Marta Kostiuk błysnęła formą na początku sezonu. Dotarła aż do finału WTA 500 w Brisbane, pokonując same gwiazdy: Julię Putincewą, Mirrę Andriejewę, Amandę Anisimową czy Jessikę Pegulę. Ba, straciła w tych pojedynkach ledwie set. Jednej zawodniczki pokonać się nie udało. W finale uległa Arynie Sabalence. Mimo wszystko to właśnie w Ukraince upatrywano "czarnego konia" Australian Open. Jak duży musiał być zawód kibiców po niedzielnym spotkaniu.
REKLAMA
Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. "Mam nadzieję, iż jeszcze sporo przede mną"
Co za pierwszy set w wykonaniu Kostiuk! Z piekła do nieba
Tego dnia Kostiuk rozpoczęła rywalizację w Melbourne. Jej pierwszą rywalką była Elsa Jacquemot. Zdecydowaną faworytką była Ukrainka. Pierwszy set to był prawdziwy rollercoaster. Doszło w nim do czterech przełamań. Kostiuk przegrywała już 1:3, by po kilkunastu minutach prowadzić 4:3. Ostatecznie doszło do tie-breaka. W nim silniejsza była Ukrainka, bo wygrała 7-4. Set trwał niemal godzinę - dokładnie 56 minut - i był bardzo zacięty. Wydawało się, iż o większe emocje będzie trudno. A jednak!
To, co wydarzyło się w drugiej i trzeciej partii przejdzie do historii
W drugiej odsłonie panie miały trudności, by utrzymać własny serwis, ale do przełamania doszło dopiero w ósmym gemie. Wówczas to Francuzka musiała skapitulować i przegrywała już 3:5. Znalazła się pod wielką presją. Teraz to Kostiuk serwowała po zwycięstwo. A jednak, odnieść w tej partii go się nie udało. Jacquemot pokazała, iż ma nerwy ze stali. W dziewiątym gemie przełamała Ukrainkę, w 12. choćby obroniła piłkę meczową i doprowadziła do tie-breaka. W nim pokazała klasę, rozbijając Kostiuk 7-4.
O wszystkim miała zadecydować trzecia odsłona spotkania. W niej nie doszło do ani jednego przełamania, choć okazji było sporo. Tym razem pod ścianą znalazła się Ukrainka. W 12. gemie musiała bronić zarówno break pointa, jak i piłki meczowej. Z zadaniem poradziła sobie znakomicie. A chwilę wcześniej była o krok od paskudnej kontuzji. Przy jednej z wymian zaliczyła bolesny upadek po tym, jak jej noga wygięła się dość nienaturalnie. Potrzebowała choćby pomocy medycznej. Na szczęście była w stanie wrócić do rywalizacji, choć po jej postawie widać było dolegliwości po urazie.
A to, co działo się w tie-breaku (granym do 10), przeszło najśmielsze oczekiwania. Jacquemot prowadziła już 5-1, by po chwili stracić tę przewagę za sprawą podwójnych błędów serwisowych. Zrobiło się 7-7 i wydawało się, iż to Kostiuk może przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. A jednak. W decydującym momencie to Francuzka wykazała się większą determinacją i spokojem. Wygrała trzy kolejne akcje (10-7), dzięki czemu to ona awansowała do drugiej rundy.
Marta Kostiuk - Elsa Jacquemot 7:6(4), 6:7(4), 6:7(7)
Zobacz też: Djoković miał już dość. "Musiałem to zrobić".
Jacquemot miała mniej asów - tylko cztery, a rywalka osiem - więcej podwójnych błędów - 11 do pięciu - zdecydowanie mniej zagrań kończących, bo tylko 37 do aż 67 po stronie rywalki. W jednej statystyce była jednak solidniejsza. Chodzi o niewymuszone błędy. Francuzka popełniła ich w całym spotkaniu 48, a rywalka aż 68.
Ostatecznie to spotkanie przeszło do historii. Jak podaje OptaAce na X, to pierwszy pojedynek pań w erze Open podczas Australian Open, w którym doszło do aż trzech tie-breaków. "Zacięta walka" - czytamy.
Było to też wyjątkowe zwycięstwo dla Francuzki, bo po raz pierwszy udało jej się pokonać zawodniczkę z TOP20. Powetowała sobie niepowodzenia z ostatnich trzech lat, kiedy odpadała w kwalifikacjach do tej wielkoszlemowej imprezy. To jej pierwszy występ w głównej drabince w Melbourne w karierze. Na kolejnym etapie jej przeciwniczką będzie Julia Putincewa.

1 godzina temu













