Za nami koszykarskie finały NBA, jakich jeszcze nie widzieliśmy. Starcie San Antonio Spurs z New York Knicks sprawiło, iż James L. Edwards III z nowojorskiego The Athletic – jak zadeklarował – przestał wierzyć w karmę, a zaczął wierzyć w przeznaczenie. Natomiast dzięki liderowi drużyny, która przez lata była symbolem sportowego i biznesowego upadku, przyblakłe słowo „kapitan” odzyskało swoje pełnokrwiste znaczenie.
Finały NBA co roku są inne, mniej lub bardziej wyjątkowe, i właśnie za to tę ligę uwielbiamy. Jedyną drużyną, która w ciągu ostatnich dziesięciu lat zdołała obronić mistrzostwo, czyli zdobyć tytuł rok po roku, byli Golden State Warriors ze Stephenem Currym. Po pierścieniach wywalczonych w 2017 roku powtórzyli sukces w 2018 roku, w obu przypadkach pokonując w finałach Cleveland Cavaliers z LeBronem Jamesem. Ten sam LeBron poprowadził zresztą Cavs do czterech kolejnych finałów przeciwko Warriors w latach 2015–2018.
Od 2019 roku NBA ma jednak co sezon innego mistrza: Toronto Raptors, Los Angeles Lakers, Milwaukee Bucks, Golden State Warriors, Denver Nuggets, Boston Celtics, Oklahoma City Thunder, a od minionej soboty – New York Knicks.
Ten fakt można interpretować na dwa sposoby.
Pierwszy, bardziej oczywisty, jest biznesowy. Realizuje się zamysł komisarza ligi Adama Silvera, absolutnego mistrza pracy na modelach biznesowych, aby NBA była możliwie wyrównana, a same pieniądze nie miały decydującego głosu. Stąd coraz większa rola limitów płac, podatku od luksusu i szczególnie dotkliwych ograniczeń związanych z tzw. second apron, czyli progiem, po przekroczeniu którego kluby tracą znaczną część elastyczności w budowaniu składu.
Drugi sposób interpretacji jest bardziej ludzki. Drużyny często rozpadają się właśnie w momentach sukcesu. Zwracał na to uwagę m.in. Bill Simmons w „Wielkiej Księdze Koszykówki”. Sukces jest owocem ducha zespołowego, w którym „my” jest ważniejsze – albo co najmniej równie ważne – jak „ja”. Na drodze do mistrzostwa trzeba umieć zapomnieć o swoim ego, aby skoncentrować się na zespole i jego dobru. Ale później przychodzą strugi szampana, słodki dym najlepszych cygar, błysk fleszy i pierścień na palcu. Patrzę na niego i, niczym Frodo w końcówce misji Drużyny Pierścienia, zaczynam najpierw cicho, a potem – już w towarzystwie mojego agenta – coraz głośniej mówić: „to mój”, „to ja”, „to dzięki mnie”, „to mnie się należy”. Bo wierzę, iż właśnie to pomoże mi wynegocjować nowy, lepszy kontrakt.
Tyle iż ten nowy, lepszy kontrakt często czeka już w nowej drużynie, która wierzy, iż „dzięki mnie” zdobędzie pierścień w najbliższym sezonie. Co, jak pokazuje historia ostatnich lat, dzieje się znacznie rzadziej, niż podpowiadają ambicje, prezentacje agentów i letnie konferencje prasowe.
I tutaj właśnie pojawia się ważny, liderski, choć pozaboiskowy ruch Jalena Brunsona z New York Knicks.
Brunson trafił do Nowego Jorku w 2022 roku, tuż po kapitalnych dla siebie play-offach w barwach Dallas Mavericks. Dallas doszło wtedy do finałów Konferencji Zachodniej, a Brunson szczególnie mocno pokazał się, gdy zastępował wielką gwiazdę – kontuzjowanego Lukę Dončicia. Podpisał z Knicks kontrakt wart 104 miliony dolarów. Pieniądze są istotną częścią gry na takim poziomie, ale jak się okazało, dla Kapitana nie były najważniejsze.
W 2024 roku Brunson zrezygnował z gigantycznej, możliwej podwyżki, około 113 milionów dolarów gwarantowanych pieniędzy, aby klub nie zablokował się finansowo. Dzięki tej decyzji Knicks zachowali większą elastyczność finansową, mogli utrzymać w składzie OG Anunoby’ego i zbudować wokół Brunsona drużynę zdolną do mistrzostwa, m.in. sprowadzając Mikala Bridgesa. Relacja Brunsona i Bridgesa to jedna z najgłębszych przyjaźni we współczesnej NBA. Zaczęła się na katolickim Uniwersytecie Villanova, gdzie obaj grali pod okiem trenera Jaya Wrighta. Wspólnie zdominowali koszykówkę akademicką, zdobywając mistrzostwa NCAA w 2016 i 2018 roku. W tej samej historii był obecny także Josh Hart, dziś również ważna postać Knicks.
OG Anunoby nie należał do paczki z Villanovy. Studiował na Indiana University. Ale on i Brunson gwałtownie złapali wspólny język na boisku. Brunson wielokrotnie podkreślał, jak bardzo ceni jego cichy profesjonalizm, stoicki spokój i tytaniczną pracę w obronie. W finałach Bridges był znakomitym graczem typu two-way: wymiennie z Anunobym brał na siebie krycie obwodowych gwiazd Spurs, napędzał kontrataki, trafiał najważniejsze rzuty z rogów boiska i odciążał Brunsona w kreowaniu gry. Anunoby stał się zaś brakującym elementem mistrzowskiej układanki.
Czy właśnie dzięki swojej pokorze mógł stać się – jak powiedzieliby niektórzy – narzędziem przeznaczenia?
W dramatycznej końcówce meczu nr 4, przy stanie 106:105 dla Spurs, Jalen Brunson oddał rzut za trzy punkty w ostatnich sekundach. Nie trafił. Piłka odbiła się od obręczy, ale OG Anunoby przemknął przez linię obrony Spurs i na 1,2 sekundy przed końcową syreną dobił ją do kosza, dając Knicks zwycięstwo 107:106. Ta akcja dała Nowemu Jorkowi prowadzenie 3-1 w serii, przesunęła granicę tego, co jest w ogóle możliwe, co Knicks potrafią zrobić, i chyba ostatecznie złamała ducha młodych Spurs z Victorem Wembanyamą na czele.
Gracze NBA osiągają tak niewiarygodnie wysoki poziom umiejętności, iż mistrzostwo zdobywa się dzięki czemuś więcej. Ale czym jest to „coś więcej”? Szczęściem? A czym adekwatnie jest szczęście? Pytam o to czasem moich studentów z Wydziału Zarządzania AGH, pokazując im film z treningu, na którym Stephen Curry pięć razy z rzędu trafia przez całe boisko do kosza. Pojedynczy taki rzut można skomentować: „ale miał farta”. Gdy jednak Curry robi to wielokrotnie, zaczynamy rozumieć, iż przesuwa granice tego, na co mamy wpływ, co możemy wypracować i co możemy kontrolować. Wiemy, iż ta siła płynie z jego serca, z jego umysłu, a on sam mówi, iż najmocniej płynie z góry – tam, gdzie wskazuje palcem po trafionych rzutach. W książce „Szczęście czy fart?”, ukochanej lekturze przedwcześnie zmarłego polskiego trenera piłki nożnej Jacka Magiery, szczęście nie jest ślepym trafem. Jest stwarzaniem odpowiednich warunków dla możliwości. A możliwości istnieją zawsze. Tyle, iż nie wszyscy potrafią je stworzyć i nie wszyscy mają blisko siebie osoby, które chcę im w tym pomóc.
Jeśli łączyć sport i politykę, to tylko w ten sposób. Znakomita, pełna emocji i ogromnej wiedzy, poruszająca i co najważniejsze bardzo pozytywna przemowa burmistrza Nowego Jorku z okazji mistrzostwa Knicks. Zohran Mamdani proszę Państwa. Naprawdę warto.
pic.twitter.com/rcWZzKtKfe
Jest jeszcze jedna bardzo ważna osoba, która tworzyła je dla Jalena Brunsona: jego ojciec.
Ich długi uścisk po końcowej syrenie zwycięskiego meczu mówił więcej niż tysiąc słów, bo dotykał czegoś głębokiego, czego nie da się łatwo wyrazić. Rick Brunson nie był wielką gwiazdą NBA. Był tzw. journeymanem – zawodnikiem, który w ciągu dziewięciu sezonów grał w kilku klubach, walcząc adekwatnie o każdy dzień przetrwania w lidze. Doskonale wiedział, jak brutalny potrafi być biznes NBA i jak trudno zostać mistrzem.. W 1999 roku, jako rezerwowy zawodnik Knicks, doszedł do finałów NBA, w których nowojorczycy przegrali z San Antonio Spurs.
Gdy zauważył talent małego Jalena, zaczął realizować ryzykowny plan. Był dla syna jednocześnie tatą, trenerem i tarczą strzelniczą. Aplikował mu treningi przypominające wojskowy dryl, prowokował go, grał z nim fizycznie, by uodpornić go na trash-talk, presję rywali i reakcje kibiców. Kiedy Jalen stawał się gwiazdą w liceum i na studiach, Rick starał się gasić przejawy samozachwytu. Nie usuwał trudności z drogi syna. Raczej pilnował, by syn nauczył się przez nie przechodzić, by umiał znajdować drogę.
Drogę Jalena chciał zabezpieczać dalej. W czerwcu 2022 roku wszedł do sztabu szkoleniowego New York Knicks, formalnie jako asystent Toma Thibodeau, z którym pracował już wcześniej. Trudno jednak nie zauważyć, iż kilka tygodni później Jalen podpisał kontrakt z Knicks. Wokół tego zatrudnienia narosło wiele kontrowersji, a liga wszczęła śledztwo w sprawie tzw. tamperingu, czyli niedozwolonych kontaktów kontraktowych przed rozpoczęciem free agency. Knicks zostali później ukarani utratą wyboru w drugiej rundzie draftu a dla wielu obserwatorów obecność ojca w jednej drużynie z synem oznaczała raczej konflikt i rozstanie, niż stworzenie czegoś godnego pięknej relacji syn – ojciec.
Była to więc ryzykowna gra, którą trzeba było zrównoważyć wieloma dobrymi rzeczami: pracą, lojalnością, wynikami, odpowiedzialnością. Miłością.
Jalen jako dziecko i nastolatek wielokrotnie płakał przez wymagania ojca. Po latach przyznał jednak, iż właśnie ta szorstka miłość pomogła mu zbudować mocną psychikę. Mógł także obserwować, jak jego tata radził sobie z niegwarantowanymi kontraktami, z brakiem pewności, czy dalej będzie w drużynie, czy zostanie oddany, jak intensywnie pracował latem tylko po to, by dostać umowę na obóz treningowy. „Po prostu nigdy nie boję się porażki”, „znajdziemy drogę, w każdej sytuacji znajdziemy drogę” – mówił później Jalen.
Być może to lekcja, którą musi jeszcze odrobić Victor Wembanyama. Po zwycięstwie w finale konferencji pozwolił sobie na wiele szczerości, mówiąc, iż zwyciężanie jest sensem jego życia i iż chce smakować tego uczucia wielokrotnie. Jerry West, legenda NBA, który sześć razy przegrywał finały, powiedział kiedyś, iż trzeba nauczyć się nie tylko wygrywać, ale i przegrywać. Przegrywanie jest zresztą w sporcie częstsze niż wygrywanie. Najczęściej się przegrywa, rzadko wygrywa, gra się ciągle.
John Wooden, „The Coach”, doskonale to rozumiał. Uczył swoich zawodników w koszykówce akademickiej, iż istnieje różnica między zwycięstwem a wygrywaniem. Można wygrać mecz i niczego nie zbudować. Można przegrać mecz i stać się silniejszym i mądrzejszym. Ale powrót z 29 punktów straty w finałach NBA wymaga czegoś więcej, jakiejś niezwykłej wiary i wewnętrznej siły.
Warren Bennis pisał, iż liderzy rodzą się w tyglu trudności. Wspaniałe jest to, iż w tym szczególnym, zawsze ryzykownym tyglu – gdy tworzy go ojciec dla własnego syna – narodził się lider. Kapitan.
Gdy 13 czerwca 2026 roku, na kilka dni przed Dniem Ojca, Rick uścisnął swojego syna – już dorosłego, już prawdziwego mistrza – wyglądało to tak, jakby ten uścisk zamknął wiele dawnych ran. Dla Ricka był odkupieniem za przegrane finały ze Spurs z 1999 roku. Był odpowiedzią na zarzuty o kolesiostwo i nepotyzm, które sypały się na nich w 2022 roku. Był wreszcie dowodem na to, iż momentami bolesny tygiel trudności, przez który Rick przeciągnął małego Jalena, przyniósł owoc.
Coś, co trudno wyrazić słowami, wyraził głęboki uścisk Jalena, jego żony i rodziców. W tym uścisku ojciec nie był już surowym trenerem, a syn nie był już wkurzonym chłopcem z sali treningowej. Byli dwoma dorosłymi mężczyznami. Przyjaciółmi. Ludźmi, którzy rzucili wyzwanie całemu koszykarskiemu światu i wspólnie – jako trener i zawodnik, ojciec i syn – spełnili swoje największe sportowe oraz wielkie życiowe marzenie.
Czasem myślę, iż zawodowa NBA jest jak ogromny wodospad. Niagara, w której łączy się to, co piękne, dobre i wielkie, z tym, co powierzchowne, dziwne, a bywa, iż podlane mamoną, egoizmem, blichtrem i nadmierną rywalizacją. W 1999 roku, po przegranych po morderczej walce finałach z tymi samymi San Antonio Spurs, z Rickiem Brunsonem w składzie, ówczesny trener Knicks Jeff Van Gundy odmówił przyjęcia pierścieni za mistrzostwo konferencji. „Pierścień mistrzowski to pierścień mistrzowski. Nie róbmy pierścieni pocieszenia” – brzmiało uzasadnienie jego decyzji, które podaje Chris Herring w książce „Blood in the Garden”. Zamiast pierścieni pocieszenia każdy członek ekipy wicemistrzów dostał zegarek z wygrawerowanym napisem upamiętniającym mistrzostwo Konferencji Wschodniej z 1999 roku dla Knicks.
W serii z 2026 roku każdy mecz z San Antonio Spurs zaczynał się podobnie: od przewagi Spurs i mniej lub bardziej heroicznego pościgu Knicks. Pytany o to Jalen Brunson odpowiedział z charakterystycznym dla siebie spokojem, iż być może Knicks mają źle nastawione zegarki – mecz zaczyna się dla nich zbyt późno.
Czy to źle?
Bez tego nie mielibyśmy czegoś, co nigdy wcześniej nie wydarzyło się w finałach NBA: odrobienia 29 punktów straty i zwycięstwa na 1,2 sekundy przed końcem. Ile to daje nadziei dla życia, także tego z jego pozornie beznadziejnymi przypadkami!
No cóż, po tych finałach podjąłem decyzję, żeby wrócić od smartwatcha do odłożonego kiedyś do szuflady zegarka analogowego. Niech choćby trochę się spóźnia. Będzie mi przypominał – jak ci spóźnialscy Knicksi – iż „niemożliwe” też może się wydarzyć. Choćby na 1,2 sekundy przed końcem ostatniej kwarty.
A NBA, mimo całego blichtru, pieniędzy i ego, wciąż pozostaje miejscem, w którym można odnaleźć cudowne historie o dążeniu do spełnienia, pokonywaniu trudności, szukaniu drogi, o charakterze, szczęściu i o wielkości, która czasem naprawdę może stać się udziałem ludzi. No coż, I still love this game!
Piotr Czekierda

13 godzin temu












