- Trochę przesadził - ocenił komentator, gdy Hubert Hurkacz na początku spotkania z Zizou Bergsem posłał skrót, do którego z łatwością dobiegł rywal. Wtedy jeszcze nie sposób było przypuszczać, iż w grze Polaka będzie za chwilę coraz więcej usztywnienia i błędów. Ale 28-latek, który niedawno tak rozbudził apetyty pierwszym po siedmiomiesięcznej przerwie występem, przetrwał kryzys i wrócił na dobre tory. Po prawie trzech i pół godzinach gry zwyciężył 6:7, 7:6, 6:3, 6:3.
REKLAMA
Zobacz wideo Kamil Majchrzak o minionym sezonie. "Mam nadzieję, iż jeszcze sporo przede mną"
Hurkacza zawodziła największa broń. Wrócił do dobrych nawyków
Zachwytów nad grą Hurkacza po styczniowym United Cup nie było końca. I trudno się dziwić, bo pokonał w dwóch partiach trzeciego w światowym rankingu Niemca Alexandra Zvereva oraz dziewiątego Amerykanina Taylora Fritza i stoczył wyrównany trzysetowy pojedynek z Australijczykiem Alexem de Minaurem (6.). Do tego dorzucił wygraną w finale nad utytułowanym szwajcarskim weteranem Stanem Wawrinką, dzięki której przedłużył szanse Polaków na triumf. Ale już wówczas nasuwało się pytanie: "Czy będzie w stanie powtórzyć to w wielkoszlemowej rywalizacji"? Bo w niej nie dość, iż gra się do trzech wygranych setów, to jeszcze dotychczas często żegnał się z nią rozczarowująco szybko. Czekaliśmy więc na sprawdzian w Melbourne. Na jego pierwszym etapie 28-latek pokazał dwie twarze. Na szczęście, na koniec tę dobrą.
Mówisz "Hurkacz", myślisz "serwis". Powszechną wiedzą w tenisie jest, iż to właśnie ten element jest największą bronią Polaka. jeżeli dobrze funkcjonuje, to zawodnik ten może być groźny dla wszystkich. jeżeli szwankuje, to jest on od razu w wielkich opałach. Podczas United Cup był pod tym względem niemal nie do ruszenia i tak samo było na początku wtorkowego meczu, gdy pierwsze trzy gemy przy własnym podaniu wygrał bez straty punktu. Potem jednak wróciły wielkoszlemowe demony przeszłości.
Przez lata był światowej czołówce, ale zawdzięczał to głównie wynikom w turniejach ATP. Bo w Wielkim Szlemie często zawodził, odpadając w pierwszej lub drugiej rundzie. Początkowo sensacyjnie, potem niespodziewanie, aż w pewnym momencie niektórzy zaczęli uznawać to za spodziewany scenariusz.
W tych czterech najbardziej prestiżowych imprezach sezonu często był spięty i dokonywał złych wyborów. Tak było też od pewnego momentu w pierwszej części pojedynku z 43. w światowym rankingu Bergsem. Gdy nie wyszedł mu wspomniany skrót w drugim gemie, to nikt chyba nie przypuszczał, iż to początek "dawnego" Hurkacza. Miał bardzo duże problemy z pierwszym podaniem (zaledwie 56 procent trafionego w pierwszym secie), a w tie-breaku, w którym prowadził 5-3, zaliczył podwójny błąd. Wtedy pojawiła się też złość, jakiej dawno u niego nie widzieliśmy. I kolejne pomyłki wskazujące na to, iż jego gra się posypała.
- Trzeba pamiętać, iż w DNA Huberta jest gra bardziej defensywna, z kontry, z głębi kortu. Przyzwyczaił nas do tego, iż czasami widzieliśmy go biegającego za tymi napisami umieszczonymi sporo za linią końcową. Ale uważam, iż pójście do przodu, stosowanie krótkiego woleja sprawi, iż przeciwnik będzie odczuwał cały czas presję i nie będzie się spodziewał, co Hubert zagra – analizował niedawno w rozmowie ze Sport.pl Łukasz Kubot.
W pierwszym secie Hurkacz nieraz znów okopał się daleko za linią końcową, a rywal z tego często korzystał. Dopiero w drugiej części spotkania zaczął znów częściej wchodzić w kort i wywierać presję na Belgu, doprowadzając go do złości. Pod koniec meczu lepiej też wybierał momenty na sięgnięcie po skróty. A było to wtedy tym lepsze rozwiązanie, iż Bergs miał coraz większe problemy fizyczne i zmuszanie go dodatkowo do biegania tylko procentowało.
Hurkacz pokonał demony. Historyczny moment dla Polski
371 dni – tyle właśnie minęło od poprzedniego awansu Hurkacza do drugiej rundy w Wielkim Szlemie. 14 stycznia, w poprzedniej edycji Australian Open, pokonał na otwarcie z Holendra Tallona Griekspoora, ale dwa dni później nadspodziewanie łatwo przegrał z Serbem Miomirem Kecmanoviciem. Z Roland Garros pożegnał się po pierwszym spotkaniu, a Wimbledon i US Open obejrzał w telewizji, dochodząc do siebie po drugiej w ciągu roku artroskopii kolana.
To nie był tak popisowy mecz jak te z United Cup, ale w kluczowym momencie były gracz Top10 (obecnie jest 55.) zamiast się całkiem rozsypać, zaczął walczyć. Wymowny był gest, który wykonał po drugim secie, kiedy doprowadził do remisu w meczu. Patrząc na swój sztab szkoleniowy, palcem dotknął skroni. Powtórzył ten gest tuż po zakończeniu spotkania.
Z dodatkowego powodu na ten mecz Hurkacza czekali niecierpliwie wszyscy polscy kibice i piątka singlistów, która w poniedziałek w komplecie wywalczyła przepustkę do drugiej rundy. Wrocławianin dołączył do Igi Świątek, Magdaleny Fręch. Magdy Linette, Lindy Klimovicovej i Kamila Majchrzaka, a dzięki temu po raz pierwszy w historii sześcioro Polaków dotarło do drugiej rundy gry pojedynczej w Wielkim Szlemie. Dotychczas najbardziej okazały pod tym względem był Wimbledon w 2022 roku, gdy do tego etapu awansowały: Świątek, Fręch, Linette, Katarzyna Kawa oraz Maja Chwalińska. Hurkacz przegrał wtedy pięciosetowy maraton na otwarcie. Ten ostatni zmierzy się teraz z Amerykaninem Ethanem Quinnem.

2 godzin temu












