Największy skandal w historii przepadł za murem tajemnic. Wystarczyły trzy słowa

2 godzin temu
- jeżeli moi szefowie stwierdzą: "Sandro, czas, żebyś opuścił ten sport", będę musiał to zaakceptować, takie jest życie - mówi dyrektor Pucharu Świata w skokach Sandro Pertile. Sam nie wyobrażał sobie rezygnacji po ubiegłorocznym skandalu sprzętowym na mistrzostwach świata w Trondheim. O tej sprawie woli już nie rozmawiać, ale zdradza, jak ją przeżył i przetrwał na stanowisku.
Sandro Pertile został dyrektorem Pucharu Świata wiosną 2020 roku. W ciągu niecałych sześciu lat jego pracy wydarzyło się wiele. Czy dobrego? Kibice pamiętają głównie kontrowersyjne sytuacje. Włoch musi mierzyć się ze sporą krytyką, ale i bardzo trudnymi sytuacjami na skoczni.

REKLAMA







Zobacz wideo Dlaczego najlepsi narciarze i narciarki nie nadają butów w bagażu? Maryna wyjaśnia



W zeszłym roku miała miejsce największa dotychczas afera: skandal sprzętowy po oszustwach Norwegów na mistrzostwach świata w Trondheim. Na Sport.pl upubliczniliśmy wtedy nagrania pokazujące, jak Norwegowie manipulowali przy przeszywaniu kombinezonów przed konkursem na dużej skoczni, po którym zdyskwalifikowany został srebrny medalista Marius Lindvik i piąty Johann Andre Forfang. Skoczków ukarano zawieszeniem, które potrwało do początku kolejnej zimy. Trzech członków sztabu, w tym główny trener Magnus Brevig, którzy wszyli w kombinezony sztywne sznurki pomagające zyskać aerodynamiczną przewagę, stracili pracę i nie mogą wrócić do skoków na światowym poziomie aż do 10 września tego roku.
Wiadomo było, iż rozmowa z obecnym szefem skoków o Trondheim nie będzie łatwa. Działacz Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) nie chce się wypowiadać o ubiegłorocznym skandalu. Powtarza trzy słowa: "Temat jest zamknięty". Więcej mówi o tym, jak się z nim czuł i jak skoki, jego zdaniem, już wyszły z kryzysu, który afera wywołała. Rozmawiamy o zagrożeniach dla dyscypliny, a także o tym, jak Pertile wspomina swoje dotychczasowe wyjazdy na igrzyska. Właśnie zaczął swoje szóste, wyjątkowe, bo skoki realizowane są prawie na jego podwórku, w Predazzo. Tuż obok skoczni, na których sam skakał i gdzie sportowo się wychował.
Jakub Balcerski: Spodziewał się pan, iż po zeszłorocznym skandalu z mistrzostw świata w Trondheim przez cały czas będziemy tu siedzieć w tych samych rolach?
Sandro Pertile: Nie widzę powodu, dla którego tak miałoby nie być. I brałbym to, iż obaj pozostaliśmy w tym miejscu, za pozytyw.
W rozmowie z TVP Sport z kwietnia zeszłego roku mówił pan, iż myślał o rezygnacji, miał moment zwątpienia. To była chwila, w której wyobrażał pan sobie skoki bez siebie w roli szefa tego sportu?
- Nie było tak, przynajmniej nie z mojej strony. Ale jestem zależny od innych osób i jeżeli moi szefowie powiedzą mi: "Sandro, czas, żebyś opuścił ten sport", muszę to zaakceptować, takie jest życie.



A byłby pan gotowy, gdyby tak się stało?
- Nie myślałem o tym. Ale powiem też szczerze, iż jestem świadomy, iż czasem w życiu inni ludzie mogą decydować za ciebie. Zwłaszcza, jeżeli są na wyższym stanowisku niż ty.
Willingen, początek lutego zeszłego roku, jeszcze przed skandalem na MŚ w Trondheim. Dwóch trenerów założyło się na wieży, podczas konkursu PŚ, o 100 euro, czy zniknie pan ze skoków po zakończeniu tamtej zimy, a najpóźniej po sezonie olimpijskim. Obaj przegrają?
- Nie chciałbym tego komentować, bo mnie tam nie było.






Czytaj także:


Justyna Kowalczyk: By napisać ten tekst, pierwszy raz od trzech lat otworzyłam laptop



A sprawę Trondheim traktuje pan jako zamkniętą? Zrobiliście wszystko, co mogliście, żeby ją wyjaśnić? Czy może myśli pan, iż to niemożliwe, by wyjaśnić każdy detal tamtej afery?
- Dla mnie to temat, który zamknęliśmy. Mamy nowy sezon, a tamtą sprawę zakończyliśmy sankcjami dla tych, którzy zawinili. Dla mnie tym, co ważne w tym momencie, jest tylko sezon olimpijski.
Czasem łapie się pan jeszcze na rozważaniach, czy zrobiliście wtedy wszystko, co się dało?
- Nie da się żyć przeszłością. To bardzo proste: powinniśmy żyć tym, co dzieje się teraz. Cieszę się, iż w tym sezonie zaczęliśmy od - moim zdaniem - świetnych konkursów w Lillehammer, a teraz żyjemy wielkim sportowym wydarzeniem.



Spodziewałem się, iż może być trudno o Trondheim z panem porozmawiać. Chce pan kompletnie pominąć ten temat, prawda?
- Nie odpowiem już na żadne pytanie dotyczące tej sprawy. Nie tylko twoje, także twoich kolegów. Nie dotykam już tego tematu.
Czyli nie opowie pan o tym, co czuł, kiedy pierwszy raz zobaczył filmiki dokumentujące oszustwo Norwegów?
- Tak jak mówiłem, temat jest zamknięty. Żyję tym, co dzieje się teraz.
Jednak muszę zadać jeszcze jedno pytanie. Od początku pisałem o czipach. To właśnie o manipulacjach przy czipach informowaliśmy najpierw w kontekście skandalu na MŚ w Trondheim - na filmikach z manipulacjami Norwegów widać je na kombinezonach. Jednak do tej pory jako FIS nigdy nie wyjaśniliście, jak to możliwe, iż w nowy materiał wszyto czipy, które musi najpierw zobaczyć kontroler sprzętu FIS. Ten temat nigdy nie został w żaden sposób wyjaśniony. To potencjalnie o wiele większa i poważniejsza sprawa niż manipulacje wykryte w kombinezonach. Zajmowaliście się też czipami podczas procesu wyjaśniania sprawy?
- Powtórzę jeszcze raz: temat uważam za zakończony. To, co się wydarzyło, to się wydarzyło. Wiem, iż pracowaliśmy ciężko po sprawie z Trondheim, żeby znaleźć się w lepszej sytuacji. I przez cały czas to robimy.
Na wiosennych spotkaniach komitetów FIS ogłosiliście, iż przy czipach mogło dochodzić do manipulacji. I iż teraz staraliście się je rozwinąć, dodać im dodatkową, zabezpieczającą warstwę. Podobno byliście w kontakcie z jednym z uniwersytetów oraz firmą, która je wykonywała. Tak, żeby dało się ich używać już w tym sezonie. W ostatnich miesiącach dostaliśmy filmiki z treningów kadr skoczków, na których było widać, jak łatwo przenieść czipy z jednego kombinezonu na drugi. Jesteście pewni, iż teraz tak nie da się już zrobić?
- Ciągle pracujemy nad bezpieczeństwem naszych czipów. I sprawdzamy, czy pojawiają się jakieś zmanipulowane. Bylibyśmy w stanie je wykryć.



A jesteście pewni, iż z nowym systemem kontroli sprzętu, który stworzyliście w kilka miesięcy po skandalu, Trondheim już się nie powtórzy?
- To nie zależy od nas. My możemy starać się jak tylko możemy, być wobec kadr i skoczków najlepszymi policjantami.
Czego Trondheim pana nauczyło?
- Myślę, iż kroki, które podjęliśmy, są wyraźnie widoczne. Zatrudniliśmy supereksperta w sprawach sprzętu, bo musieliśmy zbliżyć się do tego, co robią kadry. Mamy teraz szerszy zespół zajmujący się sprzętem i jego kontrolą. Mamy więcej par oczu w różnych miejscach na skoczni. Uprościliśmy procedurę, a techniczne zatwierdzanie kombinezonów, którego dokonujemy przed zawodami, pomaga nam przynajmniej utrzymać kontrolę nad tym, co na początku dzieje się ze strojem. Potem musimy ją podtrzymać, gdy skoczkowie są sprawdzani w kabinie, podczas zawodów.
Pomyślał pan: "Musimy się zająć pewnymi rzeczami, które wcześniej wykonywaliśmy źle"? Słowem: przyznaliście się tak do błędu?
- Dla nas sprawa Trondheim była szansą, żeby pójść ze wszystkim do przodu. I tak zrobiliśmy. Oczywiście, zainwestowaliśmy w to sporo energii i pieniędzy FIS. Cieszę się, iż teraz sytuacja w kwestii kontroli sprzętu jest o wiele lepsza.
Po zakończeniu sezonu mieliście dwie tury spotkań ws. zmian w skokach. Najpierw w kwietniu w Pradze - w podkomitetach (proponowane zmiany zostały wówczas ostro skrytykowane) i w maju w Vilamourze, gdzie na zebranie głównego komitetu ds. skoków FIS przyjechał pan z kilkoma gotowymi rozwiązaniami i zmianami do wprowadzenia. Kiedy nastąpił punkt zwrotny, kiedy podjęliście decyzję, żeby "przekręcić wajchę w drugą stronę"?
- Momentem największych wątpliwości wobec tego, co się dzieje, była Praga - sytuacje, które miały miejsce podczas naszych spotkań w Czechach. Dla mnie wszystko stało się jasne, kiedy jechałem do domu. Byłem osiem godzin sam w samochodzie. Sam siebie pytałem, jak wyjść z tego bałaganu. I to był moment, od którego zaczęliśmy wszystko porządkować. Wtedy, w trakcie tamtych ośmiu godzin, znalazłem rozwiązania, których potrzebowaliśmy. Gdy trwa sezon, wszystko dzieje się bardzo gwałtownie i do ostatnich zawodów w Planicy nie mieliśmy choćby szansy zrozumieć, co dokładnie dzieje się wewnątrz kadr, jaki jest pełny ogląd sytuacji. W Słowenii mieliśmy spotkanie, zaczęliśmy myśleć o przyszłości. Po tym, co wydarzyło się w Pradze, zrozumiałem, jakie powinniśmy zrobić kolejne kroki. I myślę, iż dalej reagowaliśmy już dość gwałtownie na to, co się działo. Wprowadziliśmy sporo zmian, mając kilka czasu.



Było panu trudno wykonać pewne ruchy? Np. porozmawiać z Christianem Katholem, który ostatecznie przestał być kontrolerem sprzętu? Oczywiście, wiemy o jego problemach rodzinnych i zdrowotnych, ale chyba nie będzie pan twierdził, iż nie potrzebowaliście tej zmiany?
- Christian był zmuszony odejść ze względu na rodzinę. Rozmawiałem z nim w trakcie tego sezonu. Jest szczęśliwy, iż mógł pomóc swojej mamie, potrzebowała tego. A on bardzo chciał być z nią częściej, więc uszanowałem jego decyzję.
Zrozumiałem, iż potrzebujemy dobrego rozwiązania. On nie mógł kontynuować pracy w taki sposób jak wcześniej, a my potrzebowaliśmy dobrego kontrolera. I cieszę się, iż gwałtownie udało nam się go pozyskać. Teraz mamy cały zestaw osób, które ze sobą pracują, żeby system kontroli działał dobrze na wszystkich skoczniach, u kobiet i mężczyzn, a także na wszystkich poziomach rywalizacji.
Było dość jasne, iż pewnie zwróci się pan do Mathiasa Hafele. W końcu był wolny na rynku po tym, jak zwolniono go w Polsce [był tu sprzętowcem kadry za kadencji trenera Thomasa Thurnbichlera, od maja 2022 do kwietnia 2025 roku - red.]. Mówił mi, iż po pięciu minutach rozmowy z panem przez telefon już wiedział, iż weźmie tę robotę. A jak pan czuł?
- W Pradze zrozumiałem, iż potrzebujemy prawdziwego eksperta. Czasem w życiu musisz znaleźć się we właściwym miejscu, z odpowiednią osobą. Tak było z Mathiasem. Rozmawialiśmy już w przeszłości, ale prawdopodobnie to był najlepszy moment, żeby do nas trafił. I naprawdę jestem dumny, iż tu jest.


"Grube ryby" z FIS dały skokom większe finansowe wsparcie? Tak dużych zmian, jak te po skandalu z Trondheim, nie robi się przecież za darmo.
- Pewnie, iż ułożenie tego wszystkiego na nowo kosztowało nas dużo zdrowia, a do tego pieniędzy. Cieszę się, iż nasze władze nas w tym wsparły.



Chyba nie zawsze łatwo było pozyskać pieniądze dla skoków. Trondheim stało się do tego okazją i pretekstem, żeby zwiększyć budżet, na który przyzwalają najwięksi w FIS?
- Nigdy nie miałem z tym problemów w siedzibie FIS. Myślę, iż jeżeli tylko przyjdziesz z odpowiednimi pomysłami i motywacją, zwykle sfinansują twój projekt. W przeszłości nie było takich trudności. Ale cieszę się, iż FIS wspiera nas bardzo w tym roku.
Jak wyglądają pana relacje z szefem FIS Johanem Eliaschem i Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim? W końcu mamy sezon olimpijski, wszyscy najważniejsi patrzą wam na ręce.
- Myślę, iż skoki są w dobrym położeniu. Oczywiście wiemy, iż nie możemy sobie pozwolić na żaden błąd tej zimy. Bo mamy za sobą sytuację z konkursu mikstów na igrzyskach w Pekinie [dyskwalifikacje kilku zawodniczek za nieprawidłowy sprzęt, które wywróciły klasyfikację do góry nogami] sprzed czterech lat, i tę zeszłoroczną, z Trondheim.
Jak rozmawia się z MKOl-em po takich wydarzeniach? Ktoś o nich wspomina? Może pojawiła się jakaś krytyka z ich strony?
- Przynajmniej nie na moim poziomie. Nie wiem, co działo się na wyższym, wśród osób na innych stanowiskach. Jednak sam niczego takiego nie usłyszałem.
Z pana strony było trochę samokrytyki? Miał pan plan na przyszłość skoków, który trzeba było wstrzymać. Kalendarze skoczków i skoczkiń nie będą takie same, przynajmniej nie w kolejnych dwóch-trzech sezonach - to już potwierdzone. A miało być inaczej, sam pan to zapowiadał. Może za bardzo pan na to naciskał?
- Mogę powiedzieć, iż kiedy FIS prosił mnie o zajęcie się zarówno skokami kobiet, jak i mężczyzn, przedyskutowaliśmy podstawy tej strategii. I pojawił się jasny przekaz: musimy mieć ten sam kalendarz dla obu płci.



Chce pan przez to powiedzieć, iż to nie pana decyzja i plan, a np. Johana Eliascha?
- Powiedzmy, iż to wkład zarządzających FIS w naszą dyscyplinę. Zaczęliśmy pracować w tym kierunku. Jednak trzeba zrozumieć, iż żyjemy skokami przez 24 godziny każdego dnia. I jeżeli zrozumiemy, iż pewne rzeczy wykonujemy zbyt szybko, powinniśmy zwolnić, albo wykonać coś w innym wymiarze czasowym. Ale to nie dramat. Myślę, iż dobrze jest podjąć adekwatną, a nie wymuszoną czy zbyt szybką decyzję. Nie widzę tu żadnego problemu.
Dla mnie to wciąż istotny ruch do wykonania. W kolejnym sezonie czeka nas największy krok naprzód dla skoków kobiet w ostatniej dekadzie - Turniej Czterech Skoczni dla skoczkiń. To powinno zmienić dynamikę całego procesu.



Czytaj także:


Wiceszef Samoobrony: Lech Kaczyński uległy wobec Zachodu



Pytam teraz o pana zdanie: był pan fanem pomysłu, żeby łączyć kalendarze obu płci?
- Według mnie to część rozwoju naszej społeczności. Naturalny krok w kierunku przyszłości. Nie mam nic przeciwko temu, tak wygląda ewolucja naszego sportu.
Jednak chyba nie jest tak, iż ma same zalety, prawda? Widzieliśmy to w tym sezonie choćby w Wiśle. Widok pustej skoczni imienia Adama Małysza podczas konkursów kobiet był po prostu przykry.
- Tak, ale traktuję tę sytuację jako szansę, a nie problem. Nie lubię słowa "problem". Wolę mówić: wyzwanie, możliwość. I patrzeć, jak możemy na czymś skorzystać.



A jak podoba się panu słowo "odpowiedzialność"?
- Kocham odpowiedzialność. Nie jestem człowiekiem, który od niej ucieka. Myślę, iż pokazałem to także podczas zajmowania się skandalem w Trondheim i później. Nie przejmuję się zatem także tym, iż mam jej więcej jako podwójny dyrektor Pucharu Świata. Wiem, iż jestem pracowity.
Ale są też inni. W najbliższym czasie przez cały czas będziemy poszerzać naszą strukturę, to dla mnie jasne. Na koniec zimy opuści nas Miran Tepes, mój asystent na zawodach kobiet. Z pewnością będziemy planować, jak dostosować naszą strategię i strukturę sztabu. Musimy się skupić na innej dystrybucji zadań na kolejne cztery lata.





Jaki jest dla pana ten rok olimpijski? Wyjątkowy przez to, iż zarządza pan skokami na igrzyskach niemalże naprzeciwko własnego domu? Pewnie chciał pan być tu w takiej funkcji.
- Nie do końca. Gdy MKOl wybierał organizatora igrzysk w 2026 roku, myślałem, iż da je Szwecji. To była dla mnie spora niespodzianka. I od tamtego momentu skupiłem się na pracy w nowej roli. Nie patrzę aż tak wyjątkowo na same igrzyska. To będą moje piąte ogółem, a drugie w tej roli. I to też robi sporą różnicę. Bo przy pierwszych w innej roli zawsze jesteś trochę niedoświadczony. Teraz przynajmniej wiem, czego mniej więcej mogę się spodziewać.
Czego pan się spodziewa po tych igrzyskach? Chyba mogę zażartować, iż zawsze, gdy rządzi pan skokami na dużej imprezie, coś się dzieje. Nieważne, czy pozytywnego, czy negatywnego, ale wiemy, iż z panem nie będzie nudy.
- I w ten sposób zwiększa się zainteresowanie naszym sportem. Oczywiście, lepiej, żeby negatywne wydarzenia nie miały miejsca. Ale wiem, iż to po prostu część naszego życia. To nic wyjątkowego, zawsze może się przydarzyć. Tak w zwykłym życiu, jak i sporcie. Ja zawsze wolę patrzeć na pozytywy



Jak daleko ma pan z domu na skocznie w Predazzo?
- Trzy kilometry.
Na igrzyskach będzie pan tam, czy zamieszka z całym sztabem FIS?
- Nie ma sensu, żebym zajmował miejsce w hotelu, zresztą miałbym z niego dalej na skocznię.
Co przychodzi panu do głowy, kiedy myśli o Predazzo?
- Że to luksus, iż po trzech edycjach mistrzostw świata trafiły tu igrzyska. To jak wisienka na torcie. Niektórzy wolontariusze pracują tam od 30 lat. Te osoby przy pierwszych MŚ, w 1991 roku, miały 20, 25 czy 30 lat. To dla nich wspaniały prezent. Niezwykłe, iż będą mogły tego doświadczyć.
A dla pana? Zaczynał pan chyba u boku taty, który był szefem tamtych MŚ sprzed 35 lat?
- Kilka lat wcześniej skończyłem karierę skoczka. I naturalne było dla mnie, żeby pracować przy sporcie, który kocham. Byłem w wyjątkowej sytuacji, żeby zacząć, pracując jako wolontariusz przy tamtej imprezie. Byłem tylko małym, kilka znaczącym puzlem w całej układance. Nie było wtedy elektronicznego pomiaru wiatru jak teraz i moim zadaniem było mówić jury, kiedy wiało zbyt mocno.



Czyli prawie jak pana asystent Borek Sedlak dzisiaj...
- No nie do końca, bo nie byłem odpowiedzialny za udzielanie zgody na start zawodnikom. Ale faktycznie, pomagałem jury zrozumieć, czy na skoczni akurat podmuchy nie są zbyt silne. Potem, w 2003 roku, mogłem być delegatem technicznym, bo pracowałem w FIS od 1998, gdy zdałem egzamin na finale Turnieju Czterech Skoczni w Bischofshofen. Ale w Predazzo zostałem szefem zawodów i to był dla mnie wielki zaszczyt. W końcu przejmowałem funkcję po moim ojcu. Dziesięć lat później też pracowałem przy mistrzostwach, jako dyrektor ds. marketingu. I wszystko ewoluowało w kierunku tego, kim jestem dzisiaj. Jestem bardzo wdzięczny i dumny, iż doświadczę tego wszystkiego znowu, tym razem jako dyrektor PŚ w skokach.
Z czym kojarzą się panu igrzyska?
- Pierwszy raz pojechałem na nie w 2002 roku, do Salt Lake City. Dobrze pamiętam, co wyprawiał Simon Ammann. To tam zaczęła się moja dobra relacja z jego trenerem, Berniem Schoedlerem [dziś szef Pucharu Kontynentalnego]. Obydwaj byli młodzi i ich sukces był czymś fantastycznym. Zwłaszcza dla takiego kraju jak Szwajcaria.
W Turynie w 2006 zostałem menedżerem konkursów skoków. Dobrze wspominam pracę, jaką wykonał komitet organizacyjny. I dlatego mam szacunek do każdego komitetu, z jakim przychodzi mi pracować. Wiem, jakim wysiłkiem jest doprowadzenie do skutku zawodów na poziomie Pucharu Świata.
Potem, w 2010 roku, mieliśmy wielką dyskusję na temat rewolucyjnych wiązań Simona Ammanna, a ja dostałem rolę delegata technicznego zawodów. Ale nie musiałem uspokajać protestujących Austriaków czy przyglądać się bliżej sprzętowi Simiego, to było zadanie dla Waltera Hofera i Seppa Gratzera.



W 2014 roku w Soczi nie było mnie, bo nie pełniłem żadnej funkcji w świecie sportu. Sześć lat temu w Pjongczangu byłem dyrektorem sportowym włoskiej kadry. Z tamtych igrzysk mam wspomnienia głównie dotyczące biegów narciarskich, ze względu na srebro Federico Pellegrino. To było wspaniałe doświadczenie, choć mam w głowie, a raczej cały czas czuję na skórze, jak bardzo zimno było wtedy w Korei. Spełniłem jedno z dziecięcych marzeń i mieszkałem wtedy w wiosce olimpijskiej. Może nie doświadczyłem tego jako zawodnik, tak jak marzy się, gdy jest się mniejszym, ale przynajmniej miałem okazję to przeżyć. I to było coś niezwykłego.
No i został Pekin, cztery lata temu.
- Przez pandemię mieliśmy trudną sytuację. Pamiętam presję mediów. Na igrzyskach ten wpływ odczuwa się o wiele bardziej niż na zawodach Pucharu Świata. To największa różnica. W Chinach pojawiła się sprawa dyskwalifikacji w konkursie mikstów. I wtedy wyraźnie odczułem tę większą uwagę mediów.
Po tegorocznych igrzyskach spotkamy się znowu i opowiem, co z nich zapamiętałem.
Co można uznać za miejsce Sandro Pertile w Predazzo? Gdzie muszę pójść, gdy będę tam na igrzyskach?
- Na skocznie. Ale te mniejsze, z boku. Do 1986 roku, kiedy skakałem, mieliśmy tylko je. To na nich trenowałem. Czuję, jakbym się na nich urodził. To wyjątkowe miejsce i teraz rzeczywiście domknie się tam pewne koło.



A nie boi się pan, iż jeżeli coś pójdzie nie tak na igrzyskach, ten stadion i skocznie panu zbrzydną?
- Nie, nie. Przyjmuję wszystko, co dzieje się w życiu jako normalną sytuację. Nie żyjemy w wyśnionym świecie. To rzeczywistość. Każdego dnia coś może się zmienić. I stajemy przed wyzwaniami. Zawsze staram się pamiętać, iż są ludzie, którzy w tym samym momencie walczą o życie w szpitalach. A my rozmawiamy jednak tylko o sporcie. Wciąż musimy umieć skupić się na tym, co najważniejsze w życiu.
Wiele osób mówiło mi, iż Sandro w ostatnim czasie mocno się zmienił. To prawda?
- Tak myślę. Oczywiście, iż się zmieniłem. Sprawa Trondheim odmieniła moje życie. Dotknęła mnie bardzo głęboko. Także moją rodzinę. I nigdy nie zapomnę ostatnich dziesięciu miesięcy.
Idź do oryginalnego materiału