Stadion Miejski w Ostrowie Wielkopolskiim w niedziekę tętnił skrajnymi emocjami. Jednym z cichych bohaterów śląskiej ekipy okazał się Jan Kvech. Czech po fatalnym początku zdołał w porę odnaleźć adekwatne ścieżki i w kluczowym momencie zadał gospodarzom decydujące ciosy.
Dla reprezentanta INNPRO ROW-u Rybnik początek zawodów był drogą przez mękę. Nawierzchnia ostrowskiego toru drastycznie zmieniła swoje adekwatności po gwałtownej, piętnastominutowej ulewie, która przeszła nad stadionem tuż przed meczem. Choć służby techniczne stanęły na głowie, by doprowadzić owal do stanu używalności, woda mocno dała się we znaki czeskiemu zawodnikowi.
– Na pewno się ten tor zmienił po tych opadach, bo dużo wody spadło na tor. Nie miałem z tym żadnych wielkich problemów, tylko troszeczkę się pogubiłem od początku tego spotkania. Ciężko w ogóle mi było wyjechać ze startu, zrobiłem parę błędów. Dzisiaj ten tor nie był najłatwiejszy, ale chce się ścigać na wszystkich owalach, więc się starasz – tłumaczył nam na gorąco Jan Kvech.
W momencie, gdy Czech notował słabszą serię i szukał odpowiednich ustawień, rybniczanie nie tracili dystansu do rywali, a choćby utrzymywali przewagę nad gospodarzami. Ogromna w tym zasługa debiutującego w barwach „Rekinów” Nicolaia Klindta. Duńczyk wskoczył do składu w miejsce bezbarwnego Wiktora Lamparta i wszedł w mecz „z buta”. Co ciekawe, obaj zawodnicy znają się doskonale ze wspólnych startów w Anglii, a świetna postawa nowego kolegi podziałała na Kvecha uspokajająco.
– Nie odczułem jakiejś różnicy w atmosferze w teamie. Ja z Nicolaiem mam dobry kontakt, jeździliśmy razem w Anglii, więc znamy się doskonale. To po prostu kolega na torze. Cieszę się, iż dołączył do nas i od początku spotkania pokazał, iż jest w stanie zdobywać trójki. Ze swojej strony mogę powiedzieć, iż uratował nam wynik. Mój początek był bardzo słaby i on jakby mnie zastępował – chwalił partnera z drużyny czeski żużlowiec.
Spokój w boksie ROW-u wynikał również z faktu, iż trener Robert Mikołajczak miał tego dnia niesamowicie wyrównany zespół. Świetną mecz zaliczył Patryk Wojdyło, autor dwóch cennych trójek, a kapitalne wsparcie zapewnili rybniccy juniorzy na czele z Jakubem Żurkiem. Taki obrót spraw zdjął z barków Kvecha presję.
– Cieszę się, iż koledzy z drużyny mnie zastąpili, iż nam nie brakowało tych punktów i miałem szansę się dostosować oraz poprawić wszystko, żeby było dobrze. Mieliśmy taki luz, iż mamy więcej zawodników. Patryk Wojdyło dzisiaj zrobił trójki, wiedzieliśmy, iż mamy dwóch, trzech zawodników, którzy dobrze jadą. Na luzie mogłem się dostosować, nie miałem dużej presji. Wiedzieliśmy z teamem co robić, jak nie idzie, i poszliśmy w dobrą stronę – zdradził kulisy pracy w parku maszyn.
Przebudzenie Jana Kvecha nastąpiło w idealnym momencie. Gdy w dziesiątym biegu kibice zamarli po makabrycznie wyglądającym wybuchu silnika i pożarze motocykla Taia Woffindena, mecz wkroczył w decydującą fazę. O ile poturbowany Brytyjczyk nie był już w stanie wyjechać na tor, o tyle Czech w czwartej serii startów był już zupełnie innym zawodnikiem.
W trzynastej gonitwie dnia Kvech wspólnie z Jakubem Jamrogiem podwójnie pokonali Frederika Jakobsena i Gleba Czugunowa, pieczętując meczowe zwycięstwo ROW-u Rybnik.
– W pierwszym biegu Paweł (dop.red. Wyczyszczok) zrobił dla mnie dużo miejsca. Później tylko jechałem i asekurowałem go na dystansie, żebyśmy dowieźli ważne remis. Ważno było, żeby nie gubić tych punktów. Dobrze, iż w ostatnich dwóch biegach udało mi się znaleźć adekwatne ustawienie na ten mecz. Nie było za późno i te punkty, które pogubiłem na początku, ostatecznie nam nie uciekły – zakończył z ulgą reprezentant rybnickich „Rekinów”.















