Katastrofa Hurkacza w Australian Open! Komentator: Aż się wierzyć nie chce

2 godzin temu
Hubert Hurkacz przegrał z Ethanem Quinnem 4:6, 6:7(5), 1:6 w drugiej rundzie Australian Open. Nasz zawodnik zaprezentował się dużo gorzej niż w niedawnym United Cup. Jego statystyka wielkoszlemowa musi niepokoić - na 30. występów aż 22 razy nie przechodził drugiej rundy. W czwartek nie wykorzystał wielu okazji.
We wtorek Hubert Hurkacz (55. ATP) pokonał Belga Zizou Berga (43.) 6:7, 7:6, 6:3, 6:3 w pierwszej rundzie Australian Open. Amerykanin Ethan Quinn (80.) sprawił zaś niespodziankę, eliminując na starcie imprezy Holendra Tallona Griekspoora (26.) 6:2, 6:3, 6:2. W czwartek Hurkacz i Quinn zmierzyli się w pojedynku o trzecią rundę w Melbourne.

REKLAMA







Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. "Mam nadzieję, iż jeszcze sporo przede mną"



Początek meczu to lekka przewaga Polaka. Hurkacz dobrze serwował, przejmował inicjatywę, unikał forhendu - najmocniejszej broni rywala. - Konsekwentnie Hubert gra przez bekhend, co daje mu korzyść - wskazał komentujący w Eurosporcie Dawid Olejniczak.
21-letni Amerykanin dobrze się bronił się przy swoim podaniu. Nie było widać po nim, iż debiutuje w drugiej rundzie w Melbourne. W drugim gemie uratował się, mimo dwóch szans na przełamanie po stronie Polaka. Pomógł mu wtedy pierwszy serwis, którym trafiał regularnie.
Hurkacz nie wykorzystał break pointów
Mogło być 3:1 dla Hurkacza, a niespodziewanie to Quinn odskoczył na 4:2. Seria błędów naszego tenisisty przy swoim podaniu - dwa nieudane slajsy, daleko wyrzucony forhend i Amerykanin do zera go przełamał. Po chwili 21-latek posłał asa, potężnie zagrał z forhendu i nagle zdobył osiem punktów z rzędu. - Rozszalał nam się - zauważył Lech Sidor, drugi z komentujących to spotkanie.


W ósmym gemie Polak miał aż cztery okazje na przełamanie przeciwnika, ale ich nie wykorzystał. Quinn w sytuacji zagrożenia świetnie serwował, mocno ponad 200 km/h. Służyła mu do tego szybka ręka, nie zawiesza zbyt wysoko piłki przy podaniu. Wygrał gema trwającego ponad dziewięć minut. - Nic nie buduje tak pewności siebie, jak wychodzenie serwisem z trudnych momentów - powiedział Sidor. Widać było, iż Amerykanin coraz pewniej czuł się na korcie po niepewnym początku rywalizacji.



Więcej szans w tym secie Hurkacz już nie miał. Do końca panowie utrzymywali swoje podania i to Quinn niespodziewanie wygrał 6:4. Pomogły mu także błędy naszego zawodnika prosto z returnu. Polak chciał grać bezpiecznie, ale nie trafiał w kort.


Ethan Quinn to akademicki mistrz USA sprzed trzech lat. Długo czekał, by dołączyć do szerszej czołówki męskiego tenisa i znaleźć się w drabince głównej imprez wielkoszlemowych. Opisywał to Konrad Ferszter ze Sport.pl: "Rywal Hurkacza został brutalnie sprowadzony na ziemię. Spodziewał się, iż szturmem wejdzie na zawodowy poziom. - Myślałem, iż po wejściu do touru mój talent eksploduje, jak to było w przypadkach Bena Sheltona czy Alexa Michelsena. Myślałem, iż od razu podbiję świat. Nic z tego nie wyszło".
Niepowodzenie w tie-breaku
W drugim secie Hurkacz i Quinn pilnowali swoich podań (3:3). Obaj na początku mieli szansę na przełamanie, ale serwujący obronili się. Nasz zawodnik częściej chodził do siatki, imponował wolejem. Miał jednak spory problem na returnie, za rzadko wprowadzał piłkę do gry przy podaniu przeciwnika.
Czytaj także: Małysz złożył obietnicę!



W siódmym gemie Hurkacz przegrywał 0:30, ale potem wyciągnął potężne serwisy, przyspieszył także świetnie bekhendem po linii w jednej z dłuższych akcji w tym spotkaniu. Za moment półfinalista Wimbledonu 2021 znów doczekał się okazji na przełamanie, ale Amerykanin w takich momentach serwował, jak w transie. Posłał wówczas asa na zewnątrz. Sidor podsumował to krótko: "Nieprawdopodobne!" (4:4).
W końcówce seta Quinn miał jeszcze okazję, by odskoczyć na 5:4, ale minimalnie wyrzucił forhend. Powtórki pokazały, iż zabrakło mu dosłownie kilku milimetrów. O losach partii zadecydował tie-break, w którym nasz zawodnik prowadził 2:0, potem 3:1, ale od tego momentu zgubił rytm. Grał zbyt pasywnie, rywal zagrażał mu forhendem i zrobiło się 3:3. Z kolei od stanu 5:4 dla Hurkacza Quinn był bezbłędny. Grał pewnie, mocno, przejmował inicjatywę. I mógł też liczyć na pomyłki Polaka - najpierw z returnu, a na koniec z forhendu. W ten sposób faworyt przegrał „dogrywkę" 5:7, a po piłce setowej zdjął czapkę i złapał się za głowę. - Niestety robi się bardzo nieciekawie - przyznał Dawid Olejniczak.
Hurkacz odpada
Trzeci set zaczął się fantastycznie dla młodego Amerykanina. gwałtownie przełamał Huberta Hurkacza, a po chwili serwował tak, iż nasz zawodnik nic nie mógł zrobić. W wymianach też się nie mylił. - Jak automat. Aż się wierzyć nie chce - mówił Sidor. Olejniczak przyznał, iż jest w szoku, bo Quinn nie schodził z wysokiego poziomu, nie miał momentów przestoju, a przecież jest o wiele mniej doświadczony od Hurkacza. Po chwili było już 4:0 dla niego. Faworyt sprawiał wrażenie, jakby już nie wierzył w powodzenie. Tenisista z Wrocławia spuścił głowę, wyglądał na kompletnie przygaszonego. Amerykanin nie wypuścił przewagi i zwyciężył w ostatniej partii wysoko 6:1.
Tym samym Hubert Hurkacz w swoim 30. występie wielkoszlemowym w singlu w karierze po raz 22. nie przeszedł drugiej rundy. Nie jest to najlepsza statystyka, jak na zawodnika, który nie raz bywał w top 10 rankingu ATP, najwyżej sklasyfikowany na szóstej pozycji. Do tegorocznego turnieju w Melbourne przystępował jako tenisista nierozstawiony, ale z dużymi nadziejami. Chwilę wcześniej w United Cup w barwach reprezentacji pokonał m.in. trzeciego na świecie Alexandra Zvereva czy dziewiątego Taylora Fritza. Niestety Wielki Szlem dla Hurkacza wciąż stanowi wyjątkowo trudne wyzwanie. Jego trener Nicolas Massu na razie nie zdołał tego zmienić.



Przegrana Huberta Hurkacza sprawiła, iż nie mamy już reprezentantów w męskiej drabince gry pojedynczej w Melbourne. W kolejnym spotkaniu rywalem Ethana Quinna będzie Czech Jakub Mensik (17. ATP), który ograł kwalifikanta, Hiszpana Rafaela Jodara (150.) 6:2, 6:4, 6:4. Mensik kilka dni temu okazał się najlepszy w turnieju rangi ATP 250 w Auckland.
Idź do oryginalnego materiału