Mecz z Fiorentiną pokazał prawdę o Rakowie. Tomczyk miał rację

1 dzień temu
Przed meczem we Florencji trener Rakowa - Łukasz Tomczyk - dla którego był to debiut w europejskich pucharach mówił, iż jego drużyna przeciwko Fiorentinie na jej stadionie nie zagra jak Jagiellonia, która rywala z Serie A zdominowała. Raków nie zachwycił jak drużyna Adriana Siemieńca, ale grał nieźle, solidnie. Mimo porażki 1:2 nie postawił się też w bardzo trudnej sytuacji przed rewanżem. Do awansu potrzeba będzie jednak więcej odwagi niż w czwartek.
Łukasz Tomczyk miał rację, to był zupełnie inny mecz niż te, które z Fiorentiną rozegrała Jagiellonia Białystok. Nie było ani morderczej skuteczności Włochów jak na Podlasiu, ani całkowitej dominacji polskiej drużyny jak w rewanżu we Florencji.


REKLAMA


Zobacz wideo Wielki Mazurek i wielka Jagiellonia. Sokołowski: Skauci zapamiętali piłkarzy


Momentami była za to zbyt kunktatorska gra Rakowa, któremu w czwartek wieczorem zabrakło trochę odwagi. I - mimo niespodziewanego gola - też szczęścia. Bo najpierw niespodziewany, kapitalny strzał z dystansu oddał Cher Ndour,a w ostatniej minucie pechowo ręką we własnym polu karnym zagrał Michael Ameyaw. Mimo wszystko porażka 1:2 nie przekreśla szans Rakowa na awans do ćwierćfinału Ligi Konferencji, o który drużyna Tomczyka powalczy już za tydzień.
"Nie gloryfikować nikogo"
- Nie był zszokowany postawą Jagiellonii, tylko naszą. Zwłaszcza przed przerwą graliśmy bardzo źle. Brakowało nam odpowiedniego nastawienia, nasza mentalność była nieodpowiednia - mówił trener Fiorentiny - Paolo Vanoli - po rewanżowym meczu 1/16 finału Ligi Konferencji z Jagiellonią Białystok. Meczu, który drużyna Adriana Siemieńca wygrała po dogrywce 4:2, ale odpadła z rozgrywek.
Jagiellonia pojechała do Florencji po wysokiej porażce 0:3 w Białymstoku. Mimo iż wydawało się, iż drużyna Siemieńca nie ma szans na awans, ta od pierwszej minuty rzuciła się na Fiorentinę. I po heroicznej walce była o krok od sprawienia sensacji. Drużyna Siemieńca była dla Rakowa przykładem na to, iż przeciwnika z Serie A, czołowej ligi Europy, nie trzeba się obawiać.
- Musimy patrzeć na siebie, nie gloryfikować nikogo, tylko zrobić wszystko, żebyśmy mogli pokazać swój styl gry i dobrze zarządzać tym spotkaniem - mówił na konferencji prasowej Tomczyk. Ale porównań do rywalizacji Jagiellonii z Fiorentiną i tak nie można było uniknąć.


Zwłaszcza iż dla drużyny Vanoliego wciąż najważniejsze jest utrzymanie w Serie A. Po rywalizacji z Jagiellonią sytuacja Fiorentiny stała się choćby trudniejsza, bo w dwóch meczach zdobyła ona tylko punkt, przegrywając z Udinese (0:3) i zremisowała z Parmą (0:0). Czwartkowy rywal Rakowa zajmuje dopiero 17. miejsce w tabeli z zaledwie punktem przewagi nad strefą spadkową.
Fiorentina minimalnie wyprzedza Cremonese, z którym zagra w poniedziałek. Dlatego w czwartek skład drużyny Vanoliego bardziej przypominał ten z rywalizacji z Jagiellonią, niż ten z ostatniego meczu ligowego z Parmą. Zwłaszcza iż przeciwko Rakowowi z powodu kontuzji nie mogli zagrać napastnicy Moise Kean i Manor Solomon, a za kartki pauzował środkowy obrońca Marin Pongracić.
W porównaniu do rewanżu z Jagiellonią Vanoli dokonał tylko trzech zmian. Rezerwowego, kontuzjowanego bramkarza - Lucę Lezzeriniego - zastąpił inny zmiennik Davidade Gei - Oliver Christensen. W miejsce zawieszonego Pongracicia zagrał Luca Ranieri, a na skrzydle nie było Dodo, tylko Fabiano Parisi.
Raków zbyt zachowawczy
Raków - co oczywiste - nie rzucił się na Fiorentinę na jej stadionie jak Jagiellonia. Dla drużyny Tomczyka był to dopiero pierwszy mecz w tej rywalizacji, Białostoczanie nie mieli innego wyjścia po dotkliwej porażce u siebie. O ile spokojniejsze podejście Rakowa było całkowicie zrozumiałe, o tyle drużyna Tomczyka długo grała aż nadto zachowawczo.


Mimo niezłego początku Częstochowianie gwałtownie dali się zdominować. Raków oddał Fiorentinie piłkę, ale nie dał niczego w zamian. Drużyna Tomczyka nie tylko miała problemy w obronie - zwłaszcza na skrzydłach - ale sama też nie kreowała akcji ofensywnych.
Raków igrał z ogniem. Na bokach bardzo aktywni byli Parisi i Jacopo Fazzini, którzy bez problemu radzili sobie z Tomaszem Pieńką i Ameyawem. Po jednej z takich akcji w 29. minucie Fiorentina miała doskonałą okazję do strzelenia gola. Po tym, jak Parisi bez problemu ograł Pieńkę z 10. metrów strzał tuż nad poprzeczką oddał Fazzini.
Raków czekał na okazję po kontrataku, ale kiedy szanse na przeprowadzenie go się pojawiały, drużynie Tomczyka brakowało szybkości i sprytu. Grę Rakowa dobrze oddawały liczby. Do przerwy drużyna Tomczyka miała 42 proc. posiadania piłki i oddała tylko dwa strzały przy ośmiu uderzeniach rywala. - Na razie najlepszy jest wynik. Raków jest drużyną wyraźnie słabszą - mówił komentujący spotkanie w Polsacie Sport Marek Magiera.
Zmiana na lepsze i brak szczęścia
Kiedy tuż po przerwie niezłą okazję miał Jonatan Braut Brunes, mogło się wydawać, iż Raków w drugiej połowie pokaże inne oblicze. Ale było to tylko życzeniowe myślenie. To Fiorentina coraz groźniej atakowała, a Raków coraz mniej poradnie spisywał się w kontratakach. Ale to drużyna Tomczyka niespodziewanie objęła prowadzenie.


Nie udawało się w szybkim kontrataku, udało się dzięki bardzo prostym środkom. Rakowowi wystarczyło bowiem jedno długie podanie i wygrany pojedynek Patryka Makucha, by w sytuacji sam na sam z bramkarzem znalazł się Brunes. O ile Norweg na początku drugiej połowy zbyt długo zwlekał z decyzją, o tyle w 60. minucie bez problemu pokonał Christensena.
Raków prowadzeniem nacieszył się raptem dwie minuty. Chwilę po golu Brunesa efektownym strzałem sprzed pola karnego do wyrównania doprowadził Cher Ndour, który z bardzo dobrej strony pokazał się też w pierwszym meczu z Jagiellonią. Mogło się wydawać, iż gospodarze - napędzeni wyrównaniem - ruszą po decydującą bramkę. Zwłaszcza iż Vanoli wpuścił z ławki ważnych piłkarzy: Jacka Harrisona, Alberta Gudmundssona i Dodo.
Mimo iż niedługo po trafieniu Ndoura w poprzeczkę trafił Piccoli, paradoksalnie czas po golu dla Fiorentiny był dla Rakowa najlepszym fragmentem meczu. Piłkarze Tomczyka w końcu potrafili odepchnąć przeciwnika od własnej bramki i przenieść grę do bezpiecznej strefy w środku pola. Raków utrzymywał się też dłużej przy piłce, czego nie potrafił zrobić przed przerwą. A kiedy Fiorentinie udawało się przedostać pod pole karne Rakowa, w obronie dwoił się i troił Bogdan Racovitan.
I po tym niezłym momencie, kiedy wydawało się, iż Raków dowiezie remis 1:1, drużynie Tomczyka znów zabrakło szczęścia. Znów, bo mimo nieoczekiwanego gola Brunesa, gospodarze odpowiedzieli piękną, acz szczęśliwą bramką. I - z perspektywy Fiorentiny - szczęśliwe było też zagranie Ameyawa, który w 90. minucie zagrał ręką we własnym polu karnym.


Mimo iż rzut karny pewnie wykorzystał Gudmundsson, a Raków przegrał 1:2, to jego sytuacja przed rewanżem nie jest tak zła jak była ta Jagiellonii. Drużyna Tomczyka wciąż ma szansę na historyczny awans do ćwierćfinału Ligi Konferencji, ale za tydzień w Sosnowcu będzie musiała zagrać odważniej niż we Florencji.
Idź do oryginalnego materiału