Po pierwszym roku obowiązywania nowej formuły Ligi Mistrzów największe kluby skarżyły się prowadzącej rozgrywki UEFA, iż sportowa nagroda za zajęcie czołowych miejsc po fazie zasadniczej jest zbyt mała. Liverpool, który jesienną część rozgrywek zakończył na pierwszym miejscu, cieszył się wprawdzie z wolnego lutego, gdy nie musiał przebijać się do 1/8 finału przez fazę barażową, ale krótko potem wpadł na Paris Saint-Germain, a więc rywala z absolutnej wagi ciężkiej, z którym błyskawicznie odpadł. W tamtej części drabinki zgromadziło się zresztą więcej zespołów z najwyższej półki, bo także Arsenal, Real Madryt, czy Atletico. Dlatego od bieżącego sezonu wprowadzono zmianę, która ma dodatkowo premiować poważnie traktujących jesień. Daje im przywilej rozgrywania rewanżowych spotkań na własnym boisku aż do finału.
REKLAMA
Zobacz wideo Wielki Mazurek i wielka Jagiellonia. Sokołowski: Skauci zapamiętali piłkarzy
Jakkolwiek by jednak nie organizować systemu, losowanie zawsze musi wprowadzić element szczęścia i pecha. Widać to w tym roku na przykładzie Arsenalu i Bayernu Monachium, zdecydowanie najlepszych jesienią drużyn w Europie, których delegacje na piątkową ceremonię w Nyonie mają prawo wyjść w skrajnie różnych humorach. Podczas gdy londyńczycy faktycznie trafili najlepiej, jak tylko mogli, mierząc się w najbliższej fazie z Bayerem Leverkusen, który niemal od ćwierć wieku nie przebrnął tego etapu rozgrywek, przed Bawarczykami zarysowała się mordercza ścieżka do ewentualnego budapesztańskiego finału.
Niespodziewany ćwierćfinalista
Zawodnicy Mikela Artety, dla których priorytetem wciąż jest odzyskanie mistrzostwa Anglii, jeżeli wypełnią obowiązkowy wręcz awans z szóstą w tej chwili drużyną Bundesligi, w ćwierćfinale wpadną na zespół, którego obecność na tym poziomie trzeba będzie uznać za największą sensację tej edycji. W tej części drabinki los skojarzył bowiem lizboński Sporting oraz Bodo/Glimt. Dla Norwegów zza koła podbiegunowego to pierwszy w historii udział w Lidze Mistrzów. Awansując do 1/8 finału, pokonawszy po drodze Manchester City, Atletico Madryt i Inter Mediolan, zapisali się w historii rozgrywek. jeżeli przebrną jeszcze portugalską przeszkodę, staną się pierwszym od przeszło 30 lat norweskim klubem na tym etapie rozgrywek, odkąd dotarł tam Rosenborg Trondheim.
Faworytem mimo wszystko będzie jednak Sporting, który może uważać się za wygranego losowania. By sensacyjnie znaleźć się w najlepszej ósemce jesieni, wystarczyły mu wygrane z Kajratem Ałmaty, Olympique Marsylia, Brugią, Athletikiem Bilbao i PSG. Pokonanie teraz wicemistrzów Norwegii da mu pierwszy od 43 lat bilet do najlepszej ósemki Europy. Sama obecność klubu z ligi spoza czołowej piątki w Europie na tym etapie już nie jest oczywista – dojdzie do tego po raz pierwszy od trzech lat. Tymczasem teraz pewne jest, iż w ćwierćfinale znajdzie się klub, którego nie było tam albo nigdy, albo od ponad czterech dekad. Jakkolwiek nośna medialnie będzie to historia, Arsenal będzie zdecydowanym faworytem potencjalnego ćwierćfinałowego starcia. By zagrać w finale, Kanonierzy będą musieli ograć raptem jedną kontynentalną potęgę, z którą prawdopodobnie spotkają się w półfinale. Żadna inna z czterech części drabinki nie ma tak klarownego faworyta. Warto było rozegrać perfekcyjną jesień.
Trudna droga Bayernu
Inaczej mogą natomiast myśleć w Monachium. Choć Bayern przegrał jesienią tylko jeden mecz – wyjazdowy z Arsenalem – los nie był dla niego łaskawy. choćby w pierwszej fazie, gdzie mógł trafić na Bayer Leverkusen albo Atalantę Bergamo, trafił na minimalnie trudniejszego rywala, czyli ostatniego przedstawiciela ligi włoskiej, który niedawno w dramatycznych okolicznościach wyrzucił z rozgrywek Borussię Dortmund. Udało się w ten sposób uniknąć poczwórnego starcia Bayernu z Bayerem w ciągu kilku tygodni. Obie niemieckie drużyny mogły zmierzyć się ze sobą dwukrotnie w Lidze Mistrzów, w międzyczasie rywalizując także w Bundeslidze. W kwietniu spotkają się jeszcze w półfinale Pucharu Niemiec. Nic dziwnego, iż działacze z Leverkusen nie ukrywali, iż wolą trafić na Arsenal. Naparzanki na krajowych frontach z Bayernem i tak będą mieli dosyć. Zresztą to z nim przed rokiem odpadli na tym etapie z Ligi Mistrzów.
Większym problemem niż pierwsza w historii konieczność gry z Atalantą, będzie dla Bayernu to, co może go czekać później. W razie spodziewanego zwycięstwa Bawarczycy wpadną na zwycięzcę pary Realu Madryt z Manchesterem City, co już będzie można określić jako przedwczesny finał. Wygrany tego ćwierćfinału zagra natomiast najprawdopodobniej z Paris Saint-Germain, Liverpoolem lub Chelsea. Do samego finału będzie więc się przedzierał przez same kontynentalne potęgi. Bawarczycy mieli przed losowaniem 50 procent szans, iż znajdą się w położeniu Arsenalu i będą mogli kreślić sobie względnie komfortową ścieżkę przynajmniej do półfinału. Tym razem muszą się zadowolić tym, iż we wszystkich starciach wagi ciężkiej będą gospodarzami rewanżu. To mimo wszystko marne pocieszenie.
Przedwczesny finał
Patrząc jednak nie na to, co może się wydarzyć w kolejnych fazach, ale na to, co na pewno wydarzy się już w połowie marca, na pierwszy plan wybija się starcie Realu Madryt z Manchesterem City. Wprawdzie ich rywalizacje mogły już w ostatnich latach nieco spowszednieć – dojdzie do nich po raz piąty w pięciu ostatnich edycjach – ale nie ma wątpliwości, iż wyrastają na europejskie klasyki drugiej dekady XXI wieku. Przed rokiem to Królewscy wyrzucili z Ligi Mistrzów dołujące wówczas City. Dziś to drużyna Pepa Guardioli będzie faworytem. W lidze angielskiej wskoczyła na dobre tory i bije się o mistrzostwo, odrabiając systematycznie straty do Arsenalu. W Lidze Mistrzów zdarzały się jej wpadki, ale i tak wygląda nieco stabilniej od nieobliczalnych Królewskich. Żaden wynik tej rywalizacji nie będzie jednak zaskoczeniem.
O ile starcie Realu z City będzie orężem dla narzekających, iż w Lidze Mistrzów ciągle mierzą się ze sobą te same drużyny, o tyle inna potencjalnie wyrównana para przyniesie potyczkę nieoglądaną od ponad pół wieku. Choć Atletico Madryt i Tottenham regularnie uczestniczą od lat w europejskich pucharach, do ich ostatniego starcia doszło w 1963 roku w finale Pucharu Zdobywców Pucharów. Szczególnie zawodnicy ze stolicy Hiszpanii mogą po losowaniu zacierać ręce. Mogli bowiem wpaść na Liverpool, który byłby teoretycznie znacznie trudniejszy do przejścia, a także do części drabinki pełnej gigantów. Tymczasem w starciu z dołującymi "Kogutami" to oni będą minimalnym faworytem. Dla trenera Diego Simeone wygranie Ligi Mistrzów to od lat niespełnione marzenie. Dojście do finału, co już dwa razy mu się udało, byłoby w tym sezonie wielką niespodzianką. Ale gra z Tottenhamem daje spore nadzieje na zabrnięcie dalej niż przed rokiem. W ewentualnym ćwierćfinale na Atletico może czekać Barcelona, którą madrytczycy niedawno rozbili w meczu o Puchar Króla. Zdecydowanie więc "Los Colchoneros" mogli trafić w losowaniu gorzej.
Niewygodny rywal Barcelony
Również wyrównaną rywalizację, ale na potencjalnie wyższym poziomie, obiecuje para będąca powtórką z zeszłorocznego finału Klubowych Mistrzostw Świata. W rozgrywanym w Stanach Zjednoczonych turnieju górą zdecydowanie była Chelsea, która pokonała Paris Saint-Germain 3:0. Teraz takie rozstrzygnięcie byłoby dużą niespodzianką, bo The Blues rozgrywają trudny sezon, a dwa miesiące temu zwolnili trenera Enzo Marescę. Nie wszystko układa się jednak idealnie również dla obrońców tytułu Ligi Mistrzów. Gracze Luisa Enrique w krajowej lidze nie mogą odskoczyć od naciskających ich rywali z Lens, a w Lidze Mistrzów z wielkim trudem przebrnęli przez baraże z AS Monaco. Być może paryżanie, podobnie jak rok temu, dopiero wejdą na dobre tory, niemniej o powtórzenie sukcesu sprzed roku może być bardzo trudno. Zwłaszcza iż los był dla nich mało łaskawy. O potknięcie nie będzie trudno już przeciwko Chelsea. A zwycięzca tej pary wpadnie najprawdopodobniej na Liverpool, w półfinale czekać zaś będzie najprawdopodobniej ktoś z trójki Real – City – Bayern. To ekstremalnie trudna ścieżka do finału.
jeżeli gdzieś szukać niespodzianki, czyli odpadnięcia wielkiej globalnej marki z rywalem z drugiego szeregu, potencjalnie najbliżej może być w parze Newcastle United – FC Barcelona. Nie ma wątpliwości, iż faworytem będzie zespół Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Szczęsnego. Zresztą na rozpoczęcie tegorocznej edycji już wygrał ze Srokami na St. James’ Park. Ale angielski zespół, który w Premier League zajmuje miejsce dopiero w środku stawki, dobrze czuje się, gdy nie musi prowadzić gry i może nastawić się na szybkie kontrataki. Barcelona, grająca wysoko ustawioną linią obrony, zostawia do nich przeciwnikom sporo miejsca i zdarza się jej na nie nadziać. Gdyby nie przeszła rywala z północy Anglii, wciąż byłoby to niespodzianką, ale chyba nie sensacją. Zwłaszcza iż Newcastle ograło już w tym sezonie m.in. Manchester City, a w Lidze Mistrzów urwało punkty na wyjeździe Paris Saint-Germain. Gracze Hansiego Flicka mogą więc mieć poczucie, iż trafili w losowaniu umiarkowanie. Mogli znacznie gorzej, jednocześnie jednak na każdym etapie można sobie wyobrazić ich odpadnięcie. Zarówno teraz, jak i w ewentualnej ćwierćfinałowej rywalizacji z Atletico. Wielce prawdopodobne spotkanie z Arsenalem w półfinale też nie obiecuje łatwej drogi do finału.
Pozory różnorodności
Jako potencjalną pułapkę trzeba natomiast traktować ostatnią parę, czyli Liverpool z Galatasaray. Teoretycznie, kilka może tu pójść nie tak. Mistrz Anglii, który dodatkowo po triumfie dokupił zawodników za setki milionów funtów, nie powinien się obawiać drużyny z ligi tureckiej. To jednak teoria. W praktyce The Reds rozgrywają trudny i pełen turbulencji sezon. Nie mogą być pewni nawet, iż dostaną się przez ligę do kolejnej edycji elitarnych europejskich rozgrywek. W Lidze Mistrzów na ogół radzili sobie lepiej, ale i tam zdarzyły się im wpadki, jak klęska 1:4 z PSV Eindhoven na własnym stadionie, czy… wyjazdowa porażka z Galatasaray. Stambulczycy udowodnili już w tej edycji, iż zwłaszcza u siebie potrafią być ekstremalnie groźni. W poprzedniej rundzie zmiażdżyli na własnym stadionie Juventus, a wygranej z ich miasta nie zdołało też wywieźć Atletico. Zawodnicy Arnego Slota będą oczywistym faworytem, ale dla nikogo, kto musi przetrwać 90 minut na stadionie Ali Sami Yen, nie będzie to spacerek. Zwłaszcza iż kadra lidera ligi tureckiej pełna jest piłkarzy znanych z wielkich europejskich scen.
Co jednak najbardziej powinno po losowaniu cieszyć fanów futbolu na najwyższym poziomie, to, iż udało się zachować pozory Ligi Mistrzów jako rozgrywek drużyn z różnych krajów. Aż sześciu z szesnastu uczestników 1/8 finału pochodzi z Anglii, co nie zdarzyło się jeszcze nigdy wcześniej. Już na tym etapie możliwe były rywalizacje wewnątrzkrajowe – Chelsea z Newcastle, czy Bayernu z Bayerem – które jednak odbierają kolorytu rozgrywkom europejskim. Dzięki korzystnemu z tej perspektywy losowaniu w ośmiu parach mierzą się drużyny z różnych państw. Niektóre, jak Bodo/Glimt ze Sportingiem, czy Bayern z Atalantą, zagrają ze sobą po raz pierwszy w historii. Inne, jak Atletico z Tottenhamem, po bardzo długiej przerwie. Powstała z tego przyjemna mieszanka, w której zarówno fani starć klasyków wagi ciężkiej, jak i odrobiny egzotyki dostaną coś dla siebie.
Zalewski kontra Bayern
Wewnętrzne rywalizacje są możliwe najwcześniej od ćwierćfinałów, ale i tam nie będzie ich przesadnie dużo. W wariancie najkorzystniejszym dla Anglików Liverpool wpadnie na tym etapie na Chelsea, a Tottenham na Newcastle. Jest też możliwe starcie hiszpańskie Atletico z Barceloną, ale wtedy w maksymalnie jednej parze rywalizowaliby ze sobą Anglicy. Różnorodność i wtedy będzie więc zapewniona. Anglicy zachowują jednak teoretyczną szansę na pierwsze w historii wewnątrzkrajowe półfinały, w których zagrałyby Liverpool lub Chelsea z Manchesterem City i Newcastle lub Tottenham z Arsenalem. Prawdopodobieństwo takiego smutnego i alarmującego dla europejskiego futbolu finiszu sezonu jest jednak mimo wszystko małe.
jeżeli chodzi o polską perspektywę i poszukiwanie siódmego po Zbigniewie Bońku, Józefie Młynarczyku, Sławomirze Wojciechowskim, Tomaszu Kuszczaku, Jerzym Dudku i Robercie Lewandowskim zawodnika z kraju nad Wisłą, który sięgnie po najważniejsze trofeum w Europie, nadzieje są niewielkie i wiążą się przede wszystkim z Barceloną. Przed rokiem do finału doszła drużyna dwóch Polaków, czyli Inter Piotra Zielińskiego i wówczas Nicoli Zalewskiego, który zagrał choćby w przegranym meczu z PSG. Także i teraz Zalewski pozostaje w rozgrywkach jako ważna postać Atalanty Bergamo. Szansa, iż jego zespół przedrze się do decydującego meczu przez rywalizacje z Bayernem, Realem lub City, a potem z PSG lub Liverpoolem, czy Chelsea, jest jednak iluzoryczna.
Odpływ Polaków
Dlatego znów trzeba będzie spoglądać głównie w kierunku Barcelony, która rok temu, z dwoma Polakami na boisku, poległa z Interem w półfinale. Teraz Lewandowski gra rzadziej, a Szczęsny w tej edycji wystąpił dotąd tylko trzy razy, ale wciąż w nich główne nadzieje, bo droga do finału wydaje się dla Barcelony względnie do przejścia. Na powtórkę sytuacji sprzed roku, gdy trzech z czterech półfinalistów miało w kadrze Polaka (był jeszcze Jakub Kiwior w Arsenalu) nie ma co tym razem liczyć. Biorąc pod uwagę, iż w ćwierćfinale poprzedniej edycji grał jeszcze Matty Cash z Aston Villi, a w 1/8 finału rywalizowały też kluby Jakuba Modera i Michała Skórasia, grono Polaków w klubach z najwyższego europejskiego poziomu zawęziło się w zatrważającym tempie. W dwanaście miesięcy zjechaliśmy z poziomu ośmiu do trzech. Oby okazała się to tylko krótkotrwała anomalia, a nie zwiastun szerszego trendu, w którym w najbardziej zaawansowanych fazach najważniejszych rozgrywek europejskich nie będzie już nie tylko polskich klubów, ale też polskich piłkarzy.
Zobacz też: Flick reaguje po losowaniu Ligi Mistrzów. Tak ocenił rywali Barcelony

2 godzin temu

















