Niewiarygodne, co zrobił 17-latek z Polski. Tego jeszcze nie było

2 godzin temu
Żadnego zahukania, lęku, wątpliwości czy tremy. Każde zagranie Oskara Pietuszewskiego w debiucie w FC Porto krzyczało, iż nie potrzebuje czasu i już jest gotowy na więcej. To było imponujące kilkanaście minut, w trakcie których 17-latek błyskawicznie zapracował na miano bohatera.
Dobrze było zobaczyć, iż nastolatek z Polski, który wchodzi do nowej ligi, pierwszy raz wychyla nos poza ojczyznę i nie zdążył jeszcze odczepić metki z ceną (10 mln euro w Portugalii wrażenia nie robi, ale dla młodego piłkarza sprzedanego z Polski wciąż mogłoby być ciężarem), może grać tak odważnie, jak do tego przyzwyczaił na boiskach ekstraklasy. Ależ to był imponujący występ! Energiczny, swobodny, konkretny. najważniejszy dla losów meczu.

REKLAMA







Zobacz wideo Mocne spięcie na linii Kosecki-Skorża. "Ty się, k***a, to przedszkola nadajesz!"



Oskar Pietuszewski wszedł na boisko w 73. minucie, gdy grające na wyjeździe Porto wciąż remisowało z Vitorią 0:0. Nie była to zatem okazja do spokojnego debiutu, bardziej wezwanie na pomoc. Jego zespołowi wyraźnie w tym meczu nie szło - nie dość, iż to rywale grali lepiej i stworzyli więcej sytuacji bramkowych, to jeszcze Samu, napastnik Porto, zaprzepaścił jedną z nielicznych dla swojego zespołu, gdy z rzutu karnego trafił w poprzeczkę. Co więcej, Pietuszewski pojawił się na murawie raptem pięć minut po tym, jak Porto cudem nie straciło bramki, bo bramkarz Diogo Costa zdołał instynktownie - nogami - odbić piłkę uderzoną przez Oresta Lebedenko.
Polak wchodził więc w bardzo ważnym momencie, gdy mecz wciąż szukał swojego bohatera i coraz więcej wskazywało na to, iż o wyniku przesądzi jedna akcja. W dodatku Porto było pod presją, bo Sporting i Benfica wcześniej wygrały swoje spotkania i zbliżyły się w tabeli odpowiednio na cztery i dziewięć punktów.
Spore oczekiwania? Polowanie na jedną bramkową akcję? Podmęczeni rywale naprzeciwko? To warunki wręcz stworzone dla Pietuszewskiego.


Wywalczony karny, czerwona kartka dla rywala i kilka imponujących zagrań. Imponujący debiut Pietuszewskiego w Porto
Do końca meczu pozostawało siedemnaście minut plus czas doliczony (razem 26 minut gry). Polak uzbierał jedenaście kontaktów z piłką. Przyjrzyjmy się tym najważniejszym:




73. minuta. Pietuszewski na środku boiska walczy z dwoma rywalami o górną piłkę. Skutecznie - to on zgrywa ją głową do stojącego z przodu Deniza Gula, który wykorzystuje wolną przestrzeń, podbiega kilka metrów i uderza sprzed pola karnego w środek bramki.
76. minuta. Kolejna akcja na środku boiska. Tym razem Pietuszewski dostaje piłkę w pełnym biegu i próbuje od razu minąć rywala. Trafia go jednak piłką w nogi, na ułamek sekundy traci nad nią kontrolę, ale błyskawicznie zagrywa do stojącego obok kolegi i unika straty.
79. minuta. Pietuszewski pierwszy raz ma więcej miejsca i jest ustawiony bliżej pola karnego. Dostaje przerzut ze środka boiska na lewe skrzydło, dobrze przyjmuje piłkę udem i od razu wpada z nią w pole karne. Widzi nadbiegającego z boku rywala, dotyka piłki raz jeszcze i wygrywa walkę o pozycję. Telmo Arcanjo, obrońca Vitorii, w niego wpada, zahacza kolanem i przewraca. Rzut karny wydaje się ewidentny, ale sędzia dostrzega faul dopiero na monitorze, podczas konsultacji z VAR. Po chwili dyktuje jedenastkę, a Pietuszewski cieszy się, jakby właśnie sam strzelił gola. Alan Varela uderza po ziemi i Porto prowadzi 1:0.
87. minuta. Pietuszewski przejmuje piłkę na własnej połowie, mija rywala i biegnie w kierunku bocznej linii. I choć koledzy, z racji zmęczenia i trudnych ostatnich minut, w których to Vitoria atakowała, nie podłączają się do ofensywnej akcji, Polak dostrzega stojącego kilkadziesiąt metrów dalej Gula i efektownie zagrywa mu piłkę zewnętrzną częścią stopy, wzdłuż bocznej linii. Podanie jest celne. Turek znów rusza w kierunku pola karnego, ale ostatecznie traci piłkę.
95. minuta. Piąta minuta doliczonego czasu z dziewięciu. Porto traci piłkę w polu karnym rywali, a Pietuszewski od razu walczy o jej odzyskanie. Atakuje wślizgiem, ale nie trafia ani w piłkę, ani w nogę przeciwnika. Wstaje i wraca za akcją. Po chwili ma drugą szansę, by przejąć piłkę, znów atakuje wślizgiem, ale tym razem fauluje przeciwnika i ogląda żółtą kartkę. Ryzykowne zachowanie Polaka, niepotrzebne w tej sytuacji, ale jednocześnie świadczące o jego dużej ambicji i pobudzeniu.
99. minuta. Porto rusza z kontrą. Pietuszewski dostaje podanie z własnej połowy na wolne pole. Dobiega do piłki i rusza z nią w stronę bramki. Gdy jest tuż przed polem karnym, "łamie" akcję do środka i mija rywala. Ten podkłada mu nogę i fauluje, raptem metr przed polem karnym. Sędzia pokazuje mu drugą żółtą kartkę i wyrzuca z boiska. Porto ma rzut wolny z dogodnej pozycji.

Pietuszewski zagrał bez nuty fałszu. Próba jest mała, ale imponująca. Skoro pierwsze wrażenie bywa tak ważne, to dobrze, iż dał się poznać jako odważny i pewny siebie skrzydłowy, mogący w pojedynkę zmienić dynamikę meczu. Dla polskich kibiców żadna to nowość, ale Portugalczycy dopiero dowiadują się, kim jest Pietuszewski i jak gra. Zresztą, my też do końca nie wiedzieliśmy, jak zaprezentuje się po przejściu do silniejszej ligi. Doświadczenia mamy kiepskie, bo przecież wypuszczaliśmy już z Ekstraklasy kilku zdolnych skrzydłowych – i młodych piłkarzy w ogóle – którzy po transferze potrzebowali dużo czasu, by zacząć grać na miarę potencjału (np. Jakub Kamiński i Michał Skóraś) albo przepadali (jak Kacper Kozłowski czy Filip Marchwiński). Dlatego tak dobrze było zobaczyć, iż Pietuszewski w debiucie w Porto decyduje się na takie same zagrania, co w Jagiellonii czy młodzieżowej reprezentacji Polski, jakby nie miały żadnego znaczenia okoliczności, większa presja czy oczekiwania.


Próbka jest mała, ale warto ją docenić. Oto co zrobił Oskar Pietuszewski
Nadzieję, iż tak właśnie będzie, budowaliśmy rozmawiając z byłymi trenerami Pietuszewskiego, którzy w ostatnich latach z bliska śledzili jego rozwój. Uderzające było, iż gdy zaczynali mówić o jego talencie, tak samo często wspominali o nogach, jak o głowie. Argumentowali, iż umiejętności pozwalające minąć rywala i niekonwencjonalnie zagrać - to jedno. Wiara w siebie i odwaga, by zrobić tak w trudnych okolicznościach - a za takie uznać należy debiut w nowym zespole, w meczu, który się nie układa - to drugie.
Pietuszewski dlatego był uznawany za największy talent w swojej kategorii wiekowej w Polsce, iż od małego wyróżniał się właśnie dużą wiarą w swoje umiejętności. Tak dużą, iż łatwo było ją pomylić z arogancją i brakiem pokory. Pietuszewski miał jednak trenerów, którzy widzieli w tym jego największą zaletę. I Marek Wasiluk w akademii Jagiellonii, i Adrian Siemieniec w pierwszym zespole, troszczyli się wręcz, by nigdy tej pewności i odwagi nie zatracił. jeżeli w niedzielę wieczorem włączyli mecz Porto, mogli się pod nosem uśmiechnąć. To był ten sam Pietuszewski, którego jeszcze niedawno obserwowali zza bocznej linii.






Czytaj także:


Tak trener FC Porto podsumował Pietuszewskiego. Co za słowa!
Idź do oryginalnego materiału