Mikal Bridges przez ostatnie dwa lata był wytykany palcami, gdy tylko miał gorszy okres na parkiecie. Wszyscy wypominali mu, iż kosztował New York Knicks aż pięć pierwszorundowych wyborów w drafcie. To była spora cena, którą Nowojorczycy musieli zapłacić, żeby pozyskać skrzydłowego z Brooklyn Nets w 2024 roku.
Mikal Bridges był bardzo blisko mistrzostwa już kilka dobrych lat temu (w 2021 roku), kiedy to występował w Finałach NBA w barwach Phoenix Suns. Półtora roku później został wytransferowany (między innymi z Cameronem Johnsonem) do Brooklyn Nets, którzy z kolei oddali Kevina Duranta. Bridges dostał nową, nie znaną mu dotąd rolę po wymianie.
Błyskawicznie, ale i dla wielu zaskakująco, stał się z marszu pierwszą i wyraźną opcją dla Nets. W pierwszych 27 występach notował średnio 26 punktów na mecz. Wówczas typowano go choćby do miana przyszłego All-stara. Następny sezon nie był jednak dla niego i jego ówczesnego klubu, aż tak kolorowy, jak się wcześniej zapowiadało. W kampanii 2023/24 zdobywał blisko 20 punktów co spotkanie, ale jego ekipa nie zakwalifikowała się do play-offów. Moment ten był przełomowy, bo zwiastował duże zmiany.
Mikal wciąż był wyśmienitym strzelcem i dobrym defensorem. Knicks ruszyli po niego i zapłacili jak za gwiazdę, mimo iż gwiazdą nie był. To nie pierwszy przypadek w ostatnich latach w NBA, kiedy za topowego zadaniowca i członka pierwszej piątki płaci się sporo (patrzcie Desmonda Bane’a w Orlando). Tacy gracze są w cenie, jeżeli chodzi o obecne trendy w NBA. Nie ma co ukrywać.
Prawda jest taka, iż nie byłoby dzisiaj mistrzostwa Knicks (pierwszego dla nich od 53 lat) bez Mikala Bridgesa. Perspektywa jest tu kluczowa. Dzisiaj nikt nie będzie wypominał klubowi poniesonych kosztów, ponieważ przyczynił się on znacząco do historycznego sukcesu. Spełnił oczekiwania i pomógł zespołowi wygrać upragnione mistrzostwo, czyli wywiązał się ze swojego głównego zadania. Gdyby nie było tego tytułu i mielibyśmy do czynienia z przegranym przez Knicks finałem, media pisałyby o niesłusznej decyzji, która ograniczyła ich możliwości na rynku na najbliższe lata.
Cena była wysoka i z perspektywy Nets z pewnością będzie mieć wysoką wartość w przyszłości, ale w NBA najcenniejszą walutą nie są wybory w drafcie, tylko mistrzostwo. To był transfer z gatunku „ostatni brakujący element”, podobnie jak w przypadku OG Anunoby’ego. Bridges zagwarantował stabilność (w ogóle nie opuszcza meczów) czy wszechstronność (możliwość bronienia najlepszych obwodowych rywali, rozciąganie gry bez konieczności posiadania piłki itp.). Dodatkowo wpisał się w kulturę zespołu, który wygrał tytuł nie tylko efektywnością, a również konsekwencją.

13 godzin temu












