Niewiarygodne, co wyczynia Hansi Flick. W Barcelonie aż przecierają oczy

19 godzin temu
Zdjęcie: Fot. REUTERS/Marcelo Del Pozo


Lamine Yamalem, Raphinhą, Ferranem, Lewandowskim czy Szczęsnym zachwycamy się niemal co tydzień. I po zwycięstwie 1:0 nad Atletico Madryt znów to robimy. Ale warto także docenić bohatera absolutnego. Do końca sezonu pozostają dwa miesiące, a Barcelona wciąż ma szansę na zdobycie trzech trofeów. To zasługa Hansiego Flicka.
Wygrał już Superpuchar Hiszpanii, jest liderem w La Liga z trzema punktami przewagi, dotarł do ćwierćfinału Ligi Mistrzów i wszedł do finału Pucharu Króla. W 2025 r. jeszcze nie przegrał meczu, a w całej trenerskiej karierze nigdy nie dał się pokonać w jakimkolwiek finale. Trudno tego wszystkiego nie połączyć. - Pewnie, można marzyć. Ale ja myślę tylko o następnym spotkaniu - uśmiechał się Hansi Flick tuż po pokonaniu Atletico Madryt w środowy wieczór, gdy dziennikarka roztaczała przed nim wizję zdobycia czterech trofeów już w pierwszym sezonie w Barcelonie.


REKLAMA


Byłby to wynik niesamowity. Tym bardziej iż Niemiec zaczynał pracę w morzu wątpliwości i problemów, z pokiereszowanym zespołem i nadszarpniętą własną reputacją - Barcelona skończyła poprzedni sezon przegrana na wszystkich frontach, a jego niemiecka federacja wypchnęła za drzwi tuż przed organizowanymi u siebie mistrzostwami Europy. Klub chwiał się na każdym polu, a on został w Niemczech kozłem ofiarnym wyśmiewanym przez kibiców i krytykowanym przez ekspertów. I Barcelona, i Flick dopiero co boleśnie spadli ze szczytu.


Hansi Flick odnalazł się w dżungli. Wojciech Szczęsny jednym ze stempli
Dlatego, gdy oglądało się rewanż w półfinale Pucharu Króla - żaden spektakularny, jak na standardy tej Barcelony to wręcz przeciętny, aż trudno było uwierzyć, iż Flick pracuje w Barcelonie zaledwie dziesięć miesięcy. Wyciągał ją przecież z kompletnego chaosu. Uporządkował, ale nie zgubił przy tym fantazji. A przecież zaprowadzał porządek w obcym dla siebie miejscu, które jeszcze przed podjęciem pracy było mu przedstawiane jako dżungla z czyhającymi na ofiarę dziennikarzami i grupami wpływów w gabinetach, z których każda poluje po swojemu. Dopiero co pożarli Xaviego Hernandeza, który w tej dżungli żył od lat, a i tak się zgubił.
Tu kolejna myśl: czy Flick w tak trudnych warunkach podjął choćby jedną kategorycznie złą decyzję? Trafia w sprawach fundamentalnych - dowodem choćby wprowadzenie do bramki Wojciecha Szczęsnego, który w 19 meczach zachował 10 czystych kont i ani razu nie zszedł z boiska pokonany. Kolejnym - postawienie na Frenkiego De Jonga w środku pola. W obu przypadkach odstawiani zawodnicy - Inaki Pena i Marc Casado nie zawodzili i nie dawali oczywistych powodów do zmiany, a jednak czas pokazywał, iż Flick miał rację i po tych zmianach drużyna stawała się jeszcze lepsza. Trafia też z drobnostkami, co widać choćby na przykładzie spotkania z Atletico - Ferran Torres zastąpił Roberta Lewandowskiego na środku ataku i już w 27. minucie strzelił zwycięskiego gola.
Wydaje się mieć klucz do każdego. Inigo Martineza latem przekonał do pozostania w Barcelonie i oparł na nim defensywę, mimo iż przez władze klubu był już skreślany i gdyby tylko poprosił o odejście, dostałby błogosławieństwo. Raphinhi zawiesił na ramieniu kapitańską opaskę i uczynił jednym z najlepszych piłkarzy na świecie. 36-letniego Lewandowskiego prowadzi do korony króla strzelców La Liga, a 17-letniego Yamala do Złotej Piłki. Zarządza ambicjami weterana i pokoleniowego talentu. Ma galową jedenastkę, ale też zmotywowanych rezerwowych, którzy w samej lidze strzelili już 17 goli (lepsi o jedno trafienie są tylko rezerwowi Atletico). Sprawdza się na spokojnych wodach, jak w 2025 r., ale wcześniej, na przełomie listopada i grudnia, przetrwał też sztorm, gdy jego drużyna w siedmiu ligowych meczach odniosła tylko jedno zwycięstwo - przegrała wtedy z Realem Sociedad (0:1), z Las Palmas (1:2), z Leganes (0:1) i Atletico (1:2), a także zremisowała z Celtą Vigo i Betisem (2:2). - Mamy gówniany okres - podsumował wtedy Flick. I nigdy więcej podobnych słów już nie użył.


Spał, gdy Real przegrywał. Skończył z rewią mody. Wyprosił kamery z szatni
Nie znaczy to jednak, iż życie Flicka w Barcelonie nie ma wad, a on bez problemu wkomponował się w tamtejsze realia. Dziennikarze "The Athletic" opisali, jak wyglądały jego 60. urodziny, gdy zaprosił najbliższych współpracowników do japońskiej restauracji Ikibana Sarria. "Wydarzenie miało być kameralne. Ale w Barcelonie choćby ściany wydają się szeptać" - czytamy. Przed drzwiami czekali więc reporterzy i operatorzy z obiektywami wymierzonymi w każdego, kto przekraczał próg. Flick nie dowierzał. Skąd wiedzieli? Kto im powiedział? Po co przyszli? Po co w ogóle relacjonować urodziny trenera? Ale w tym mieście każdy ruch trenera i piłkarza jest ważny. Kibice chcą wiedzieć o wszystkim.
Flick z każdym kolejnym miesiącem lepiej orientował się w tej dżungli. Postanowił np. jak najbardziej odseparować piłkarzy od klubowych mediów. Jeszcze w październiku, gdy Barcelona zmiażdżyła 4:0 Real Madryt, internet zalały materiały pokazujące, jak piłkarze świętowali to zwycięstwo. W marcu, po ligowym triumfie nad Atletico, nie było już ani jednego takiego nagrania. Tam, gdzie można ograniczać zgiełk, Flick chce to robić. Zawodnicy muszą stawiać się na przedmeczowych zgrupowaniach w klubowych dresach, bo wcześniej, gdy przyjeżdżali w swoich ubraniach, przypominało to rewię mody. Część z nich, zamiast koncentrować się na meczu, zastanawiała się nad skompletowaniem idealnej stylizacji.
Flick jest spójny. Nie lubi rozpraszaczy i podsycania emocji. Gdy dziennikarze pytali go, jak zareagował na porażkę Realu Madryt z Espanyolem, która pozwalała jego drużynie zmniejszyć stratę do największych rywali, z rozbrajającą szczerością przyznał, iż choćby nie oglądał tego meczu, bo spał. - Miałem za sobą kilka stresujących dni, więc położyłem się wcześniej. Dopiero rano dowiedziałem się, iż przegrali -powiedział.
Ceni też spokój i punktualność. Nie dyktuje mediom nagłówków, jak robił to Xavi. Nie próbuje przywalić Realowi. Jeszcze nie zapisał się do żadnej z klubowych frakcji. Nie ma ulubionego dziennikarza, któremu nadawałby na innych. W szatni rzadko działa w pierwsze tempo - woli odczekać, aż opadną największe emocje. Spóźnialskich karze odesłaniem na ławkę rezerwowych - doświadczył tego Inaki Pena w Superpucharze Hiszpanii, a także Jules Kounde. Aż trzy razy. I właśnie przykład Francuza w najbardziej jaskrawy sposób pokazuje, jak zasadniczy jest Flick i jak bezkompromisowy potrafi być, gdy chodzi o przestrzeganie najważniejszych dla niego zasad. Kounde nie ma bowiem jakościowego zmiennika, więc zastępował go Hector Fort, piłkarz wyraźnie od niego słabszy. Nieistotna była stawka meczu i rywal. Flick nie kalkulował, na ile ukaranie Kounde obniży szanse zespołu na odniesienie zwycięstwa. "The Athletic" podaje, iż cały zespół za każdym razem rozumiał i popierał decyzje trenera.


- W szatni panuje znakomita atmosfera. Jest w niej coś wyjątkowego. Wszyscy nawzajem o siebie dbają. Nie tylko zawodnicy mają między sobą silną więź, ale też ludzie ze sztabu i z zaplecza. Każdy w tym projekcie czuje się istotny - odpowiedział, poproszony o porównanie do szatni Bayernu Monachium i Hoffenheim, w których pracował wcześniej.


Flick i Barcelona odzyskali blask
Piłkarze to potwierdzają i przyznają zasługi Flickowi. "The Athletic" twierdzi, iż Niemiec był do tej pracy znakomicie przygotowany - już na pierwszym spotkaniu z Deco, który jest w klubie dyrektorem sportowym, i Bojanem Krikiciem, czyli jego asystentem, imponował dogłębną wiedzą nie tylko na temat pierwszej drużyny, ale też zespołu rezerw i najzdolniejszych zawodników z akademii. Ze szczegółami opowiadał o planach, jak chce skonstruować drużynę. Diagnozował jej problemy i przedstawiał rozwiązania. A później tym samym zaimponował zawodnikom. Już na obozie przygotowawczym zapraszał ich na indywidualne rozmowy i prosił tylko o to, by mu zaufać. Ostatnio Raphinha przyznał w rozmowie z "Globo", iż latem zastanawiał się nad zmianą klubu i dopiero ta rozmowa przekonała go do pozostania.
Co najważniejsze - Flick nie mydlił zawodnikom oczu. Zrealizował to, co im zapowiedział. Jak mówił, iż dostaną szansę, to później im ją dawał. Jak mówił, iż chce im zmienić pozycję, to nie zabrakło mu później cierpliwości, gdy musieli się do niej zaadaptować. Jak podejmował decyzję, to się jej trzymał, czego doświadczył Szczęsny po trudnym początku. Jak zdejmował Yamala z boiska w meczu z Atalantą, a on grymasił, bo chciał grać do końca meczu, to jeszcze przy linii tłumaczył mu, iż był zadowolony z jego gry, ale myśli już o ligowym spotkaniu za kilka dni.
- To uczciwy człowiek. Ma jasny pomysł, jak chce działać i jest bardzo bezpośredni w kontakcie z zawodnikami. Jak ujawnili dziennikarze "The Athletic", najdobitniej przekonał się o tym Pena, który słysząc słowa Flicka z konferencji prasowej, iż to Szczęsny jest podstawowym bramkarzem, poprosił go o spotkanie. Myślał bowiem, iż jego odsunięcie od gry wynika tylko ze wspomnianego spóźnienia. Kara wydawała mu się więc zbyt surowa. Niemiec wytłumaczył mu, dlaczego stawia na Polaka. Nie była to dla Peni przyjemna rozmowa, ale Flick nie chciał mamić go obietnicą, której nie zamierzał dotrzymać.


Nie wiadomo, jak skończy się ten sezon. Barcelona jest w grze o trzy trofea i przynajmniej o dwa z nich - ligę i Puchar Króla - powalczy z Realem Madryt, z którym wyraźnie wygrywała już dwa razy w tym sezonie. Ale jakkolwiek się ten sezon nie skończy, Flick już wygrał. Znów wymienia się go jednym tchem wśród najlepszych trenerów na świecie. A dzięki niemu także Barcelonę znów wymienia się wśród najlepszych na świecie drużyn.
Idź do oryginalnego materiału