NBA: Spurs wygrali, bo nie pękli? Knicks mają poważny problem! Co dalej w finale NBA?

15 godzin temu

San Antonio Spurs przegrali dwa pierwsze mecze finału NBA we własnej i przed trzecim wiele osób uważało, iż jest „pozamiatane”. Spurs dokonali jednak tego, co nie udało się wcześniej, czyli obronili przewagę, trafiali ważne rzuty i co najważniejsze nie pękli w końcówce. Przyjrzyjmy się dokładnie, co tak naprawdę wydarzyło się minionej nocy i czy to już oznacza, iż Ostrogi ponownie są faworytami tych finałów?

Największym problemem Spurs były końcówki spotkań. Młody, niedoświadczony zespół, popełniał błędy, które nowojorczycy wykorzystali i dlatego wylecieli z San Antonio z dwoma wygranymi i ogromną przewagą mentalną.

W Game 3 Spurs w końcu zrobili to, czego oczekiwano od nich od początku – nie pękli. Wygrali w gorącej Madison Square Garden 115:111 i zmniejszyli stratę w serii do 1-2. To był dla nich mecz krytyczny, mieli nóż na gardle, bo z 0-3 jeszcze nikt w play-offach się nie podniósł.

Warto też dodać, iż w finałach jeszcze nikt nie wygrał po tym jak rozpoczął od 0-2 we własnej hali.

W historii play-offów tylko cztery zespoły potrafiły wygrać serię, kiedy zaczynali od 0-2 u siebie (bilans 4-27), ale mówimy tu o wszystkich rundach, a nie o finale.

Mecz numer 3 nie był idealny w wykonaniu Spurs. Przegrali zbiórkę i mieli fatalną drugą kwartę, którą przegrali 24:42. De’Aaron Fox długo nie trafiał (4/14 z gry, w tym 0/5 za 3). Dylan Harper też nie był tak skuteczny jak już mu się to w tych finałach zdarzało (5/18 z gry, w tym 1/8 za 3). A mimo to San Antonio wygrało na wyjeździe, w pierwszym finałowym meczu Knicks w Madison Square Garden od 1999 roku.

Wystarczyło, iż Victor Wembanyama (32 punkty 8 zbiórek i 6 asyst) był najlepszym zawodnikiem na parkiecie, Stephon Castle (23 punkty 5 zbiórek i 5 asyst) dał im odwagę z obwodu, a drużyna po raz pierwszy w tej serii nie rozpadła się w końcówce.

(relację i skrót trzeciego meczu znajdziecie tutaj)

Wembanyama nie uciekł na obwód

Po drugim meczu najłatwiej było mówić o błędach Wembanyamy. O stracie w końcówce. O niecelnym rzucie i o tym, iż finały NBA są dla niego jeszcze nowym doświadczeniem. W trzecim meczu dostał podobny egzamin, ale razem zdał go bardzo dobrze.

32 punkty, osiem zbiórek, sześć asyst, dwa przechwyty i trzy bloki, a więc bardzo dobry mecz statystycznie, ale ważniejsze było coś innego. Francuz grał spokojniej, lepiej czytał obronę i nie próbował wygrać każdego posiadania sam. Atakował, kiedy miał przewagę i oddawał piłkę, kiedy Knicks zamykali mu drogę.

Przede wszystkim od początku pokazał, iż nie chce rozegrać tego meczu tylko z obwodu. To było bardzo ważne. Wembanyama potrafi rzucać za trzy, ale przeciwko Knicks najbardziej niebezpieczny jest wtedy, gdy zmusza obronę do cofania się, faulowania i podejmowania trudnych decyzji blisko kosza.

W podcaście Hoop Collective Tim MacMahon zwrócił uwagę, iż Francuz już w pierwszych minutach nadał ton całemu spotkaniu. – Ten facet miał trzy wsady w pierwszych dziesięciu minutach. Gdy w pierwszej kwarcie miał otwartą pozycję do rzutu za trzy punkty, po prostu stwierdził: „nie, atakuję obręcz” i to nadało ton całej rywalizacji – stwierdził MacMahon.

Nie chodzi oczywiście o to, iż Wembanyama ma przestać rzucać z dystansu. Chodzi o to, iż jego największą bronią przeciwko Knicks jest presja, którą wywiera na całą obronę. jeżeli atakuje kosz, to Knicks muszą reagować. jeżeli pomagają za późno, są punkty albo faule. jeżeli pomagają za wcześnie, pojawiają się podania do partnerów na czystych pozycjach.

Po meczu w Inside the NBA Shaquille O’Neal mówił o czymś, co można nazwać, jak dziwnie by to nie zabrzmiało, „mentalną twardością”. To może być dobre określenie na występ Wembanyamy. Nie chodziło wyłącznie o to, iż trudny do zatrzymania. To wiemy od dawna. Chodziło o jego nastawienie. – Zawsze tłumaczę to wysokim graczom i wiele osób źle mnie rozumie: nie wymagam, żebyście grali tak jak ja, wymagam, żebyście mieli określoną mentalność – powiedział Shaquille O’Neal. – Dokładnie taką samą mentalność, jaką widziałem dziś u niego.

Kenny Smith dodał, iż kiedy Wembanyama gra odważnie, twardo, z taką pewnością siebie, to zmienia decyzje rywali. Zawodnicy Knicks nie tylko widzą przed sobą wysokiego obrońcę. Oni zaczynają kalkulować, czy w ogóle warto wchodzić pod kosz. To jest najważniejsze dla wyniku tej serii.

Wembanyama nie musi blokować każdego rzutu. Czasem wystarczy, iż jest blisko, iż stoi pod koszem i jest gotowy do pomocy. To zmienia szybkość reakcji, sposób wejścia pod kosz i wybór rzutu.

W czwartej kwarcie Wembanyama zdobył 10 punktów. Knicks jako drużyna zdobyli w tej części tylko 20.

Spurs przetrwali cios Knicks

Druga kwarta wyglądała jak fragment, który może odwrócić cały mecz. Knicks zdobyli w niej 42 punkty. Hala eksplodowała. Nowojorczycy trafiali i wymuszali błędy rywali. Przez kilkanaście minut wyglądali jak drużyna, która zaraz przejmie to spotkanie. Spurs prowadzili wcześniej różnicą 12 punktów, a do przerwy przegrywali 57:64.

To był bardzo niebezpieczny moment. Spurs znów dobrze zaczęli, ale zgasli w drugiej kwarcie i stracili kontrolę nad meczem. Knicks kolejny raz podkręcili tempo i wydawało się, iż wspierani przez nowojorskich kibiców są bliżej wygranej.

Tym razem jednak Spurs odpowiedzieli po przerwie. Wygrali trzecią kwartę 35:27. Wrócili do lepszego ruchu piłki. Szybciej podejmowali decyzje. Lepiej wykorzystywali uwagę, którą przyciągał Wembanyama. Nie grali tak nerwowo, jak w końcówkach dwóch pierwszych spotkań.

Tim Bontemps w „Hoop Collective” dobrze to ujął. – Mieli mnóstwo powodów, by się rozsypać. Przegrali drugą kwartę osiemnastoma punktami, kibice szaleli, a oni po prostu weszli do szatni, pozbierali się i rozegrali genialną, niezwykle mądrą drugą połowę, w której błyskawicznie weszli w bonus i żyli na linii rzutów wolnych – powiedział Bontemps. Knicks gwałtownie złapali cztery przewinienia i każdy kolejny faul był karany rzutami wolnymi.

Jedna liczba dobrze tłumaczy ten mecz: Spurs mieli 28 asyst, Knicks tylko 18. To nie jest przypadek. San Antonio częściej tworzyło rzuty z przewagi. Knicks częściej musieli ratować się indywidualnymi akcjami, co nie przynosiło efektów.

Oczywiście, w finale NBA potrzebujesz indywidualności. Jalen Brunson jest w tym świetny. OG Anunoby też przez długie fragmenty ratował Nowy Jork. Ale kiedy atak przez kilka minut sprowadza się do kozłowania, czekania i trudnego rzutu, to robi się problem, bo ile takich szczęśliwych rzutów może znaleźć drogę do kosza?

Spurs grali prościej. Wembanyama skupiał na sobie obrońców. Castle atakował kosz w charakterystyczny dla siebie sposób – dwutakt z przetrzymaniem. Devin Vassell trafiał z dystansu, a Fox, choćby kiedy nie trafiał, to potrafił rozprowadzać grę.

Castle jest twardzielem!

Stephon Castle był jednym z najważniejszych zawodników meczu. Zdobył 23 punkty, miał pięć zbiórek i pięć asyst. Trafiał ważne rzuty. W końcówce wykorzystał rzuty wolne. Grał tak, jakby finały NBA w Madison Square Garden nie były dla niego żadnym problemem. To było coś dużego, bo jeżeli San Antonio ma w tej serii zależeć tylko od Wembanyamy i Foxa, to Knicks mogą to jeszcze jakoś kontrolować, ale kiedy Castle włącza się do ataku, to obrona ogromny problem.

Znakomita gra Castle, to bardzo dobry prognostyk dla Spurs przed czwartym meczem.

Trudny mecz Foxa

De’Aaron Fox długo nie grał dobrze. Sporo nie trafiał i nie wyglądał jak zawodnik, który kontroluje tempo gry. Gdyby Spurs przegrali, to jego skuteczność byłaby jednym z głównych tematów dyskusji po meczu, ale finały NBA są czasem „brutalnie proste”. Możesz się męczyć przez większość wieczoru, a potem i tak przychodzi jedno posiadanie, które zostaje zapamiętane, a ty zostajesz jednym z bohaterów.

Fox trafił trudny rzut z półdystansu w końcówce, który pomógł Spurs zamknąć ten mecz.

Nie chodzi o to, iż nagle zagrał wielkie spotkanie. Nie zagrał. Chodzi o to, iż nie uciekł od odpowiedzialności. Wziął na siebie ciężar gry, mimo iż wcześniej mu nie szło. Dla młodej drużyny Spurs to bardzo ważne. Wembanyama jest największą gwiazdą i twarzą NBA, ale w takich końcówkach potrzebuje obok siebie kogoś, kto też weźmie odpowiedzialność za wynik.

Knicks stanęli w drugiej połowie

Knicks zdobyli 42 punkty w drugiej kwarcie, ale w całej drugiej połowie tylko 47. Nie chodzi choćby o to, iż Jalen Brunson zagrał poniżej oczekiwań. Zdobył przecież 32 punkty. Nie chodzi też o to, iż OG Anunoby nie pomógł., bo dołożył 28 punktów i przez długie fragmenty był najlepszym zawodnikiem Knicks po obu stronach parkietu.

Problem był inny. Atak Knicks stał się jednostronny, zbyt przewidywalny. Za dużo było kozłowania. Za dużo czekania. Za dużo patrzenia na Brunsona. Za mało szybkich decyzji po podaniu. Za mało gry z przewagi, którą Knicks potrafili tworzyć w poprzednich meczach.

Charles Barkley w Inside the NBA zwrócił na to uwagę. – Myślę, iż gra Knicks zbytnio kręci się wokół Brunsona – powiedział Barkley. – W ogóle nie wykorzystali dziś Townsa, woleli powrócić do stylu gry, który polega na zrzucaniu wszystkiego na jednego zawodnika.

I to było widać. Bardzo! Brunson może zdobyć wiele punktów i trafić trudne rzuty, ale nie może być całym systemem ofensywnym przez 48 minut finału NBA.

W czwartej kwarcie Brunson i Anunoby zdobyli razem 18 punktów, a reszta drużyny trafiła tylko 1 z 16 rzutów z gry. Nie da się wygrać finału NBA, jeżeli w najważniejszej kwarcie prawie cały atak opiera się na dwóch zawodnikach.

Towns i Bridges muszą dać więcej

Największy problemem Knicks było to, iż tym razem Karl-Anthony Towns i Mikal Bridges dali za mało. Towns skończył z 11 punktami i ośmioma zbiórkami. Bridges zdobył natomiast tylko dwa punkty, a na jego grę wpływ miały szybkie dwa faule, które zmusiły trenera Mike’a Browna do posadzenia go na ławce. To uniemożliwiło Bridgesowi złapanie swojego rytmu gry.

Taka postawa Townsa i Bridgesa, to za mało jak na mecz finałów NBA, który przegrywasz czterema punktami.

Towns nie musi co wieczór rzucać 30 punktów, ale musi bardziej wpływać na obronę Spurs. Musi wymuszać decyzje defensywy. Musi atakować obręcz i tworzyć przewagi. Musi sprawiać, iż Wembanyama nie będzie mógł cały czas czuć się komfortowo strasząc pod koszem.

Iman Shumpert ujął to prosto. – Nie może być tak, iż obrońca niższy od ciebie o kilkanaście centymetrów trzyma cię na linii rzutów wolnych, a ty po prostu siłujesz się z nim i nic z tego nie wynika. W pierwszych dwóch meczach Towns grał fizycznie i karał Spurs, a dziś po prostu zniknął – powiedział.

Draymond Green poszedł w podobnym kierunku. Według niego sposobem na odciążenie Brunsona jest właśnie większe wykorzystanie Townsa. – Knicks muszą wymyślić, jak sprawić, by Jalen Brunson grał lepiej, a odpowiedzią na jego uwolnienie jest po prostu oddanie piłki do Karla-Anthony’ego Townsa – powiedział Green. – Przestańcie zostawiać go samego przed obroną, by zgadywał, co ma zrobić.

Jeśli Knicks nie uruchomią Townsa, to Brunson będzie miał coraz trudniej. Spurs będą mogli mocniej koncentrować się na piłce, agresywniej bronić pick-and-rolli i częściej zmuszać Knicks do trudnych rzutów.

Bridges ma inny problem. On nie może znikać. Przy jego roli i znaczeniu w rotacji Knicks potrzebują od niego czegoś więcej niż samej obecności na parkiecie. Potrzebują rzutów, ścinania pod kosz i presji na obronę.

Trener Knicks też ma o czym myśleć

Po takim meczu najłatwiej mówić o zawodnikach. Ale Mike Brown też musi wyciągnąć wnioski z rotacji, którą wprowadził. Knicks przegrali trzecią kwartę, ale przez cały czas byli bardzo blisko. To był moment, w którym trener mógł szybciej wrócić do najmocniejszych opcji i spróbować przejąć kontrolę. Tim MacMahon zwrócił uwagę, iż Brown zbyt długo trzymał na parkiecie rezerwowych. – Kiedy po trzeciej kwarcie było 92:91, Mike Brown powinien na starcie czwartej odsłony wrócić do swoich najcięższych dział, wpuścić na parkiet Brunsona i pójść po zwycięstwo. Zamiast tego trzymał na boisku rezerwowych przez kolejne minuty, a Knicks nie potrafili trafić rzutu i ciągle faulowali – powiedział MacMahon.

To nie znaczy, iż Brown przegrał mecz przez tę decyzję o rotacji, ale w finałach NBA, jak lubią mówić Amerykanie, „margines błędu jest bardzo mały”. Dwie słabsze minuty rezerwowych mogą zmienić rytm i dać paliwo przeciwnikom. Kilka fauli może wprowadzić rywala w bonus i pozwolić mu grać „na faul”. Knicks nie przegrali tylko przez ten fragment, ale był to bardzo istotny moment spotkania.

Sędziowie się nie popisali?

Po meczu dużo mówiło się o sędziach. Mike Brown był wściekły, bo Spurs w drugiej połowie wykonywali 24 rzuty wolne, a Knicks tylko osiem. W całym meczu San Antonio miało 32 rzuty wolne, Nowy Jork 22.

W meczu przegranym czterema punktami każdy gwizdek może wiele zmienić. Shaquille O’Neal wypowiedział się jednak na ten temat bardzo ostro. Przywołał historię z czasów, gdy sam grał w finałach pod wodzą Phila Jacksona. – Kiedy byłem na tyle dobry, by poprowadzić moją drużynę do finałów i miałem słabszy mecz, Phil Jackson zapytał mnie: „Co się dzieje?”. Odpowiedziałem mu: „Nie gwiżdżą na mnie fauli”. Wtedy położył rękę na moim ramieniu i powiedział: „Prawdziwi mistrzowie nie narzekają” – powiedział O’Neal.

Można się oczywiście z Shaqiem nie zgodzić, a sędziowanie w takim meczu zawsze będzie tematem do dyskusji. Sens tej wypowiedzi jest jednak prosty: Knicks muszą najpierw spojrzeć na siebie i nie poddawać się po jednym złym gwizdku, a przede wszystkim nie dawać się wciągać w dyskusję z sędziami. To zawsze rozprasza, a brak skupienia, wybicie z rytmu, to woda na młyn rywali.

Czwarty mecz będzie jeszcze ważniejszy?

Najgorsza wiadomość dla Knicks jest taka, iż Spurs wygrali mecz, w którym wcale nie wyglądali jak dominująca drużyna, która zaraz zdobędzie mistrzostwo. Mieli swoje problemy, przegrywali do przerwy, przegrali zbiórki, a Fox długo nie trafiał, a mimo to potrafili to spotkanie wygrać.

To jest dla Knicks ważne ostrzeżenie. przez cały czas prowadzą 2-1. przez cały czas mają przewagę własnego boiska i wciąż mogą odzyskać kontrolę nad tą serią, ale „margines bezpieczeństwa” jest już duuużo mniejszy.

Spurs znaleźli kilka elementów, które będą się prawdopodobnie starali powtarzać. Wembanyama musi być najważniejszym graczem w ataku, który gra blisko kosza i atakuje obręcz. Castle musi natomiast grać agresywnie jako drugi kreator. Jako drużyna muszą więcej grać piłką i tak jak w trzecim spotkaniu wracać do obrony po nieudanych akcjach.

To oczywiście nie gwarantuje zwycięstwa w serii, ale daje pewien plan, który warto spróbować zrealizować.

Jeśli Knicks wygrają Game 4, to będzie 3-1. Wtedy rywalizacja przeniesie się San Antonio z pełną kontrolą nowojorczyków i presją po stronie Spurs. Ale jeżeli wygrają Spurs i będzie 2-2, to wtedy drużyna z Teksasu znów stanie się faworytem do mistrzostwa.

Dlatego dla Knicks czwarty mecz jest niezwykle ważny. To będzie dla nich sprawdzian, czy potrafią odpowiedzieć nie emocjami, tylko korektą błędów, które popełnili. Czy będą potrafili uruchomić Townsa? Czy Bridges może wrócić do zdobywania punktów? A przede wszystkim czy cała gra w ataku może nie opierać się na Brunsonie?

Dla Spurs wyzwaniem będzie powtórzyć to, co zadziałało. Knicks stracili szansę na dominację w tym finale, ale wciąż mają przewagę własnego boiska i mogą sięgnąć po upragniony tytuł. Czy to im się uda? Bardzo wiele będzie zależeć jak odpowiedzą na porażkę z minionej nocy.

Jeśli spodobał Ci się ten artykuł, to podziel się nim w mediach społecznościowych. Dziękuję!

Więcej moich tekstów znajdziesz tutaj.

Przed trzecim meczem napisałem dłuższy artykuł o tym, iż Spurs i Thunder wcale nie muszą zdominować NBA w kolejnych latach.

Poza tym napisałem o tym jaki powinien być dobry trener oraz o historii Jalena Brunsona i Dallas Mavericks, która jest tak zła dla Mavs, iż ciągle ją wszyscy przypominają.

PS finały NBA transmituje TVP Sport. Czwarty mecz komentować będzie Radosław Spiak i Marek Rudziński. Ja zapraszam na mecz numer 5, który skomentuję w nocy z soboty na niedzielę wspólnie z Radkiem Spiakiem.

Terminarz finału NBA 2026

Mecz 4: 10 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z środy na czwartek, 10 na 11 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 5: 13 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z soboty na niedzielę, 13 na 14 czerwca, godz. 2:30) – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 6: 16 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z wtorku na środę, 16 na 17 czerwca, godz. 2:30)*** – NA ŻYWO w TVP SPORT

Mecz 7: 19 czerwca 2026, godz. 20:30 ET (w Polsce: noc z piątku na sobotę, 19 na 20 czerwca, godz. 2:30)*** – NA ŻYWO w TVP SPORT

*** jeżeli będzie potrzebny.

NBA: Thunder i Spurs wcale nie zdominują NBA w kolejnych latach? Tłumaczymy w czym jest problem
Wyniki NBA: 32 punkty Wemby’ego i Brunsona, Spurs wygrywają w Nowym Jorku!

Wspieraj PROBASKET

  • Sprawdź najlepsze promocje NIKE i AIR JORDAN w Lounge by Zalando
  • W oficjalnym sklepie NIKE znajdziesz najnowsze produkty NIKE i JORDAN oraz dobre promocje.
  • Oficjalny sklep marki adidas też ma dużo do zaoferowania.
  • Oglądasz NBA? Skorzystaj z aktualnej oferty - kup dostęp do NBA League Pass.
  • Lubisz buty marki New Balance? W ich oficjalnym sklepie znajdziesz coś dla siebie.
  • Oryginalne perfumy i kosmetyki z dużymi rabatami znajdziesz w sklepie FLACONI.PL
  • Idź do oryginalnego materiału