Joey Crawford nigdy nie zdobył ani jednego punktu, nie poprowadził żadnej drużyny do zwycięstwa jako trener i nigdy nie był bohaterem sportowych okładek. Mimo to przez blisko cztery dekady pozostawał jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci NBA. Charakterystyczna sylwetka, wyraziste gesty i bezkompromisowy styl sędziowania sprawiły, iż sam stał się częścią ligowego krajobrazu. Teraz jego kariera została ukoronowana miejscem w Koszykarskiej Galerii Sław.
Kariera Joeya Crawforda w NBA rozpoczęła się w 1977 roku i trwała nieprzerwanie przez 39 sezonów. Sędziowskie rzemiosło miał we krwi – przejął je po ojcu. Shag Crawford był cenionym sędzią baseballowym, który poprowadził ponad 3100 meczów w Major League Baseball. Młody Joey uczył się fachu, obserwując nie tylko ojca, ale i legendy sędziowania, takie jak Jake O’Donnell, zanim sam zaczął piąć się po szczeblach kariery w Baker League czy Eastern League.
Dorobek Crawforda może przez lata pozostawać poza zasięgiem kolejnych pokoleń arbitrów. Prowadził aż 2561 meczów sezonu zasadniczego, ale jeszcze większe wrażenie robią jego osiągnięcia w play-offach. Sędziował rekordowe 374 spotkania tej fazy oraz 50 meczów Finałów NBA. Zresztą sam zainteresowany, odbierając wyróżnienie w Springfield, nie ukrywał satysfakcji ze swoich osiągnięć.
– Jak powiedział kiedyś Muhammad Ali: „To nie jest przechwalanie się, jeżeli naprawdę tego dokonałeś”. A ja mam prawo być z tego dumny, bo naprawdę tego dokonałem. Jestem ogromnie dumny ze swojej kariery i miałem szczęście spotkać na swojej drodze wspaniałych ludzi. Nikt nie osiąga takich rzeczy sam. Zawsze ktoś podaje ci rękę, pomaga, daje ci szansę – przyznał 74-latek, podkreślając, iż sukces w tym zawodzie nie jest dziełem jednostki.
To, co wyróżniało Crawforda na tle innych arbitrów, to fakt, iż nigdy nie próbował być niewidocznym tłem dla widowiska. Wręcz przeciwnie – sędziował z dużą ekspresją, a jego sposób sygnalizowania przewinień stał się niemal kultowy.
– Joey nigdy nie krył emocji. Trzeba było jednak uważać, żeby nie skupiać na nim zbyt wiele uwagi, bo gwałtownie przypominał: „Zajmij się swoją drużyną!”. W play-offach dobrze było mieć go na parkiecie, bo można było być pewnym, iż nie ugnie się ani pod presją publiczności, ani atmosferą hali. Każdą akcję traktował poważnie i nigdy nie odpuszczał – celnie podsumował jego postawę Doug Collins, były trener i komentator.
To właśnie ta nieustępliwość sprawiała, iż liga przez lata darzyła go bezgranicznym zaufaniem. Żadne Finały NBA od 1986 do 2015 roku nie obyły się bez udziału Crawforda. Weteran z gwizdkiem był świadkiem ewolucji gry, sędziując pojedynki największych gigantów — od ery Magica Johnsona i Larry’ego Birda, przez dominację Michaela Jordana, Shaquille’a O’Neala i Kobe’ego Bryanta, aż po współczesne czasy LeBrona Jamesa i Stephena Curry’ego.
Historia Joeya Crawforda to jednak nie tylko pasmo sukcesów i rekordów, ale także opowieść o trudnym charakterze i wyciąganiu wniosków z błędów. Najczarniejszym punktem jego kariery był incydent z 2007 roku, kiedy to wyrzucił z boiska Tima Duncana za… śmiech na ławce rezerwowych. Wydarzenie to odbiło się szerokim echem, skutkując zawieszeniem sędziego i zaleceniem pracy nad kontrolowaniem emocji.
Zdarzały mu się pomyłki. Był jednak arbitrem, któremu przez dekady powierzano mecze o największej stawce. Potrafił wzbudzać emocje, czasem sam stawał się bohaterem wydarzeń na parkiecie, ale jego nazwisko przez lata było synonimem NBA równie mocno jak nazwiska zawodników, których spotykał z gwizdkiem w dłoni. Dziś, stojąc w Springfield obok takich postaci jak Mike D’Antoni czy Doc Rivers, Crawford otrzymał potwierdzenie, iż jego wkład w historię ligi był czymś więcej niż tylko 39 latami pracy przy boisku.

3 dni temu















