, iż ten układ zmierza donikąd.
Uparci jak osły Pernitscha
Dopiero od ostatniego czwartku i początku kończącego sezon weekendu w Planicy mówi się o tym więcej. Polskie skoki od lat wisiały na kilku najbardziej znanych nazwiskach – chodzi o Dawida Kubackiego, Kamila Stocha i Piotra Żyłę. Na starych mistrzach, którym należy się absolutny szacunek, pamięć o ich sukcesach i uznanie do końca życia. Ale jednocześnie bardzo silnych charakterach, z którymi momentami bardzo trudno współpracować i do których trzeba się dopasowywać bardziej niż próbować przekonywać ich do zmian.
Cały problem polega na tym, iż skoki na całym świecie idą do przodu, a część polskich skoczków stoi w miejscu. Mają swoje przyzwyczajenia, swoje problemy i robią za mało, żeby z nimi walczyć. Uważają, iż skoro kiedyś dało się inaczej, to coś, do czego są przekonani, wciąż musi funkcjonować. I gdy ktoś wkłada im do głowy coś innego, to ich zdaniem nie ma racji. Oni, wielcy mistrzowie, mają własną filozofię skakania, dużo ważniejszą niż to, co realnie dzieje się w świecie skoków i w jaką stronę ten świat poszedł.
Nikt nie mówi, iż w takim wieku, czyli grubo po trzydziestce, łatwo o zmiany. Nikt nie mówi, iż każdy potrafi gwałtownie pozbyć się swoich nawyków. Ale dobrze byłoby chociaż spróbować wyjść poza własną strefę komfortu. I starać się z większym przekonaniem, a nie słynnym już "30 procent zaangażowania mniej" z planickiej wypowiedzi Aleksandra Zniszczoła.
Pozycja sedesowa
- Mamy powszechny problem z techniką w naszej grupie. To położenie środka ciężkości przy pozycji najazdowej - mówił Sport.pl Thurnbichler wcześniej w tym sezonie, w Oberstdorfie. - Tuż przed odbiciem jest za bardzo wycofana przed rozpoczęciem pchania. To nie pozwala lub nie pomaga w zachowaniu balansu. Tak, żeby po odbiciu przenieść wyżej biodro, nad narty. W Austrii mówimy, iż jesteś wtedy na fali, która cię niesie. jeżeli to się nie uda, walczysz przez cały lot z nartami i nie przyspieszasz w powietrzu - tłumaczył Austriak.
Później nazywał ten przyruch przed wyjściem z progu "pozycją sedesową". Im większa skocznia, tym lepiej widoczny jest ten problem. To dlatego część zawodników kompletnie nie radziła sobie ze swoją techniką na mamutach, a lepiej szło im na mniejszych obiektach. - Na normalnych skoczniach umiemy już sobie z tym radzić. Myślę, iż to wszystko bierze się z filozofii, która przyniosła Polsce wiele cztery-pięć lat temu. To coś, do czego są przyzwyczajeni. Muszą wręcz z tym trochę walczyć. To trudne do dostosowania dla skoczków - wyjaśnił Thurnbichler.
- Czasem widzę, iż nie da się tego poskładać, ale w konkretnych konkursach czy treningach to zdecydowanie możliwe. Niestety co roku mamy zmiany w sprzęcie, które wpływają na to, z jakim stylem skakania łatwiej się do nich przyzwyczaić. Te kilka lat temu "polski" styl działał świetnie, także dzięki ówczesnym przepisom. Przyszło jednak sporo zmian, zawodnicy nie potrafili się do nich odpowiednio dostosować. I teraz chwilami to w ogóle nie działa - przyznał szkoleniowiec.
Tu mówił o problemie otwarcie, ale bywały chwile, gdy gryzł się w język. Temat zmian w zasadach po pierwszej zimie Thurnbichlera w Polsce, od sezonu 2023/2024, był obecny w mediach od tekstu Michała Chmielewskiego z TVP Sport wskazującego, kto mógł na nich zyskać. Wynikało z niego, iż był to m.in. silny na początku dwóch ostatnich sezonów Niemiec Pius Paschke. Nieco później, w trakcie Turnieju Czterech Skoczni, mówił o tym także Austriak Stefan Kraft. A Thurnbichler zapytany o konkretne zmiany i ich konsekwencje dla Polaków odpowiadał: - Nie dotknęły nas zmiany sprzętu w poprzednich latach, nie miały dużego wpływu na technikę i nasi skoczkowie na nich nie stracili.
Dlaczego? To Thurnbichler zdradził dopiero w trakcie mistrzostw świata w Trondheim. - Nie w każdym momencie chcesz powiedzieć coś, co mogą podać media i mogłoby zostać zrozumiane w zły sposób. Ale na pewno niektóre zmiany, które dla kilku zawodników z kilku kadr będą zbawieniem, innych mogą skarcić. Teraz mogę to potwierdzić - wskazał w długim wywiadzie dla Sport.pl. Może gdyby wcześniej wypowiadał się o tym jaśniej, wielu osobom łatwiej byłoby o zrozumienie tego, co dzieje się z naszymi skoczkami?
Brutalna prawda o wizerunku polskich skoczków. To dlatego wszystko zależy od starszyzny
Kwestia zależności od mistrzów w Polsce jest jednak jeszcze bardziej skomplikowana. I o tym mówi też już sam Thurnbichler. - Pieniądze, które na skoki przekazują sponsorzy, czy ministerstwo sportu, pojawiają się dzięki nim, są płacone na nich. Dlatego mocno się na nich skupiamy - stwierdził w piątek w Planicy Austriak. Dzięki nim, czyli Kubackiemu, Stochowi, Żyle.
Teoretycznie najważniejszymi skoczkami dla Polaków powinni być Wąsek - po tej zimie - i Zniszczoł - po poprzedniej. Ale praktyka wygląda tak, iż oni nie pojawiają się w reklamach, medialnie są często niewidoczni. przez cały czas nie wyszli z cienia najpopularniejszych, starszych zawodników. I w sumie to naturalne, iż reklamę Orlenu, pojawiającą się przed każdą transmisją ze skoków w TVN i Eurosporcie, czytają Kubacki, Stoch i Żyła - to przez cały czas zawodnicy, których każdy zwykły kibic kojarzy ze skokami najbardziej. I problemem polskich skoków jest fakt, iż nowe postacie w tym środowisku są o wiele mniej wyraźne. Ich potencjał marketingowy na razie jest niewielki i w najbliższym czasie to się nie zmieni. A to prowadzi do znaków zapytania: co będzie, gdy tych, na których opiera się dzisiejsze finansowanie skoków, w końcu zabraknie? Czy wszyscy sponsorzy będą tak samo chętni, żeby trzykrotnego mistrza olimpijskiego i złotych medalistów mistrzostw świata wymienić na tych, którzy dopiero pierwszy raz stawali na podium Pucharu Świata? Odpowiedź jest oczywista i brzmi: nie.
To brutalna, przykra prawda. I tak mamy szczęście, iż ci zawodnicy swoje największe sukcesy osiągali jeszcze niedawno, a sponsorzy dalej inwestowali w skoki, wierząc, iż ktoś ich zmieni. Ta zmiana, żeby dobrymi wynikami młodszych skoczków utrzymać zainteresowanie finansujących skoki, odbywa się wolno. I nie ma pewności, iż w ogóle się wydarzy - każdy w środowisku to zagrożenie zna. Problem w tym, iż nikt nie działa tak, żeby w pełni temu zapobiec. Łatwiej powiedzieć, iż się nie dało, niż zrobić wszystko, żeby tak się nie stało.
Chodzi głównie o zainwestowanie w młodzież. Pisaliśmy to w jednym z poprzednich tekstów: trzy lata temu PZN miał szansę oddzielić starszyznę i młodych zawodników, przygotowywać ich dwutorowo. Bardziej doświadczonych z ich przyzwyczajeniami i młodszych wedle nowej mody, która wkroczyła do skoków. Wszystko pod jednym szyldem i z dobrą komunikacją, przekazem informacji. Wybrano zrzucenie odpowiedzialności na jedną osobę, zaopatrzenie tej katastrofy w twarz kogoś, kto nie do końca miał na to wszystko bezpośredni wpływ. Thurnbichler zawinił, i to w kilku aspektach, ale dostał na barki ciężar, którego nie udźwignąłby tu choćby tytan Atlas.
Kto tak naprawdę zadawał ciosy Thurnbichlerowi?
Na koniec Austriak dostał po ciosie od każdego.
Od zawodników - Zniszczoła, który najpierw powiedział "za dużo" w studiu TVN, a także Kubackiego, który wypomniał Thurnbichlerowi np. kłody rzucane pod nogi Stocha, "zakrawające na zbrodnię", podczas gdy sam Stoch miał na tyle klasy, żeby temat przemilczeć. Trudno powiedzieć, o co chodzi z tymi kłodami, nie wiadomo, co dokładnie miał na myśli Kubacki. Ale coś pewnie było na rzeczy, bo wiadomo, jaki Thurnbichler miał stosunek do Stocha po opuszczeniu przez zawodnika kadry i przejściu do prywatnego teamu w zeszłym roku. Ale jakie to musiały być kłody, iż aż trzeba o nich milczeć, skoro i tak powiedziało się już za dużo?
Cios w Thurnbichlera wyszedł też od zarządu związku, który najpierw godzi się z opiniami kadrowej starszyzny, a potem krytykuje ją, gdy te same słowa padają w przestrzeni publicznej.
I w końcu cios zadał mu też Małysz, który pogodził się z opiniami zawodników, decyzją zarządu i sam musiał ją działaczom podstawić do zatwierdzenia na zebraniu. A potem ogłosić wszystko, siedząc obok Thurnbichlera i słysząc od prowadzącego studio skoków w TVN Sebastiana Szczęsnego: "Sam chciałeś... prezesowania" tuż przed konferencją prasową w Kranjskiej Gorze.
Tego poranka w hotelu Kompas trudno było nie odnieść wrażenia, iż Małysz działał jak zaprogramowany. Że miał argumenty przeciwko Thurnbichlerowi, ale jakby do jego ramion przyczepionych było kilka sznurków. Wyglądało to tak, jakby pociągał za nie ktoś inny niż legenda naszych skoków.
W temacie pieniędzy Małysz często lubi podkreślać, iż obecny sztab miał wszystko. Sztab, z tego, co słyszymy, lubi powiedzieć "nie do końca". Nie narzeka na zasoby i to, ile pieniędzy jest przekazywanych na skoki - to ma być w porządku. Ale od miesięcy - nie tylko tej, także poprzedniej zimy - słychać jasny komunikat: w skokach poza tym ile pieniędzy się na ten sport przeznacza, liczy się też jak te pieniądze się inwestuje.
I pewnie, iż w niektórych sprawach z Małyszem występującym przeciwko sztabowi można się zgodzić. Że Mathias Hafele, trener techniczny, nigdy nie przyniósł do Polski niczego rewolucyjnego. Że Arvid Endler, specjalista od fazy lotu, prawdopodobnie niepotrzebnie był włączany do sztabu, mógł pozostać jego wynajmowanym współpracownikiem. Ale mówienie "mieli wszystko" wskazuje, jakby wszystko wokół funkcjonowało, tylko sztab nie dostarczał wyników. Jakby Małysz godził się na każdą zachciankę. A się nie godził. Może czasem sam nie miał na to możliwości. Ale się nie godził, to warte podkreślenia.
Czasem kombinezony nie są konkurencyjne nie tylko dlatego, iż są uszyte z gorszego materiału, tylko iż nie ma jak kupić czegoś lepszego. I technologicznie rywale odjechali nam nie dlatego, iż nasz sprzętowiec nie okazał się zbawcą, na którego nigdy nie było nas stać i szyć kombinezony musieli trenerzy. Odjechali, bo mają takich "zbawców" kilku, w różnych rolach. Inwestuje się u nich w ten sektor inaczej i o wiele więcej niż w Polsce. U nas pokutuje mentalność tego, iż kiedyś było gorzej, mniej pieniędzy, a wszyscy jakoś sobie radzili. Tego Małysz już tak wszem i wobec otwarcie nie ogłosi. Może dlatego, iż nie ma, na kogo zrzucić za to odpowiedzialności.
Tak żegnamy Thurnbichlera. Bronią go ci, którzy chwilę temu sami podobnie w niego walili
Thomasa Thurnbichlera nie bronią wyniki. Jeden sezon z sukcesami na miarę potęgi, za jaką w skokach uważa się Polskę, nie wystarczy, gdy spędził tu trzy lata. Fakty są takie, iż nie zbudował tu zespołu, a pracować z nim chcieli tak naprawdę pojedynczy zawodnicy. Team-building to nie tylko kwestia podporządkowania się zawodników do tego, co mówi trener, a także umiejętność wyegzekwowania tego przez szkoleniowca. Często wybierał źle, a później jego błędy miały wielopoziomowe konsekwencje. Za rzadko pokazywał się odważnymi decyzjami, a za często przypisać trzeba mu było takie, w których trudno było doszukiwać się sensu - jak brak powołania dla Kamila Stocha na MŚ w Trondheim.
Ale najbardziej ciąży nad nim, iż on nigdy nie przyzwyczaił się do tego, iż pracuje w Polsce, a nie Austrii. Za często widział tylko różnice pomiędzy systemami w obu krajach. Może trudno szukać podobieństw, ale Thurnbichlera to wręcz przerastało. Pamiętam, gdy spytałem go po 1,5 roku pracy w Polsce, ile razy łapie się na tym, iż porównuje coś z Polski do tego, jak wyglądało w jego rodzinnych stronach. Zaśmiał się, ukrył twarz w dłoniach i nie chcąc podać konkretnej liczby, odpowiedział nieco wymijająco: - Tu robi się wszystko po polsku, a to naturalne, iż zmieniając kraj, będę myślał o tym, jak było u mnie.
Teraz najlepiej kadencję Thurnbichlera podsumowuje fakt, iż od jego zwolnienia minęło kilka dni, a wiele osób już za nim tęskni. Wymowne jest też to, co zadziało się po wypowiedziach Zniszczoła i Kubackiego z Planicy. Nagle członkowie zarządu PZN, eksperci i wszyscy pierwsi trenerzy gwiazd, byli szkoleniowcy, którzy są bliżej spokojnej emerytury niż struktur kadr, zaczynają bronić trenera rozwalcowanego w opiniach jego własnych zawodników. Bo wieje pod narty, a nie z tyłu skoczni i trzeba się dostosować, żeby dobrze wypaść w mediach. Mieć czystą twarz. Zachowali się jak flagi wiejące na skoczni, obrócili się tak jak trzeba. W tego samego Thurnbichlera, którego teraz bronią przed słowami skoczków, jeszcze chwilę temu walili równie mocno co oni.
Przyznaję, słowa Zniszczoła i Kubackiego były niepotrzebne w przestrzeni publicznej. Zwłaszcza w tym momencie. Tylko dolały benzyny do tego pożaru wokół kadry i całych polskich skoków. Ale czy niepotrzebne w ogóle? Przecież działacze związku chcieli ich wysłuchać i to na podstawie takich opinii zwolniono Thurnbichlera. I teraz naprawdę - jak podał w rozmowie z "Przeglądem Sportowym Onet" - PZN chce karać za nie zawodników?
No bo co innego usłyszeli Małysz i reszta działaczy w ostatnich tygodniach, jeżeli nie te same zdania? Co się zmieniło? Ano kontekst się zmienił. Bo usłyszeli to wszyscy i ocena publiki zmieniła punkt widzenia działaczy. Krytyka teraz już nie jest trendy. Zresztą świetnie widać, jak Małysz i PZN walczą o to, żeby Thurnbichler został w Polsce i tym systemie - po złożeniu mu propozycji zostania trenerem juniorów. To tej sprawie słowa zawodników najmocniej przeszkadzają. Na ich szczęście na pozostanie Austriaka wskazuje coraz mniej, o czym pisaliśmy tutaj, więc ich słowa chyba nie będą miały już tak silnego wpływu.
Krótkowzroczność polskich skoków aż przeraża
To nie wina Thurnbichlera, iż został zatrudniony w polskich skokach w chwili, gdy zaczęliśmy odkrywać, ile trupów kryje się w tutejszej szafie.
Kazano mu złapać wszystkie sroki za ogon. Wymieńmy je: wejść do kadry A, odbudować w niej starszyznę, ale nie zapominać o młodszych, jednocześnie nie będąc ich trenerem, potem pomóc w zatrudnieniu trenera zaplecza i osób koordynujących pracę u juniorów czy w Szkołach Mistrzostwa Sportowego, położyć podwaliny pod nowy system skoków, sprowadzić do Polski wielkie nazwisko w roli dyrektora sportowego i na koniec przypilnować wyników w chwili, gdy nie wszyscy chcą z nim pracować. Nie za dużo jak dla jednej osoby? Chyba tak, prawda?
Sportowo decyzji o jego zwolnieniu można było się spodziewać i ona choćby niespecjalnie powinna dziwić. Thurnbichlera, biorąc pod uwagę, iż nie dowiózł wyników i miał przeciwko sobie większość zespołu, wręcz trzeba było poświęcić. Tylko pytanie, czy na pewno teraz, w obecnych okolicznościach i na takich zasadach.
Pozbycie się go z kadry polskich skoczków jest decyzją bardzo krótkowzroczną. I to aż przeraża. Skupienie się na najstarszych zawodnikach rok przed igrzyskami podsumowuje, w jakim miejscu znalazły się polskie skoki. W czarnej dziurze. Tu już nie ma odpowiednich decyzji ani odpowiedniego czasu w nie. Trzeba działać, żeby ratować cokolwiek.
Gorzej, jeżeli nieudolną próbą uratowania igrzysk, utniemy sobie możliwości rozwoju tego, co naprawdę powinno się dla nas liczyć: jedynego w miarę młodego lidera kadry i młodzieży, która ma potencjał, żeby pozwolić polskim skokom na przetrwanie w przyszłości. O ile jeszcze jakaś przyszłość będzie, bo na dziś nikt w tym sporcie niczego już nam nie zagwarantuje. A jego wizerunek doprowadzono do takiego punktu, w którym zwalniany trener odejdzie stąd bez większego żalu. Za to ze zrozumieniem, bo sam najlepiej wie, w jak chaotycznym i zepsutym środowisku przyszło mu pracować.