Historia Kamila Stocha. Z żebra Adama, z wioski najbliżej nieba, z żoną Ewą

12 godzin temu
Po małyszomanii nikt na Podhalu nie wierzył, iż może ona się powtórzyć pod postacią stochomanii. Ale olimpijskie złoto zmieniło wszystko. - Zdarza się, iż zupełnie obcy ludzie łomocą nam do drzwi domu i chcą sobie zdjęcie z Kamilem robić - mówił ojciec skoczka, który w ostatnim sezonie w karierze właśnie żegna się z Zakopanem.
Przypominamy reportaż z marca 2014 roku, napisany po triumfie Kamila Stocha na igrzyskach.

REKLAMA





Kamil Stoch. Z żebra Adama, upadek i wzlot
Tę scenę oglądało na żywo blisko 30 tys. ludzi i dodatkowe kilka milionów przed telewizorami. Mogli mieć wrażenie, iż ktoś dla nich starannie wyreżyserował spektakl.
Może było to przedstawienie nieco patetyczne - na modłę amerykańskiej kinematografii - ale i trzymające cały czas w napięciu, z nagłymi zwrotami akcji. No i z happy endem, jak nakazuje hollywoodzki kanon.


Zobacz wideo Rekord świata w długości skoku! Kobayashi przeszedł do historii



Widowiska nikt nie reżyserował, stworzyła je prawdziwa sportowa rywalizacja. W niedzielę 23 stycznia 2011 roku - w Tatrach i na całym Podhalu padał wtedy bardzo gęsty śnieg, czyli, jak mawiają górale, "syndy nasuło" - upadł prawdziwy bohater polskiego sportu, idol milionów rodaków, który dziesięć lat wcześniej zaskoczył świat sukcesami. Upadł bardzo dosłownie, choć trudno odmówić racji tym, którzy dopatrywali się w tej wywrotce prawdziwego symbolu. Publiczność znieruchomiała, oglądając zawody Pucharu Świata, gdy Adam Małysz - który ledwie dwa dni wcześniej kolejny raz w karierze triumfował na Wielkiej Krokwi - po wylądowaniu nie zdołał wyprowadzić lewej narty z warstwy świeżego śniegu i runął jak długi, szorując ciałem po zeskoku. Ludzie widzieli, iż lewa noga była bardzo mocno wygięta w kolanie i ciągnęła za sobą nartę, która wypięła się nie od razu.





20.03.2011 r. Słowenia, Planica. Kamil Stoch i Adam Małysz podczas finałowego turnieju pucharu świata w skokach narciarskich na mamuciej skoczni.Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl





Na trybunach Wielkiej Krokwi zapadła głucha cisza. Nikt nie zadął w trąbkę, nikt gromko nie skandował: "Polska, biało-czerwoni!". Dopiero gdy Małysz opuszczał skocznię, leżąc w toboganie, niesiony przez ratowników, ludzie zaśpiewali: "Nic się nie stało, Adam, nic się nie stało!!!". Wydawało się, iż te zawody są już stracone. Przynajmniej dla polskich kibiców. Od wyników skoczków publiczność bardziej interesowały komunikaty ze szpitala.
Kilkadziesiąt minut później pod Tatrami zapanowała jednak sportowa euforia - pierwsze swoje zawody Pucharu Świata wygrał młodszy od Małysza o dziesięć lat Kamil Stoch. W dodatku przez megafony ogłoszono optymistyczną wiadomość: "Adam jest przytomny". Zakopane oszalało z radości, chyba choćby bardziej niż gdy dekadę wcześniej skoczek z Wisły zaczynał odnosić pierwsze wielkie sukcesy.
Ze szpitala Małysz przekazał Kamilowi gratulacje.
Zastępstwo mimo woli
Okrzyknięto go następcą Adama Małysza, choć Stoch nigdy nie lubił tego określania. Chce być sobą, a nie kogoś zastępować. Do wszystkiego doszedł pracą, zresztą podobnie jak Małysz.



- Chcąc nie chcąc, życie przyniosło Kamilowi taką rolę, iż w kadrze zastąpił Małysza - mówi Andrzej Kozak, prezes Tatrzańskiego Związku Narciarskiego. - Jako dziecko brał udział w programie szkolenia młodych skoczków zainicjowanym przez nas w Zakopanem jeszcze przed małyszomanią, do którego później, już w epoce Adama, dołączył duży sponsor. Bez Adama do tego sportu nie trafiłyby takie pieniądze, nie moglibyśmy wyszkolić tylu chłopaków - mówi Kozak.






Czytaj także:


Niebywałe, jak Austriacy potraktowali Stocha. To przejdzie do historii



Małysz był wtedy zadowolony z tego, co się działo w polskich skokach narciarskich po jego wycofaniu się.
- Kadra skoczków dobrze się rozwija - oceniał. Wierzył w kolejne triumfy.
Niemiec Sven Hannawald, jeden z wielkich rywali Małysza, podczas wizyty w Polsce chwalił naszych skoczków:



- Relatywnie gwałtownie znalazł się sukcesor Adama i to cieszy wszystkich. Kamil zastępuje go godnie. W każdej drużynie musi był jedna osoba, która świeci przykładem i ciągnie za sobą resztę. Taka właśnie sytuacja powstała u was.
Adam Małysz - wielokrotny zdobywca Pucharu Świata, mistrz świata, wicemistrz olimpijski - złota na igrzyskach nie zdobył. Dwukrotnie przeszkodził mu w tym Szwajcar Simon Ammann. Niektórzy sportowi eksperci wieszczyli, iż i tej zimy Szwajcar pokusi się o najwyższe olimpijskie laury. Jednak tym razem był daleko za reprezentantem Polski - ale już nie za Adamem Małyszem, tylko Kamilem Stochem.
- Przed igrzyskami razem z żoną Ewą wyobrażaliśmy sobie olimpijski medal u nas w domu. I spełniło się - mówił Kamil tuż po powrocie z Rosji na Podhale.





Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl





Przed olimpiadą w Soczi żaden nasz rodak nie wygrał konkursu skoków na igrzyskach od czasu startu Wojciecha Fortuny w Sapporo w 1972 r. Teraz - z dwoma złotymi medalami Kamila [dziś już z trzema - bo Stoch zdobył olimpijskie złoto także w Pjongczangu w 2018 r.] - jesteśmy jednym z najbardziej utytułowanych narodów w historii skoków narciarskich.
Widok ze smreka
Skoczek z Wisły wiedział, kiedy zejść ze sceny - w momencie, gdy wciąż prezentował dobrą formę i potrafił wygrywać. Chciał, by takiego zapamiętano go ze skoczni. Narty porzucił dla wyścigów samochodowych, w których teraz zażywa adrenaliny [dziś już porzucił tę karierę, w tej chwili jest prezesem Polskiego Związku Narciarskiego]. Widać nie umie bez niej żyć.
Po dziesięcioleciu małyszomanii - zjawisku niemającym odpowiednika we wcześniejszej historii Polski - przyszedł czas na Stocha. Mimo olbrzymich sukcesów ciągle pozostało na początku kariery, do sportowej emerytury ma jeszcze daleko - Małysz był o siedem lat starszy, gdy postanowił pożegnać się ze skokami.
Olimpijskie złota Kamila i przewodzenie w Pucharze Świata przyjęto nad Wisłą z większym opanowaniem niż wcześniejsze triumfy Adama.



- Czegoś takiego jak stochomania, na miarę małyszomanii, raczej nie będzie. Jesteśmy dzisiaj w innym miejscu historii niż wtedy, gdy pojawił się Adam - ocenia Bronisław Stoch, ojciec Kamila, z zawodu psycholog.
Małysz wyskoczył nagle i rozbłysnął na tle ogólnej mizerii sportu w blisko 40-milionowym kraju. Stąd powszechna fascynacja zawodnikiem. By zrozumieć, czym była małyszomania, trzeba przypomnieć sobie zawody Pucharu Świata w Zakopanem z początku ubiegłej dekady, zorganizowane rok po niespodziewanym zwycięstwie naszego skoczka w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni. W 2002 roku ludzie okupowali Wielką Krokiew, choćby gdy temperatura spadała do minus 20 stopni. Na trybunach pojawiło się wówczas ponad 40 tys. widzów, choć oficjalnie było tam 30 tys. miejsc. Drugie tyle narodu wystawało przed bramami stadionu, przestępując z nogi na nogę i podskakując, żeby przynajmniej trochę się rozgrzać. Najlepszymi miejscami do obserwacji zawodów były wysokie smreki okalające skocznię, na które wdrapywali się co sprawniejsi. Wzorując się na Małyszu, mężczyźni zapuszczali charakterystyczne wąsy, a kobiety przyklejały sobie sztuczny zarost.
A jeszcze w latach 90. zakopiański Puchar Świata w skokach to była dosyć smutna impreza z garstką kibiców. Bywało, iż na trybunach większy hałas czynili dopingujący swoich zawodników turyści z Japonii niż nasi rodzimi kibice. Polacy nie odnosili sukcesów. Małysz nieraz plasował się pod koniec pierwszej trzydziestki albo i dalej.





Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl





Wojciech Szatkowski z Muzeum Tatrzańskiego z rozrzewnieniem oglądał wtedy zdjęcia z przedwojennych narciarskich mistrzostw świata, na których pod Wielką Krokwią można zobaczyć ze 30 tys. ludzi podziwiających Stanisława Marusarza. Szatkowski - pasjonat skoków i narciarstwa w ogóle - marzył, by znów pojawiły się tu takie tłumy. choćby nie przypuszczał, jak gwałtownie spełni się jego pragnienie.
Małysz na 52. miejscu, Stoch na 49.
W 1998 roku na igrzyskach w japońskim Nagano Adam Małysz zajął 51. miejsce na małej skoczni i 52. na dużej. Nic więc dziwnego, iż 11-letni wtedy Kamil Stoch nie pragnął być w przyszłości Adamem Małyszem, tylko Japończykiem Kazuyoshim Funakim, ówczesnym mistrzem olimpijskim. Taką zresztą miał ksywkę w klubie.
Małyszomania miała wybuchnąć dopiero za rok z okładem, a sam Adam Małysz po fatalnym występie na igrzyskach w Nagano myślał wtedy choćby o rzuceniu skoków i powrocie do wyuczonego w szkole zasadniczej zawodu dekarza. Akurat branża budowlana przeżywała rozkwit, więc z dachów można było całkiem nieźle żyć. Nie to, co z odległych miejsc w konkursach skoków narciarskich.






Czytaj także:


Polskie skoki czekały na to 47 lat! Epokowe osiągnięcie



Życie Adama odmieniło się rok później. w okresie 2000/2001 zdobył swój pierwszy z czterech Pucharów Świata, zwyciężył w prestiżowym Turnieju Czterech Skoczni. Rozpoczęła się dekada jego hegemonii w skokach. Już nie musiał myśleć o szukaniu innego zajęcia. Każdego roku na czas zawodów Zakopane wypełniały tłumy, o jakich jeszcze niedawno marzył Szatkowski. Nastroje na Pucharze Świata pod Tatrami były bardziej szampańskie niż podczas fetowania Nowego Roku. Impreza na Krupówkach trwała trzy dni i dwie noce. Ciszej robiło się o 3 nad ranem, ale ledwo wstało słońce, kibice znów wracali na ulicę. Znalezienie wolnego miejsca w którymś z tutejszych lokali graniczyło z cudem. Na głównym deptaku nieprzerwanie raczono się drinkiem o nazwie Mały-Szu.



- Moja knajpka prawie się nie zamykała. Miejsca były non stop zajęte, a utarg bardzo duży - wspomina Andrzej, właściciel restauracji przy Krupówkach.





Fot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl


Pojawili się też handlarze z gadżetami, które podbiły całą Polskę. Niektóre z nich zaczęły być używane na innych sportowych imprezach, np. biało-czerwone czapy w kształcie cylindra czy trąbki na sprężone powietrze. W Zakopanem na każdym kroku można było też kupić kubki z Adamem, kartki pocztowe z Adamem, znaczki na kartki z Adamem, kalendarze z Adamem, filmy (wtedy jeszcze na kasetach wideo) z Adamem i breloczki z Adamem.
W tym czasie Kamil Stoch jakoś specjalnie nie wyróżniał się w grupie swoich rówieśników. W 2001 roku na mistrzostwach świata juniorów był 40. W Pucharze Świata debiutował jako 17-latek. W 2004 roku w Zakopanem zajął 49. miejsce. To trochę go podłamało. Ojciec psycholog musiał mu tłumaczyć, iż do sukcesów prowadzi długa droga okupiona porażkami. Może dlatego Stoch nie poddał się, wytrwale trenował w cieniu mistrza Małysza, osiągał coraz lepsze rezultaty. Z czasem stał się numerem dwa w drużynie.



Feta na koniec marca
Rodzinna wieś Stocha - Ząb - to najwyżej położona polska miejscowość. Przed rokiem świętowano tu najhuczniej od 1980 roku, gdy nieżyjący już skoczek Stanisław Bobak, także z Zębu, zdobywał trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Przebił go Kamil. Kiedy w marcu 2013 roku przywiózł z Włoch złoty medal mistrzostw świata, witała go góralska banderia konna (orszak). Od starosty tatrzańskiego dostał czapkę harnasia i ciupagę. Podhalańscy samorządowcy zapewniają, iż jeszcze huczniej będzie witany pod koniec tego marca - po zakończeniu aktualnego sezonu narciarskiego.
Namiastką tego, co się może stać, było pojawienie się w Zębie - podczas transmisji konkursu w Soczi - Donalda Tuska, który spotkał się z rodzicami podwójnego mistrza. Premier miał wpiętą w kurtkę biało-czerwoną szachownicę, taką samą, jaka widnieje na kasku Stocha.
- Nie chcieliśmy urządzać mu głośnego powitania tuż po powrocie z Soczi, bo przecież czekała go jeszcze walka o Puchar Świata, dlatego uroczystość zaplanowaliśmy po sezonie - tłumaczy Bronisław Stoch, wójt gminy, w której leży Ząb. Jak łatwo zauważyć, nosi to samo imię i nazwisko co ojciec Kamila.
Kamil - człowiek z planem
Wielki sukces polskich skoków narciarskich nie zdarzyłby się bez dobrej atmosfery w zespole, którą chwali Stoch. On sam i jego koledzy, którzy do kadry trafili na fali małyszomanii, bardzo słuchają się trenera Łukasza Kruczka. Choć ten jako wychowanek LKS Klimczok Bystra nigdy wielkich sukcesów w skokach nie odniósł, ale jako szkoleniowiec potrafił stworzyć prawdziwą drużynę. I to mimo iż każdy z chłopaków ma inny charakter.



Kamil Stoch wydaje się w tej grupie profesjonalistą z założonym na długie lata planem, który skrupulatnie realizuje. Pochodzący z Beskidów Piotr Żyła i Podhalanin Jan Ziobro mają dusze rockandrollowców. Pierwszy z nich zasłynął barwnym opisaniem poszczególnych faz skoku: "Dupa na buty, garbik, fajeczka, no i poleciało", a drugi - napisem na nartach: "Luz w dupie!!!", przypominającym o konieczności rozluźnienia ciała podczas zmagań.
Ząb leży najbliżej nieba
- My się nie wstydzimy naszej historii z Leninem - mówi wójt. - Ale jego czas przeminął. Teraz to Kamil rozsławia w całym świecie gminę Poronin.
- Już ta ziemia nie będzie kojarzyła się głównie z pomnikiem, ale ze Stochem - Bronisław Stoch to zarazem wójt i dalszy krewny Kamila. A wieś Ząb nie jest zwyczajną wsią tej gminy - leży najwyżej w Polsce, tuż za Gubałówką. Domy buduje się tu na wysokości ponad 1000 m n.p.m. Takie położenie gwarantuje przepiękny widok na Tatry. Mimo wiosny w całej Polsce, teraz, pod koniec marca, w Zębie pozostało śnieg. Na tej wysokości biała warstwa utrzymuje się przez sześć miesięcy albo i dłużej - od października do kwietnia.
Można zakochać się w tutejszym krajobrazie. Pochodzący ze Śląska, nieżyjący już kompozytor Henryk Mikołaj Górecki, który przeprowadził się na Podhale, mawiał: - Ząb to moje miejsce na ziemi. Nie tylko jego.



W Zębie pełno Bobaków i Stochów.
Teraz wielkim skoczkiem jest Stoch, który stał się wzorem dla dzieciaków. Ale były czasy, iż każdy kilkuletni narciarz chciał być Bobakiem. Konkretnie Stanisławem Bobakiem, wielokrotnym mistrzem Polski z przełomu lat 70. i 80. W 1980 r. też mu urządzono w Zębie huczne powitanie - gdy zdobył trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata - rozgrywanego wtedy po raz pierwszy w historii.
Z Zębu pochodzi Józef Łuszczek, mistrz w biegach narciarskich z 1978 r. Ale akurat Łuszczków tu wielu nie mieszka, a sam Józef przeprowadził się do Zakopanego.
Wójt Poronina Bronisław Stoch nosi identyczne imię i nazwisko jak ojciec Kamila i też mieszka w Zębie. Bo Stochowie - obok Bobaków - to tutaj jeden z najliczniejszych rodów.



- Stochowie przybyli na te ziemie gdzieś na początku XVII wieku, wtedy też datowane jest powstanie tej wsi - opowiada wójt. - Przybyli tu z rejonu wsi Pieniążkowice na pograniczu z Orawą. Wtedy jeszcze najprawdopodobniej nazywani byli z niemiecka Stock, czyli laska. Co sugeruje, iż byli wędrowcami, pasterzami jak niejeden ród na Podhalu. Dzisiaj Stochów można spotkać w całym regionie, ale swoje korzenie mają w Zębie. Tak jak na przykład znany zakopiański restaurator i hotelarz Andrzej Stoch, do którego należą liczne nieruchomości przy Krupówkach, między innymi słynny lokal Morskie Oko - wyjaśnia.
Bronisław Stoch, ojciec Kamila: - Jest kilka pni rodu Stochów. By mogli się odróżnić, nadawano im, jak to na Podhalu, przydomki. My mamy przydomek Kaspercoki, bo nasz przodek miał na imię Kasper. W rodzinie opowiada się, iż należała do nas Kasprowa Dolina, a i pewnie Kasprowy Wierch. Moja żona Krystyna, mama Kamila, też jest z domu Stoch. Tyle iż z innych Stochów - dodaje.





Bronisław Stoch, psycholog kliniczny z Zębu. W mediach jest bardziej znany jako ojciec trzykrotnego mistrza olimpijskiego w skokach narciarskich Kamila StochaFot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl


Wójt Stoch przyznaje, iż teraz jego nazwisko dzięki sukcesom Kamila jest bardziej rozpoznawalne, co może wiązać się ze wzrostem politycznej popularności. Zastrzega jednak, iż do obecnej pozycji doszedł własną pracą.



- Funkcję sprawuję 12 lat. Nie jestem anonimowy. Ludzie mnie tu dobrze znają, szanują. Wybierali mnie, zanim jeszcze Kamil zaczął osiągać sukcesy.
Narty po bracie lepiej niosą
Dla miejscowych dzieci główna frajda zimą to sanki i narty. Podchodzą pod najbliższą górkę i zjeżdżają.
Jest popołudnie, grupa kilkuletnich smyków ćwiczy skoki nieopodal szkoły. Skaczą na normalnych zjazdowych nartach. Najlepiej niosą deski starszego rodzeństwa, bo dłuższe. Śniegu nie ma zbyt wiele, ale na pagórku udało się ulepić niewielką skocznię - pomogli starsi koledzy. Z wyborem miejsca nie było problemu, bo w którą stronę by się w Zębie nie ruszyć, to wszędzie strome stoki. Takie, iż poszusować można i dobre kilka kilometrów, aż do graniczącej z zakopianką wsi Suche.
Chłopcy, jeden po drugim, rozpędzają się, odbijają i lecą. Tak samo jak przed laty Kamil Stoch. Tegoroczny rekord skoczni w Zębie to siedem i pół metra. Choć w poprzednich latach bywało, iż choćby ponad 10 m udawało się skoczyć. Jednak w tym roku śnieg jest jakiś mokry - to przez wysokie temperatury. Narty mają mniejszą prędkość w chwili odbicia od progu, a co za tym idzie - dziecięce skoki są krótsze.



Chciałbym zdobyć złoty medal
Piękny drewniany budynek szkoły w Zębie, w stylu zakopiańskim, ma ponad 125 lat. Podstawówka nosi imię Heleny Marusarzówny - przedwojennej mistrzyni narciarskiej, a podczas okupacji kurierki tatrzańskiej. Razem z gimnazjum tworzy Zespół Szkół im. Jana Pawła II.
Nauczyciele pamiętają małego Kamila. Gdy był jeszcze dzieckiem, fascynował się wyczynami austriackiego skoczka Andreasa Goldbergera, starszego od niego o 15 lat trzykrotnego triumfatora Pucharu Świata w latach 1993-96. Urodzony w 1987 roku Kamil w tym czasie już próbował sił na dziecięcej skoczni. Od razu zauważono, iż ma talent do hipkania, jak po góralsku określa się skakanie. Trenerzy nie bali się puszczać go na skocznie dla dorosłych.
W 1999 r. chudy 12-latek, który wylądował na 128. m zakopiańskiej Wielkiej Krokwi, mówił do kamery: - Chciałbym wystartować na olimpiadzie, zdobyć złoty medal, ale na razie to ja mam jeszcze czas. Może za jakieś pięć-sześć lat wystartuję.





Kamil Stoch w wieku 12 latfot.Youtube/sporttvppl





Kamil ważył wtedy 28 kg i miał 138 cm wzrostu. Ekipa telewizyjna zrobiła z nim wywiad, bo dokonał nie lada wyczynu. Osiągnął lepszy wynik niż dorośli uczestnicy zakopiańskich zawodów Pucharu Świata w kombinacji norweskiej (dyscyplina polega na tym, iż jednego dnia sportowcy skaczą, a drugiego biegają na nartach). Najlepszy ze startujących nie przekroczył wtedy choćby 125 m.
Okrzyknięto go "fruwającym maluchem" i "nadzieją polskich skoków". W tym samym roku wygrał mistrzostwa świata młodzików w niemieckim Garmisch-Partenkirchen. Dumna była cała szkoła, koleżanki z ciekawością przyglądały się chudzielcowi.
- Teraz Kamil jest najsłynniejszym absolwentem szkoły - opowiada dyrektorka Bożena Bobak. - Mam nadzieję, iż o nas nie zapomni i będzie nas odwiedzał. Cała szkoła trzymała za niego kciuki w czasie Soczi. choćby z transparentem przyszliśmy, gdy przy wyciągu Potoczki ustawiono telebim i premier przyjechał.
Objazd: wyciąg, karczma, kościół, dom Stochów
Podczas skoków Kamila na głównej drodze we wsi Ząb pojawiły się tłumy jak na Krupówkach. Pierwszy raz w kilkusetletniej historii na jedynym większym skrzyżowaniu - gdzie rozchodzą się drogi w stronę Gubałówki, Poronina, Dzianisza, Nowego Bystrego i Bańskiej Wyżnej - utworzyły się korki. Wprawdzie w 1997 r. przejeżdżał tędy Jan Paweł II, ale wówczas ludzie po prostu stanęli przy szosie, by machaniem pozdrowić papieża, i po godzinie wrócili do chałup.



Tym razem sytuację na drodze próbowali opanować strażacy z miejscowej jednostki OSP, ale i tak trudno było zaparkować samochód w pobliżu wyciągu Potoczki, gdzie mały Stoch w towarzystwie kolegów przychodził z nartami.
- Nieraz właściciele za darmo pozwalali im z wyciągu korzystać - przypomina sobie Bronisław Stoch, ojciec Kamila.
- Teraz robią tu sobie wczasowicze takie wycieczki objazdowe - zachwala kasjer wyciągu. - Chwilę pozjeżdżają. Wprawdzie mamy tylko orczyk, a nie żadne krzesełka czy kanapy, ale za to i ceny są u nas bardziej przystępne. Potem goście coś przekąszą w karczmie. Następnie idą oglądnąć dom rodzinny państwa Stochów, pod szkołę zajadą i do kościoła, bo wszyscy wiedzą, iż Kamil to wierzący i praktykujący katolik, zresztą jak chyba wszyscy tutaj.





Dom Kamila StochaFot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl





Senior Stoch wzdycha: - Zdarza się, iż zupełnie obcy ludzie łomocą nam do drzwi domu i chcą sobie zdjęcie z Kamilem robić. Nie potrafią zrozumieć, iż chcemy trochę prywatności.
W połowie lutego do Zębu zjechała nie tylko kolumna rządowa z premierem Donaldem Tuskiem, ale też parlamentarzyści i samorządowcy różnych szczebli. Każdy chciał pokazać się we wsi mistrza olimpijskiego. Zwłaszcza iż telewizja publiczna nadawała relacje z Zębu na żywo. Widzowie mogli zobaczyć rozentuzjazmowanego Tuska, a wraz z nim mniej lub bardziej znanych polityków z regionu. Lokalni samorządowcy obdarowali premiera góralską czapką, ale szef rządu jej nie założył. Może bał się, iż jego zdjęcia z takim nakryciem głowy zrobią w internecie podobną furorę jak te w czapce z Peru. Inny politycy nie mieli jednak takich obiekcji i paradowali w baranicach.
Jak sukces służy remontom dróg
Wójta Stocha nie dziwi zainteresowanie polityków Zębem.
- Przecież jak Justyna Kowalczyk zaczęła odnosić pierwsze sukcesy, to wszyscy odwiedzali Kasinę Wielką - przypomina.



Władze województwa postanowiły wtedy przyspieszyć remont drogi nr 964 prowadzącej do rodzinnej miejscowości biegaczki. Jeszcze niedawno to była jedna z najgorszych tras w Małopolsce - dziura przy dziurze.
- Aż wstyd było gości wieźć, a nasza Justyna była już mistrzynią - wspomina Tadeusz Patalita, były wójt gminy Mszana Dolna.
Władze wojewódzkie postanowiły to zmienić.
- Uzgodniliśmy, iż droga do Kasiny Wielkiej będzie jak nowa - mówi Kazimierz Czekaj, przewodniczący komisji budżetowej małopolskiego sejmiku. - Teraz zastanawiamy się też, czy ta droga nie powinna być oficjalnie nazwana imieniem Kowalczyk.



Teraz na Podhalu liczą, iż także sukces Kamila Stocha przysłuży się regionowi. Choćby ten stary most w Białym Dunajcu. Wprowadzony na nim ruch wahadłowy w szczycie sezonu turystycznego powoduje, iż na zakopiance są jeszcze dłuższe korki niż zwykle.
Andrzej Gąsienica-Makowski, starosta tatrzański, rozmawiał na ten temat z premierem podczas jego wizyty w Zębie. Mówił także o problemach młodych sportowców, gdy szef rządu wizytował Szkołę Mistrzostwa Sportowego im. Stanisława Marusarza w Zakopanem. To do niej uczęszczali Stoch i Kowalczyk.
- Budynek wymaga modernizacji, potrzebujemy nowej sali gimnastycznej, a także nowoczesnych sal lekcyjnych - wylicza Barbara Sobańska, dyrektorka placówki.
- Olimpijskie sukcesy są powodem, aby pomyśleć o wsparciu tych miejsc, gdzie uczą się ludzie gotowi do wielkich rzeczy - oświadczył premier. I dodał, iż warto jeszcze bardziej przyłożyć się do starań o organizację zimowych igrzysk olimpijskich w Polsce i na Słowacji.



Przeminął czas Lenina
Dwa olimpijskie złota Kamila Stocha ostatecznie rozstrzygnęły w gminie Poronin spór o formę jej promocji. Niedawno część radnych narzekała, iż gmina ma zbyt mało atrakcji, więc może przeprosić się z Leninem.
Wójt Stoch był Leninowi przeciwny.
- My się tu, w Poroninie, nie wstydzimy naszej historii z Leninem, takie były czasy i nie ma się co tego wypierać. Każdemu chętnie opowiemy, jak było. Ale żeby od razu dla uciechy gości pomnik z powrotem stawiać? To mi się nie widzi. Trzeba stawiać na nowy wizerunek, czas Lenina przeminął. Na szczęście teraz mamy większą atrakcję niż zamierzchłe duchy komunizmu. Kamil Stoch rozsławia w całym świecie wieś Ząb i gminę Poronin. I niech tak zostanie.
Mistrz i wszyscy jego bliscy
Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi osiągnąć sukces - mówił po igrzyskach Kamil Stoch. Kogo miał na myśli?



W rodzinie Stochów wielkich sportowych tradycji nie ma, ale rodzice umieli dostrzec talent syna. Pozwolili Kamilowi trenować, choć bali się o jego zdrowie, bo przecież skoki narciarskie to nie to samo co biegi czy slalom. Zakładając biegówki, można sobie najwyżej nogę złamać. A skoki to sport ekstremalny - jak się spadnie z progu skoczni nieszczęśliwie na głowę, można nie przeżyć.
- Pewnie, iż się człowiek boi o dziecko - mówi Bronisław Stoch, ojciec. - Obawa i troska towarzyszą nam z żoną zawsze, ale te odczucia równoważy świadomość umiejętności technicznych syna oraz jego doświadczenie i mądrość. Myśmy go na skocznię nie pchali. Sam chciał. Trenerzy gwałtownie zauważyli, iż coś może z tego być. Nie pozostało nam nic innego, jak wspierać go.
Nasze życie nie jest na sprzedaż
Po powrocie z pierwszych treningów Kamil rozpłakał się przed mamą Katarzyną. Po upadku przyszedł mocno poobijany. Była pewna, iż coś sobie poważnego zrobił. A on płakał nie z bólu, tylko ze strachu, iż mama zakaże mu skakania z powodu tych obić.
- Nie mogłam zakazać. Wiedziałam, jak to jest dla niego ważne - wspomina Katarzyna Stoch, drobna kobieta. To po niej syn odziedziczył filigranową posturę, idealną do uprawiania skoków. Ale mama ma też silny charakter. Z wykształcenia pedagog, pracuje w zakopiańskim Urzędzie Miasta w komisji do spraw rozwiązywania problemów alkoholowych.



Z Kamila jest dumna, ale wkurza ją, iż każdy chce teraz poznać rodziców mistrza, odwiedzić ich w domu. Wyjątek zrobiła dla premiera, ale postawiła warunek: wizycie nie będą towarzyszyły kamery.
- Trzeba nas zrozumieć. Nasze życie nie jest na sprzedaż. Nie chcemy, by się jakoś szczególnie zmieniało - tłumaczy Bronisław Stoch.
Czasami trzeba przegrać
Ojciec Kamila to znany na Podhalu psycholog, biegły sądowy. Na co dzień pracuje w zakopiańskim szpitalu. Tutaj także - już po pracy - umawiamy się na wywiad.
- Zwykle to ja rozmawiam z pacjentami, by im pomóc. Teraz dziennikarze mnie przepytują. To interesujące doświadczenie, może przyda mi się w zawodzie - ocenia.



To on opiekował się żołnierzem Włodzimierzem N., który został odnaleziony w Tatrach na zaśnieżonej polanie niedaleko Doliny Olczyskiej. Wiele razy terapeutyzował też Kamila, gdy ten - jako nastolatek - nie dawał sobie rady z pierwszymi porażkami na skoczni.
- Długo rozmawialiśmy, choć psychologia sportu to nie moja dziedzina. Zawodowo pomagam ludziom, którzy mają naprawdę poważne problemy. Syn na szczęście nigdy takich nie miał. Ale starałem się na niego pozytywnie wpływać. Powtarzałem mu, iż nie zawsze się wygrywa. Czasami trzeba przegrać, by móc pójść dalej. Do sukcesów trzeba dążyć powoli, być cierpliwym - mówi Bronisław Stoch.
Ciocia z Tajwanu, szwagier z Libanu
Ojciec Kamila zbiera płyty winylowe. Ma ich ponad pięć tysięcy. Ale jeszcze więcej winyli - 30 tysięcy - liczy największa w Polsce kolekcja jego brata bliźniaka Mieczysława, który mieszka w Warszawie i prowadzi studio nagrań, a ożeniony jest z Tajką. Bronisław i Mieczysław są do siebie bardzo podobni. Ciągle ktoś ich ze sobą myli. Więc ostatnio zdarza się, iż Mieczysław w Warszawie odbiera gratulacje od przypadkowych osób, które biorą go za ojca Kamila.
Młody mistrz wychowywał się z dwiema starszymi siostrami, Anią i Natalią. Jako trzylatek porwał narty, które dostała pod choinkę Ania, i już nie chciał ich oddać. Choć były za duże, to świetnie sobie na nich radził, zjeżdżając z okolicznych górek. Już rok później próbował skoków na niewielkich górkach ze śniegu.



Kiedy na początku drogi sportowej trenował kombinację norweską - czyli skoki i biegi - ścigał się na biegówkach wokół domu z drugą siostrą - Natalią.
Anna mieszka dzisiaj na Cyprze z mężem Ramim, libańskim Palestyńczykiem, i synem Alim - siostrzeńcem Kamila.
Natalia z mężem Krzysztofem zamieszkała w Krakowie.
O co chodzi z szachownicą na kasku
Rodzina Stochów to stary góralski ród, religijny jak prawie każdy na Podhalu.



- Dbamy o tradycję. Jesteśmy religijni, ale daleko nam do dewocji. Dużo czerpiemy z nauk księdza profesora Józefa Tischnera. Bliska nam jest jego filozofia pogodnego, ale też refleksyjnego traktowania wiary - tłumaczy Bronisław Stoch.
Kamil nie ukrywa swojej religijności. W każdą niedzielę stara się być na mszy świętej, tak jak podczas igrzysk w Soczi.
Stochowie są także bardzo patriotyczni. Kamil postanowił, iż na jego olimpijskim kasku zostanie namalowana biało-czerwona szachownica. Na co Antoni Macierewicz orzekł, iż "to hołd złożony poległym w Smoleńsku". Tygodnik "wSieci" umieścił na okładce Kamila i rządowego tupolewa (jeszcze nierozbitego). W rodzinie Stochów przyjęto to ze zdziwieniem.





Kamil Stoch i jego kask podczas Igrzysk Olimpijskich w SocziKUBA ATYS





- Sport powinien ludzi łączyć, a nie dzielić. Kamil odżegnuje się od wspierania jakiejkolwiek opcji politycznej. Biało-czerwona szachownica przywodzi na myśl dobre skojarzenia i piękne tradycje polskich lotników - mówi Bronisław Stoch. A sam Kamil, już po przyjeździe ze słoweńskiej Planicy, wyznaje: - Zaskoczyły mnie daleko posunięte interpretacje szachownicy na moim kasku. Próbowano to wykorzystać politycznie, co nie było zgodne z moimi intencjami. Proszę osoby, które chcą coś interpretować w moim zachowaniu, by pierwsze sprawdziły, co ja na ten temat myślę.
Chudy, mały, nadpobudliwy
Zanim jeszcze Stochem zaczął zajmować się jego obecny trener, chłopak rozwijał się pod opieką nauczycieli ze swoich stron. W dzieciństwie Kamilem - jak i innymi dziećmi z Zębu - opiekowała się "pani Jadzia".
To Jadwiga Staszel - dzisiaj emerytowana nauczycielka wychowania fizycznego ze szkoły w Zębie. W 1995 roku założyła we własnym domu Ludowy Klub Sportowy, tak by młody Stoch i jego koledzy mieli gdzie trenować. Sprzęt był przechowywany w stodole. Nart było kilka par, ale kask tylko jeden - chłopcy go sobie pożyczali. Na Kamila był za duży, spadał mu na nos.
- Zapamiętałam go jako chudego, małego i nadpobudliwego chłopca - wspomina Jadwiga Staszel. - Już w pierwszej klasie chciał skakać z najwyższych drabinek. Musiałam pilnować, by nie zrobił sobie krzywdy. I temperować, bo u mnie na zajęciach była dyscyplina. Lubił skupiać na sobie uwagę, chciał, by się nim zajmowano na gimnastyce. Pomyślałam, iż trzeba go razem z kolegami pchnąć w stronę sportu. Lekcje wychowania fizycznego to było dla niego za mało. Inni chłopcy też chcieli więcej ćwiczyć, ale Kamil najwięcej. Razem z rodzicami postanowiliśmy więc założyć klub sportowy. Warunek dla dzieci był jeden. Jak ktoś rozrabia w szkole, to nie ma wstępu do klubu.



Przeciętny skoczek, świetny trener
Były trener kadry narodowej Łukasz Kruczek pochodzi ze wsi Buczkowice pod Bielskiem. Jako zawodnik najlepiej wypadł na uniwersjadach - akademickich zawodach - na których czterokrotnie zdobywał złote medale. Startował w kadrze z Adamem Małyszem, gdy ten zaczął odnosić pierwsze zwycięstwa. W 2002 r. pojechał jako rezerwowy na igrzyska olimpijskie do Salt Lake City. Ówczesny trener kadry Apoloniusz Tajner nie wystawił go jednak w żadnym konkursie. W 2003 r. Kruczek zrezygnował ze skakania i został szkoleniowcem. Był asystentem zagranicznych trenerów polskiej kadry: Austriaka Heinza Kuttina i Fina Hannu Lepistö. W końcu wiosną 2008 r. sam został trenerem reprezentacji narodowej.
Jego podopieczni podkreślają, iż w zespole panuje znakomita atmosfera, bez której trudniej byłoby o sukcesy. Stworzył prawdziwą drużynę, potrafiąc pogodzić różne temperamenty zawodników.
- Drużyna to nasza druga rodzina - śmieje się Ewa Bilan-Stoch. - Polski team to nie tylko skoczkowie i sztab szkoleniowy, ale też drugie połowy bohaterów. Każdy z nas wnosi do grupy coś odmiennego, jedynego w swoim rodzaju. Szacunek dla odmienności sprawia, iż potrafimy się uzupełniać i nikt się nie wywyższa. Lubimy wspólnie spędzać wolny czas, czy to między zawodami, czy na wakacjach. Możemy na siebie liczyć, wspólnie przeżywamy porażki i razem świętujemy zwycięstwa.
Gdy przed ostatnim sezonem pojawiły się pogłoski, iż Kruczek straci stanowisko trenera, Stoch i koledzy stanęli za nim murem. Kamil oświadczył, iż z nikim innym nie będzie trenował. Teraz - między innymi dzięki dwóm złotym krążkom z Soczi - Kruczek stał się trenerem z największymi sukcesami w historii. I to mimo stosunkowo młodego wieku jak na szkoleniowca - ma 39 lat.



Świat sportu i miłość
Zakopianka Ewa Bilan - żona - jest o dwa lata starsza od Kamila. Razem chodzili do Szkoły Mistrzostwa Sportowego, choć Ewa nie pamięta Kamila z tamtego okresu. Trenowała sporty walki, między innymi judo. Po szkole studiowała wychowanie obronne, skończyła też fotografię artystyczną.
Poznali się nie na Podhalu, ale w Planicy w 2006 r. Ewa pojechała tam robić zdjęcia skoczkom. Trzy lata później - dokładnie w tym samym miejscu, w którym się poznali - na Kranjskiej Gorze - Kamil się oświadczył. W 2010 r. wzięli ślub - na Podhalu. Po weselu przez rok mieszkali w Proszowicach, na północ od Krakowa. Skoczek dojeżdżał stąd na zajęcia w Akademii Wychowania Fizycznego, dwa lata temu obronił tam pracę magisterską. Później przeprowadzili się do Kościeliska - koło Zakopanego. Planują budowę domu w Zębie. Dostali działkę od rodziców Kamila.
- Nasz dom będzie perełką góralskiego rękodzieła - zaplanowała Ewa.
Żona Kamila tak przedstawia się na swoim fotoblogu: "Cenię piękno, zwłaszcza wewnętrzne, na pozór ukryte. Portretując ludzi, szukam sposobu, by pokazać ich dusze. Dzięki temu każda sesja, projekt czy reportaż to nowe wyzwanie i prawdziwa przygoda".








Ewa Bilan-Stoch i Kamil StochFot. Marek Podmokły / Agencja Wyborcza.pl


- Gdy portretuję skoczków, pokazuję ich jako ciekawe, barwne i różnorodne osobowości - opowiada. - Pokazuję ich takimi, jacy są na co dzień poza areną sportową. Jest jedno zdjęcie, które opowiada o moich odczuciach wobec świata skoków. Mowa tu o moim autoportrecie, gdzie leżę wśród nart. To zobrazowanie kolorowego świata sportu, który bywa dość przytłaczający. Kobiety sławnych mężów często są wrzucane do jednej szufladki. Nie mają imion, rozumu, zainteresowań, tożsamości. Stąd koncepcja zdjęcia.
Kamil jest w Ewie bardzo zakochany. Po prawie każdym skoku przesyła buziaki w stronę telewizyjnych kamer, rysuje serca w powietrzu. - Mimo iż dużo czasu spędza poza domem, jest bardzo zaangażowany w małżeństwo, w sprawy rodzinne - mówi żona. - Cały czas jesteśmy ze sobą w kontakcie, codziennie długo rozmawiamy. Jestem szczęściarą, bo Kamil nie tylko sprawdza się fantastycznie w roli męża, ale jest moim najlepszym przyjacielem. euforia z jego sukcesów sprawia, iż zapominam o trudach rozłąki. A kiedy on ma w sporcie gorsze chwile, tym bardziej staram się go motywować. Bo motywowanie to nie tylko rola trenerów. Skuteczne motywowanie to mieszanka złożonych zależności, gdzie każdy znajdzie miejsce dla siebie: trener, rodzina, kibice, sam zawodnik, a choćby rywale - uważa.
Redagował Piotr Głuchowski
Idź do oryginalnego materiału