Gladiator za marne pieniądze. Droga do sukcesu, o której nikt nie mówi

2 godzin temu


Ci pieprzeni piłkarze zarabiają kokosy, tutaj nauczyliby się co to harówka. Pan Janek, operator wózka widłowego od 10 lat, uwielbia komentować rzeczywistość w taki właśnie sposób. Widzi w sportowcach darmozjadów, a od kąśliwych uwag nie odstrasza go fakt, iż jego kolega z magazynu, Marcin, sam sportowcem jest, a dokładniej zawodnikiem mieszanych sztuk walki. Takim dzisiejszym gladiatorem.

Sukcesy sportowe nie ratują go przed etatem w pracy fizycznej, musi przecież jakoś utrzymać rodzinę. Czasem czuje się niesprawiedliwe potraktowany przez świat – „freaki” czy piłkarz z przeciętnym potencjałem zarabiają nieporównywalnie więcej. Sam mówi, iż nie umniejsza ich pracy, ale dobrze wie, iż nikt nie pracuje tak ciężko jak on: ani pan Janek, ani popularny YouTuber wchodzący do oktagonu po dziesięciu treningach, ani pewnie choćby piłkarz z klubu, który Marcin tak bardzo kocha.

Magazyn jest jakieś dwadzieścia minut autem od klubu. Marcin był tu już przed pracą, teraz wraca na drugi trening. Na szczęście udało się wynegocjować z szefem wcześniejszy początek zmiany, za pomocą którego może rano zrobić trening stójkowy. O 5:30 na macie rozgrzewkę robi całkiem sporo zawodników – takich jak Marcin jest kilkunastu, wszyscy chcą osiągnąć pas. Wagi lekkiej, ciężkiej; KSW, UFC czy amatorski na gali w Krakowie czy Rzeszowie, nieważne. Chcą po prostu wygrać pas. choćby za marne pieniądze.

17:45. Mniej więcej codziennie o tej porze, jeżeli akurat nie ma gigantycznych korków na ulicach Krakowa, Marcin wita się z klubowymi kolegami w szatni. Dzisiaj na treningu popołudniowym robimy głównie zapasy, ale najpierw trzeba zjeść ten zimny posiłek zostawiony rano w lodówce na zapleczu. Najbardziej rutynowa jest rozgrzewka. W tym sporcie najlepsza jest różnorodność, podczas walki albo sparingów zawsze jest troszkę inny scenariusz. Raz przeciwnik chce urwać ci rękę, raz znokautować, ty musisz się przed tym obronić – po prostu nie ma nudy.

Walka o lepsze jutro

Rozgrzewka zawsze wygląda podobnie, chociaż niektóre elementy zmieniają się zależnie od tego, co trenowane będzie w danym dniu. Trzeba się rozciągać i rozgrzewać, bo bez rozgrzewki jest kontuzja. Kontuzja to przerwa w treningu. Przerwa w treningu to może być odwołana walka, a to oznacza odroczenie marzeń o wielkim triumfie i brak pieniędzy, które może duże nie są, ale na opłacenie wyjazdu na obóz dla córeczki wystarczą.

Podczas rozgrzewki chłopaki wspominają swoje stare przygody. Marcin opowiada o swojej walce na Dominikanie. Piękne miejsce na wakacje, ale cóż po wakacjach skoro na sam ich koniec masz się bić praktycznie na śmierć i życie. Wtedy jego przeciwnikiem był gość, który nazywał się Vincent van Gogh.

Mocne wymiany ciosów, dwóch twardych gości swoimi pięściami kłóci się o to, kto bardziej chce wygranej. Lewy, kontra, garda, trafił Marcin, trafił przeciwnik. Znowu: cios za cios, kopnięcie na łydkę (nawet nie wiecie jak bolą te cholerne kopnięcia na łydkę, zwłaszcza na drugi dzień). Kolejna kombinacja: Polak widzi cios, trafił go w twarz… i nie widzi już kolejnego ciosu, w sumie to nie widzi już nic na lewe oko. Van Gogh wsadził palec prosto w oko Marcina, a sędziowie to zignorowali. Oficjalny protest też został odrzucony.

Poświęcenie kluczem do sukcesu

Miejscowy zawodnik oczywiście mógł sobie pozwolić na więcej, choćby jeżeli ten faul był niezamierzony. Vincent van Gogh zakończył ten wieczór w glorii, chwale wygranego. Marcin natomiast pobytu na Dominikanie nie zakończył gwałtownie po tej walce – kolejnym krokiem zwiedzania były prywatne kliniki, bo do samolotu nikt nie wpuści osoby z tak poważną kontuzją oka. Po ciężkich przygotowaniach zamiast zwycięstwa nabawił się strachu o swoje zdrowie i wielkiej niechęci do artystów. A to wszystko za marne pieniądze.

Koniec rozgrzewki, koniec pogaduszek. Teraz już tylko ciężka praca. Dziś skupiamy się na obaleniach z klinczu, element gladiatorskiego fachu, który na pewno przyda się Marcinowi w walce do której właśnie się przygotowuje. Szło całkiem nieźle, ale te cholerne stłuczone żebra dają o sobie znać. Każdy upadek na prawy bok zniechęca do dalszego treningu. Na koniec dnia mamy sparingi. Dobre sparingowanie to sztuka, trzeba umieć bić na tyle mocno, aby się czegoś nauczyć i na tyle lekko, żeby nie uszkodzić sparingpartnera albo siebie.

Dziś Marcinowi coś przeskoczyło w nadgarstku, to już chyba 7 mały uraz, który mu doskwiera, a do walki jeszcze 3 tygodnie. Koniec treningu. Marcin pokazuje trenerowi nadgarstek przed wyjściem z klubu. Trener ostrzega, iż takie mikrourazy się lubią odzywać przy zrzucaniu wagi.

Kto to do cholery wymyślił? Przez kilka miesięcy harujesz na sali i na etacie, bo w końcu trzeba z czegoś żyć. Na kilka dni przed walką odpuszczasz zabijanie się nawzajem z kolegami na macie, a zaczynasz zabijać samego siebie. Czasem zawodnik jest tak skrajnie odwodniony, iż nie może wejść na wagę o własnych siłach. Dzień później musi walczyć. Za marne pieniądze.

ZOBACZ TAKŻE: Niewiarygodne zestawienie w KSW. Parnasse i Khalidov na celowniku organizacji

Drodze do domu często towarzyszą wątpliwości. Czy warto bawić się w ten sport? Jest dużo lepszych sposobów na utrzymanie siebie i bliskich. Wątpliwości nigdy jeszcze nie wygrały. Nic innego nie przynosi tyle chwały co wygrana walka. A więc jutro będzie wyglądało tak samo. Pojutrze pewnie też, może majówka to będą dwa dni przerwy. Może, jeszcze nie wiadomo. I tak każdy dzień, aż do dnia walki. Nie napiszę tu czy Marcin wygrał, bo na dłuższą metę nie ma to znaczenia. Jeden wygrany pojedynek to tylko mały kroczek do sukcesu, który w sportach walki osiąga tak niewielu. Cała reszta próbuje dogonić swoje marzenia, przygotowuje się, zmusza do wyrzeczeń. Cała reszta walczy. Za marne pieniądze

Idź do oryginalnego materiału