Mistrzostwa świata w lotach w Oberstdorfie, już wcześniej krytykowane za defensywne podejście jury do dalekich lotów i zrobienie z jednego z najważniejszych produktów skoków narciarskich czegoś trudnego do oglądania, zakończyły się absolutną farsą. I w tym wszystkim szkoda tylko Japończyków, którzy zrobili piękną niespodziankę, wygrywając konkurs drużynowy zamykający imprezę w Niemczech. Po wszystkim i tak niedzielna rywalizacja będzie się kojarzyć z Domenem Prevcem. A konkretniej z nartami Słoweńca.
REKLAMA
Zobacz wideo Tak Maryna Gąsienica-Daniel trenuje przed IO! "Niektórzy skakali na skoczni"
Niewiarygodne sceny w Oberstdorfie. Narty Prevca spadły, a on nie został dopuszczony do skoku
Narty Domena Prevca spadły, gdy Słoweniec szykował się do kontroli sprzętu na górze skoczni. Zjechały w dół rozbiegu, spadły z progu i zatrzymały się dopiero na dole zeskoku. Jedna utknęła w pewnym miejscu, a druga znalazła się na samym dole.
Wszystko działo się w trakcie pierwszej serii, gdy rywalizowała czwarta grupa zawodników - po skoku Piotra Żyły, a tuż przed tym oddawanym przez Norwega Mariusa Lindvika. Jedna uderzyła o jego but, a druga zjechała po najeździe tuż obok nart samego Lindvika. Na szczęście skoczek mocniej złapał się belki i nic mu się nie stało. Nie zjechał też pod wpływem tego zdarzenia w dół rozbiegu, był tylko zdziwiony i rozdrażniony sytuacją. Pozwolono mu wstrzymać się z oddaniem skoku i przerwano procedurę startową.
Zły na sytuację, Prevc starał się zachować spokój. Cofnął się na górę rozbiegu, do pokoju, gdzie skoczkowie przygotowują się przed oddaniem skoku. W tym czasie słoweński sztab ruszył w pogoń za nartami na dole skoczni, a ich producent, Peter Slatnar, wziął rezerwową parę ze kabiny serwisowej Słoweńców i próbował dowieźć je Prevcowi na czas windą. Na czas, bo zgodnie z regulaminem zawodów, Słoweniec, żeby wystartować w pierwszej serii, musiał stawić się na swoją próbę ze sprzętem. Ale czas mijał, a konkurs wznowiono. Gdy przyszła pora na skok Prevca, Slatnar z nartami był jeszcze w drodze na wieżę, i zabrakło czasu, żeby dostarczył je skoczkowi, a ten oddał skok w pierwszej serii.
Gdy Prevc dostał narty i chciał iść oddać skok po wszystkich zawodnikach czwartej grupy, dostał informację od Huberta Mathisa, który przeprowadzał kontrolę na górze obiektu, iż on już ją skończył i nie będzie mógł dopuścić Prevca do startu. Szwajcarski działacz FIS odmówił nam rozmowy po zakończeniu zawodów. Mistrzowi świata z sobotniego konkursu indywidualnego w protokole wpisano "DNS - did not start", bo nie pojawił się na starcie. Skoczył dopiero w drugiej serii, bo Słowenia z trzema skokami i tak awansowała do drugiej rundy, zajmując ósme miejsce za Polską. Ostatecznie skończyła zawody na szóstej pozycji, ex aequo ze Szwajcarami. Polska była ósma, złoto trafiło do Japonii, srebro do Austrii, a brąz do Norwegii.
Choć doszło jeszcze do zamieszania na początku drugiej serii, gdy Timi Zajc pojawiał się i znikał ze schodków przy belce startowej. Przekazywano komunikat o wycofaniu się Słoweńców - to po decyzji działaczy, którzy poprosili o to w emocjach. Sztab i zawodnicy chcieli jednak rywalizować, więc poproszono jury o ponowne dopuszczenie Zajca do startu. I tak się stało.
Polak widział, co stało się ze sprzętem Prevca. Po jego słowach Słoweńcy ruszyli protestować
Oczywiście, jak podkreśla Sandro Pertile, najważniejsze jest to, iż narty Prevca, spadając, nikogo nie zraniły czy nie zagroziły zdrowiu zawodników, wolontariuszy, fotografów i kibiców wokół najazdu oraz zeskoku. Gdyby wszystko wydarzyło się chwilę później, w najgorszej sytuacji znalazłby się startujący Marius Lindvik. - Skończyło się dobrze, tylko to jest ważne - mówi Norweg. - Byłem gotowy do skoku, gdy usłyszałem krzyki i jakiś hałas za mną. Dostałem zielone światło, ale trafiła mnie narta. Byłem zatem przez chwilę sfrustrowany, ale udało mi się uspokoić i wykonać dobrą robotę - dodaje zawodnik.
Teraz najciekawsza kwestia - i pewnie ta kluczowa do wyjaśnienia - to przyczyna tego, iż narty Prevca spadły. Skoczek na pewno oparł je o budkę kontroli sprzętu na górze skoczni. Według FIS jego sprzęt nie był odpowiednio zabezpieczony i po prostu spadł. "Nikt nie dotknął nart, ale niestety spadły, tak się stało. Nie możemy teraz nic z tym zrobić. Próbowaliśmy wszystkiego, ale jest jak jest. Przykro mi" - mówił jeszcze tuż po zdarzeniu w transmisji telewizyjnej dyrektor Pucharu Świata Sandro Pertile.
Słoweńcy mają jednak inną teorię. Jelko Gros, delegat techniczny FIS i słoweński sędzia, obecny, choć niepracujący bezpośrednio przy konkursach w Oberstdorfie, przekazał, iż przy budce kontroli sprzętu na górze skoczni nie było osoby, która powinna przytrzymać sprzęt Prevca. Dziennikarka telewizji RTV Slo Polona Bertoncelj przekazała, iż narty Prevca mógł trącić jeden z wolontariuszy używający parasolki - podczas konkursu mocno padał śnieg. Oni pomagają kontrolerowi, który przeprowadza pomiar krocza zawodników przed skokiem i według potrzeb mogą być odpowiedzialni także za wsparcie zawodników przy ich sprzęcie.
To teoria poparta tym, co przekazał jeden z polskich przedskoczków na zawodach, Wiktor Fickowski. Na początku mówił o tym, iż widział, jak jeden z asystentów kontroli sprzętu (mogło chodzić o wolontariusza - red.) obracał się w kabinie, a po chwili narty Prevca runęły. Potem, gdy włączyliśmy już nagrywanie wraz z innymi dziennikarzami, mówił: - Widziałem tę sytuację. Pomocnik kontrolera sprzętu minimalnie odchylił się do tyłu, ja nie widziałem tego do końca. Wyszedłem tylko kawałek na schodki i kątem oka zauważyłem, iż Domen oparł narty o kabinę do kontroli sprzętu.
Na podstawie tego, co przekazał Fickowski, Słoweńcy protestowali w sprawie pozwolenia na start Prevca w pierwszej serii. "Słowenia złożyła protest pomiędzy seriami. Według raportu jednego z naszych kontrolerów sprzętu Domen zostawił narty w miejscu bez zabezpieczenia i potem spadły. Z tego powodu wewnątrz jury było głosowanie i po nim protest odrzucono. Będziemy kontynuować konkurs od drugiej serii i wynik Domena nie będzie uwzględniony w pierwszej rundzie" - mówił Borek Sedlak w transmisji telewizyjnej tuż przed startem drugiej serii. Według portalu siol.net trzech członków jury - Kristian Breden (asystent delegata technicznego, Norwegia), Ivo Greger (asystent delegata technicznego, szef komitetu FIS ds. zasad, kontroli i spraw oficjalnych, Czechy) i Georg Spaeth (szef zawodów, Niemcy) - było przeciwko dopuszczeniu Słoweńca, a jeden - Aljosa Dolhar (delegat techniczny, Słowenia) - za tym, żeby Prevc mógł oddać skok, choć nie pojawił się na starcie. Nie było zapisu z kamer telewizyjnych, który mógłby potwierdzić wersję Słoweńców - żadna nie obserwowała wówczas kabiny na rozbiegu. A w sytuacji "słowo przeciwko słowu" rozstrzygnięto sprawę na korzyść wersji FIS.
Oto co nie gra w sprawie upadku nart Prevca
Zgodnie z przepisami, za swój sprzęt przed, w trakcie i po skoku odpowiada sam zawodnik. To przenosi na niego odpowiedzialność za wszystko, co się z nim wydarzy. Dlatego FIS, trzymając się wersji, iż Prevc położył narty przed kontrolą na górze skoczni w złym miejscu, nie przyznał racji protestującym Słoweńcom. Jednak warto zapytać: czemu w ogóle musiał tak kłaść narty? FIS może odpowiedzieć, iż nie powinien i powinien poczekać, aż ktoś będzie w stanie mu je przytrzymać. Jednocześnie osoba odpowiedzialna za przytrzymanie mu sprzętu powinna być dostępna w chwili, gdy Prevc stawił się na kontrolę.
Miejsce kontroli sprzętu na górze skoczni w Oberstdorfie pokazane przez realizatora transmisji po upadku nart Domena PrevcaScreen Eurosport
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Ważne w zrozumieniu, dlaczego doszło do chaosu i burzy wokół zdarzenia związanego z nartami Prevca wcale nie jest osądzanie tego, co zrobił skoczek. najważniejsze słowa, pozwalające zdać sobie sprawę z tego, co realnie dzieje się takiego dnia - zwłaszcza przy opadach śniegu - na górze skoczni, są słowa Wiktora Fickowskiego. - Tutaj, spod skoczni, się to fajnie ogląda, ale tam na górze, nie ma miejsca. Wszyscy dmuchają, trzymają parasolki i tak dalej - tłumaczył skoczek.
Zresztą, kontrolę sprzętu FIS obsługuje kilka osób, biorąc pod uwagę to, jak jest skomplikowana i czego wymaga. W tym sezonie, po zmianie procedur i wdrożeniu nowych zasad, i tak jest progres, a na zawodach pojawia się więcej osób, które przy tym pomagają. przez cały czas nie jest jednak idealnie. Wiktor Fickowski dodaje, iż przy samym upadku nart nie pomogło to, jak ustawione jest miejsce, gdzie dokonuje się pomiaru skoczków. - Ta budka jest usytuowana pod kątem. Gdyby była ustawiona równo, narty miałyby szansę zatrzymać się jeszcze na schodkach, a zjechały w stronę rozbiegu. To było bardzo niefortunne. One nie spadły "normalnie", tylko zleciały w dół - opisał Polak.
To każe zadać pytanie, czy zasadne jest karanie zawodnika i kadry, jeżeli nie miał wpływu na to, co dzieje się z jego sprzętem. To kwestia nie do rozstrzygnięcia na tym etapie, bez większego zaangażowania FIS w wyjaśnienie sprawy. Działania jedynie na podstawie raportu swojego działacza, rozpatrując negatywnie to, co zgłosili Słoweńcy, naturalnie budzą wątpliwości. Bo jeżeli rzeczywiście narty zostały trącone parasolką, na co Prevc zupełnie nie miał wpływu, to sprawa nie jest tak oczywista, jak uważa FIS.
Pertile tłumaczy sytuację z Prevcem. "To jego własna decyzja"
Zapytaliśmy Sandro Pertile o możliwą przyczynę upadku nart Prevca. - Gdy robi się ślisko, takie rzeczy mogą się dziać - stwierdził Włoch.
- Dostaliśmy raport, który posłużył jury do rozstrzygnięcia sprawy protestu. I go odrzucono. Mamy swój sztab na górze skoczni, a do tego lokalnych pomocników, którzy są tam tylko po to, żeby przytrzymywać narty. jeżeli zawodnik decyduje się na pozostawienie ich poza budką, to jego własna decyzja. Mamy ludzi, którzy mogą pomóc. To może być lekcja na przyszłość dla wszystkich. Może musimy użyć swego rodzaju systemu i nie przytrzymywać nart. Na pewno Domen nie spodziewał się takiej sytuacji - mówił Pertile.
Nie rozpatrzył jednak w swojej wypowiedzi takiej opcji, w której osoby do przytrzymania nart obok Prevca nie było. Dopytany o nią powiedział, iż o takiej nie słyszał i nie sądzi, żeby tak było, ale może dopytać o to kontrolera sprzętu.
Słoweńcy nie odpuszczają. Zapowiedzieli kolejny protest
Słoweńcy są wściekli. I nie zamierzają odpuścić. - To zupełnie nietypowe i nienormalne dla mnie. Niewiarygodne. Zupełnie nie zgadzamy się z tym, jak nas potraktowano i w poniedziałek wyślemy do FIS kolejny protest - zapowiada szef słoweńskich skoków Gorazd Pogorelcnik.
Spytany o taką reakcję Słoweńców i ewentualne dalsze rozpatrzenie sprawy Sandro Pertile odpowiedział tylko: - Poczekajmy zatem na jutro.
Wygląda na to, iż Słoweńcy chcą iść z FIS na kolejną wojnę. Już rok temu było podobnie, gdy protestowali po dyskwalifikacjach Anze Laniska i Timiego Zajca na przełomie stycznia i lutego. Wtedy też wszystko zaczęło się od skandalu w Oberstdorfie. A skończyło się na dyskusjach z FIS, niepokoju w środowisku i w efekcie na największym skandalu w historii dyscypliny - ujawnieniu oszustwa Norwegów na mistrzostwach świata w Trondheim. Teraz, przed kolejną wielką imprezą, tegorocznymi igrzyskami olimpijskimi, znów w skokach robi się gorąco i mamy do czynienia ze sporą aferą. Oby skutki nie były tak opłakane jak w przypadku wydarzeń sprzed kilkunastu miesięcy.

1 godzina temu













