Władze Portland, stan Oregon i hrabstwo Multnomah proponują, iż zainwestują łącznie 573 mln dolarów publicznych pieniędzy na remont hali Moda Center. W zamian oczekują, aby Blazers podpisali umowę, która zatrzyma klub NBA w Portland na co najmniej 20 lat po zakończeniu modernizacji hali. Miasto nie daje tych pieniędzy bezwarunkowo, ale po pierwszych miesiącach rządów nowego właściciela klubu w Portland trudno się dziwić, iż lokalni urzędnicy i politycy chcą mieć pewność, iż Blazers nie opuszczą Oregonu.
Najpierw doprecyzujmy szczegóły. 573 mln dolarów nie jest ofertą samego miasta Portland. To łączny pakiet trzech instytucji publicznych:
| Stan Oregon | 365 mln dolarów |
| Miasto Portland | 120 mln dolarów |
| Hrabstwo Multnomah | 88 mln dolarów |
| Łącznie | 573 mln dolarów |
Pieniądze miałyby zostać przeznaczone na modernizację hali Moda Center, która należy do miasta. Blazers dostaliby więc odnowiony obiekt. Dla miasta natomiast nie sama hala jest najważniejsza. Oni chcą za wszelką cenę zatrzymać drużynę NBA w w Portland. Trudno się dziwić. Po tym jak Sonics nie dogadali się z Seattle w podobnej kwestii i przenieśli do Oklahomy, widać, iż szanse na powrót do drużyny są bardzo trudne.
Władze miasta i stanu stawiają jeden prosty warunek: Trail Blazers mają grać w Portland przez co najmniej 20 lat po zakończeniu remontu. Rada Miasta Portland przegłosowała 12 sierpnia warunki dalszych negocjacji stosunkiem głosów 8:4. To na razie zapowiedź i chęć do działania, a nie podpisana umowa. Teraz nowy właściciel klubu – Tom Dundon, musi zaakceptować szczegóły dotyczące jej warunków, a więc wszelkich opłat, rekompensaty podatkowej, zasad pracy przy remoncie, kontroli nad wydawaniem pieniędzy i odpowiedzialności za wszystkie koszty przekraczające budżet.
Miasto nie chce po prostu wyłożyć 573 mln dolarów i liczyć, iż właściciel im będzie wdzięczny. Projekt umowy przewiduje, iż Blazers poniosą koszty wszystkich przekroczeń budżetu oraz ewentualnych luk w finansowaniu. Portland, Oregon i hrabstwo Multnomah mają zachować wpływ na projekt remontu oraz prawo do sprawdzania, czy prywatna grupa ma pieniądze na pokrycie własnej części wydatków.
W dokumencie zapisano też zakaz relokacji. Gdyby Blazers złamali umowę, publiczne instytucje mogłyby domagać się zwrotu pieniędzy, odszkodowania, a choćby sądowego nakazu wykonania porozumienia.
W tytule napisaliśmy, iż Portland chce „przekupić” Blazers. To oczywiście jest trochę prowokacyjne, ale coś w tym przecież jest. Portland nie kupuje sobie klubu, ani nie daje nikomu łapówki. Miasto chce zainwestować w modernizację hali, a tym samym przekonać klub NBA do pozostania. Można jednak powiedzieć, iż politycznie sprawa wygląda tak, iż setki milionów dolarów publicznych pieniędzy mają skłonić prywatnego właściciela klubu wartego 4,25 mld dolarów do związania się z ich miastem na długie lata.
Nowy właściciel, nowe oszczędności
Musimy wrócić do kilku historii sprzed kilku miesięcy, żeby dać Wam dokładny obraz sytuacji. Tom Dundon przejął kontrolę nad Trail Blazers 31 marca, po zatwierdzeniu transakcji przez Radę Gubernatorów NBA. Jeszcze na początku kwietnia mówił o budowaniu klubu zdolnego walczyć o sukces każdego roku. Pierwsze miesiące jego rządów przyniosły jednak przede wszystkim afery z powodu cięcia kosztów.
W maju Blazers zwolnili około 70 pracowników. Wśród nich znalazł się Casey Holdahl, reporter klubowy pracujący przy Blazers przez ponad 18 lat. Zmiany objęły pracowników różnym działów, ale dla kibiców był to pierwszy bardzo mocny sygnał, iż Dundon nie zamierza prowadzić klubu w stylu Paula Allena.
Później przyszła kolej na transmisje. Z klubem rozstali się między innymi wieloletni analityk Michael Holton, statystyk Tom Haberstroh, prowadzący Neil Everett i Jamie Hudson. Kevin Calabro, komentujący mecze Blazers w telewizji od 2016 roku, odrzucił nową ofertę kontraktu.
– To była łatwa decyzja. Nie było warto poświęcać na to czasu – mówił Calabro, który nie kończy kariery i zamierza dalej pracować przy NBA. Nie chodziło jednak wyłącznie o znane nazwiska. W lokalnych mediach pojawiły się też informacje o ograniczeniu zespołu produkcyjnego, wydatków na grafikę telewizyjną i zmianach w radiowych transmisjach meczów wyjazdowych. Klub tłumaczył, iż dostosowuje się do zmian na rynku transmisji i chce działać efektywniej.
Dundon nie ukrywa własnego podejścia do zarządzania. Gdy pytano go o pierwsze kontrowersje, powiedział, iż w NHL nie zabiera się dodatkowych osób na wyjazdy, bo drużyna jedzie pracować, a nie na wakacje. Później przyznał jednak, iż część decyzji wynikała z niezrozumienia realiów NBA. – Po prostu popełniłem błąd. Nie rozumiałem tej ligi – mówił. Chodziło między innymi o sytuację zawodników z umowami two-way. Blazers początkowo nie zabrali ich na wyjazdowe mecze play-off, choć kilku z nich pomagało zespołowi w sezonie. Generalny manager Joe Cronin tłumaczył później, iż doszło do nieporozumienia i zawodnicy polecieli z drużyną na kolejne spotkanie.
Według relacji zza oceanu podczas turnieju play-in pracownikom klubu nakazano także opuścić hotel o 12:30, by nie płacić za późniejsze wymeldowanie. Miało to utrudnić masażyście pracę z zawodnikami, bo stracił przestrzeń potrzebną do zabiegów. Blazers zwrócili też na siebie uwagę mediów i kibiców rezygnacją z tradycyjnych darmowych koszulek dla kibiców na meczach play-off.
Każda z tych historii osobno może wyglądać jak drobna oszczędność. Razem jednak tworzą bardzo wyraźny obraz nowego właściciela.
Nawet sprawa trenera pasowała do tej historii
Najbardziej kłopotliwa dla Dundona była historia z Tiago Splitterem. Brazylijczyk przejął drużynę po odsunięciu Chaunceya Billupsa, poprowadził Blazers do play-offów i zyskał duże poparcie zawodników. Mimo tego Dundon zaczął rozmawiać z wieloma kandydatami na nowego trenera, a w lidze pojawiały się informacje, iż Portland chce wydać na szkoleniowca znacznie mniej niż typowy klub NBA.
Padała kwota od 1 mln do 1,5 mln dolarów rocznie. Klub zaprzeczał, iż Dundon ustalił taki limit, ale Splitter nie otrzymał długoterminowej umowy i ostatecznie odszedł do Chicago Bulls. Blazers natomiast zatrudnili Micaha Noriego, który od 2009 roku był asystentem w Raptors, Kings, Nuggets, Pistons, a ostatnio w Timberwolves. Podobno jego kontrakt jest gwarantowany tylko na pierwszy sezon, co jest rzadkością w NBA.
W Portland powstało więc wrażenie, iż Dundon był gotów ryzykować ciągłość projektu sportowego, by nie płacić trenerowi według standardów NBA. To właśnie dlatego każda kolejna informacja o publicznych pieniądzach dla Blazers wywołuje tak silne emocje.
Adam Silver bronił nowego właściciela, przekonując, iż zarzuty o skąpstwo nie mają sensu wobec człowieka, który wszedł do NBA przy transakcji wartej ponad 4 mld dolarów. Kibice w Portland patrzą jednak na to, co robi Dundon i łapią się za głowy. Widzą właściciela, który w kilka miesięcy zwolnił dziesiątki osób, oszczędzał na podróżach, transmisjach i elementach ważnych dla doświadczenia kibiców, a jednocześnie negocjuje setki milionów dolarów publicznego finansowania na remont hali.
Dlaczego Portland chce w ogóle płacić?
Miasto nie ma w tej chwili informacji, iż Dundon rozpoczął formalne przygotowania do przeniesienia klubu. Blazers są związani obecną umową z Moda Center do 2030 roku, z opcją przedłużenia jej do 2035 roku. Portland wie jednak, iż nie chcą z Dundonem siadać do stołu negocjacyjnego ponownie w 2030 roku. Mogą obawiać się jeszcze większych żądań jak np. nowa hala, ulgi podatkowe czy inne formy dofinansowania. Dlatego ta 20-letnia umowa dałaby im spokój i jest w zasadzie ważniejsza od samego remontu.
Moda Center miałaby zostać unowocześnione w kilku etapach, ale projekt zmian miałby potrwać cztery lata. Władze miasta chcą też w ten sposób zabezpieczyć pieniądze mieszkańców. Stan Oregon uzależnił swoje 365 mln dolarów od zawarcia tej umowy przed końcem roku. o ile strony się nie porozumieją, cała konstrukcja finansowa może upaść.
Dundon nie odrzucił oferty miasta, ale też nie dał jasnego sygnału, iż jest takim rozwiązaniem usatysfakcjonowany. Dewayne Hankins, odpowiedzialny za działalność biznesową Blazers, podziękował władzom Portland i zapowiedział dalsze rozmowy. To zdecydowanie lepsze stanowisko, niż jeszcze kilka tygodni temu, kiedy to w mediach pojawiły się informacje, iż w wewnętrznych rozmowach władze klubu nazywały propozycję miasta jako „nie do przyjęcia”. przez cały czas jednak nie wiadomo czy Dundon zaakceptuje te warunki.
Ewentualna wyprowadzka Blazers z Portland, to też nie jest coś, co mogłoby się zadziać z dnia na dzień. Zgodę musiałaby wyrazić liga, nowe miasto też musiałoby przejść pewne procedury i zobowiązania. Trzeba jednak pamiętać, iż posiadanie klubu w NBA jest na zasadzie franczyzy, czyli właściciele muszą się dostosować do zasad i przepisów ligowych. Może się jednak okazać, iż za kilka lat NBA zgodzi się na przenosiny klubu. Zwłaszcza jeżeli frekwencja w hali oraz oglądalność telewizyjna nie będzie zadowalająca. Wtedy liga sama może być zainteresowana, aby klub przeniósł się na inny rynek.

3 dni temu















