Gdzie jest ta Legia? Oni muszą stąd wyjeżdżać, niestety

2 godzin temu
Spośród stu najbardziej wartościowych polskich piłkarzy, trzynastu wychowało się w stolicy. To więcej niż wskazywałby potencjał ludnościowy aglomeracji i lepszy wynik od wielu podobnie ludnych ośrodków zagranicznych. Dwóch warszawiaków dotarło choćby do Barcelony. Mimo to, Legia od lat ma problem z zaufaniem miejscowej młodzieży. Jej obecny kryzys jest szansą, by to zmienić.
"Na pytanie »gdzie jest ta Legia«, odpowiadam: w Lidze Mistrzów!". Dziś warszawski klub jest blisko słynnych słów Dariusza Szpakowskiego z 1995 roku jedynie w fantazjach Dariusza Mioduskiego, jej właściciela. Chyba iż mowa o futbolu młodzieżowym. W tle kolejnego już gigantycznego kryzysu pierwszej drużyny, stołeczni juniorzy święcą na arenie międzynarodowej bezprecedensowe triumfy. Eliminując Fiorentinę, PAOK i Ajax Amsterdam, awansowali właśnie do 1/8 finału młodzieżowej Ligi Mistrzów, gdzie polskiego klubu dotąd nie było. W najlepszej szesnastce Europy zmierzą się pod koniec lutego z Villarrealem. A to kolejny raz każe pytać, czy największy klub stolicy potrafi adekwatnie korzystać z miejscowej młodzieży.

REKLAMA







Zobacz wideo Kosecki mocno do Papszuna: Wiemy, iż jesteś szefem, ale idź i zobacz młodzież Legii



Obiecujące wyniki
Są różne spojrzenia na to, co uznawać za udane szkolenie. jeżeli patrzeć na wyniki, Legia ma świetny czas. Juniorzy starsi szaleją w Europie, a w Centralnej Lidze Juniorów też należą do ścisłej czołówki. Młodsi demolują swoją grupę Centralnej Ligi Juniorów. Seniorska drużyna rezerw, będąca przedłużeniem akademii, prowadzi w III lidze i jest na dobrej drodze, by wreszcie awansować. Pogoń Grodzisk Mazowiecki, klub filialny Legii, zasilany jej utalentowanymi młodzieżowcami, bije się o sensacyjny awans do Ekstraklasy.
Większość dobrze jednak wie, iż w szkoleniu nie chodzi o wyniki, ale o wychowywanie piłkarzy. Pod tym względem Legia też ma dowody, iż wie, jak pracować z młodzieżą. Po boiskach Ekstraklasy biega dziś dziewiętnastu graczy, którzy przewinęli się przez jej akademię. Największe perły grają jednak za granicą. Najbardziej cenieni byli młodzieżowcy Legii to Sebastian Szymański (Stade Rennes), Jan Ziółkowski (Roma), Radosław Majecki (Brest), Mateusz Kochalski (Karabach), Cezary Miszta (Rio Ave), czy Mateusz Wieteska (Kocaelispor). Niektórzy grali lub grają także w reprezentacji Polski. Na upartego można by stwierdzić, iż dwaj byli piłkarze Legii dotarli aż do Barcelony. Wprawdzie Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny nie byli zawodnikami 15-krotnego mistrza Polski długo, ale jednak. W różnych piłkarskich pokoleniach wychowankowie Legii coś więc w polskiej piłce znaczą.
Importowani wychowankowie
W dzisiejszym futbolu definicja wychowanka jest jednak nieostra. O ile niegdyś do wychowywania piłkarzy podchodzono zero-jedynkowo i przywiązywano się do pierwszego klubu piłkarza, o tyle dziś funkcjonuje w piłce system znany z edukacji. Większość ludzi jest absolwentami kilku szkół, od podstawowej, przez średnią, po ewentualnie wyższą, a niektórym rocznikom trzeba doliczyć jeszcze gimnazjum. Tak samo patrzy dziś na piłkarzy UEFA. Za wychowanków uznaje wszystkich, niezależnie od narodowości, którzy między 15. a 21. rokiem życia spędzili w danym klubie przynajmniej trzy sezony. W tym sensie Anglik Jude Bellingham, którego Borussia Dortmund kupiła jako światowej klasy talent w wieku 17 lat za 30 milionów euro i po trzech latach sprzedała do Realu Madryt dziesięć razy drożej, formalnie jest również jej wychowankiem. To obrazuje sedno problemu. Bo umiejętności Bellinghama nie świadczą o jakości szkolenia Dortmundu, ale Birmingham City. Borussia w jego przypadku udowodniła tylko, iż ma dobry skauting i umiejętność wypromowania piłkarza przez pierwszy zespół. To zupełnie różne kompetencje.
jeżeli spojrzeć na graczy, którzy przewinęli się przez system szkolenia warszawskiego klubu, gwałtownie okaże się, iż zdecydowana większość jest wychowankami Legii tylko we współczesnym, liberalnym rozumieniu. Szymański urodził się w Białej Podlaskiej i do stolicy przeniósł się jako 14-latek. Kochalski pochodzi ze Świdnika i graczem Legii został w wieku 15 lat. Majecki, pochodzący ze Starachowic, uczył się bronić w dwóch innych klubach, nim jako 15-latek podpisał kontrakt z Legią. Ziółkowski wprawdzie urodził się w Warszawie, ale grać uczył się w Wichrze Kobyłka, a później w Polonii. Legia skaperowała go, gdy miał już 17 lat, od razu do seniorskiej drużyny rezerw. Też nie jest więc produktem szeroko reklamowanej akademii i nowoczesnego ośrodka w Książenicach, zasłużenie będącego klubową dumą. W obecnej rewelacyjnej drużynie juniorów za miejscowych można uznać tylko czterech z czternastu chłopaków, którzy ograli Ajax.



Pierwsza drużyna bez warszawiaków
Legia wykorzystuje moc marki, siatkę skautingu młodzieżowego i siłę zasysania, jaką ma, będąc największym klubem największego miasta, by do kolejnych roczników pozyskiwać najciekawszych graczy z różnych części Polski, takich jak gdańszczanin Kacper Potulski, grający dziś w Bundeslidze. Tak robią dziś wszyscy, nie tylko w Polsce i trudno mieć o to pretensje. Zarzuca się jej jednak często, iż jak na klub ze sporej europejskiej aglomeracji i nakłady przeznaczane na szkolenie, wciąż zaskakująco kilka w niej w ostatnich latach przypadków takich jak Wojciecha Kowalczyka z Bródna, który na początku lat 90. przebojem wdarł się do drużyny. Nie brak głosów, iż jak na potencjał ludnościowy miasta, wysokiej klasy piłkarzy z Warszawy jest zwyczajnie zbyt mało.
Legia od niedawna ma miejscowego trenera, ale nie gra w niej aktualnie żaden piłkarz urodzony w stolicy (będący w kadrze Jan Leszczyński czeka na debiut). Z pozostałych tylko w przypadku urodzonego w Płocku Kacpra Tobiasza i Jakuba Żewłakowa, który przyszedł na świat w Atenach, można uznać, iż w Legii spędzili całe piłkarskie życie. choćby jeżeli traktować definicję wychowanka szeroko, w tym sezonie miejscowi gracze uzbierali w stołecznej ekipie tylko 9 proc. możliwych minut. Przy 35 proc. Lecha Poznań i 37 proc. Zagłębia Lubin, z którymi Legia ściga się od lat o miano najlepszej akademii w Polsce, to przepaść.


Silna reprezentacja Warszawy
Rzut oka na listę stu najwyżej aktualnie wycenianych polskich piłkarzy według Transfermarkt.de sugeruje jednak, iż problemem nie jest Warszawa i jej szkolenie, ale Legia i jej korzystanie z miejscowych. Z zawodników wychowanych w aglomeracji warszawskiej dałoby się stworzyć całkiem ciekawą jedenastkę, choćby z zachowaniem pozycji zawodników. W skład takiej reprezentacji Warszawy z przyległościami mogliby wejść: Wojciech Szczęsny (Barcelona) – Mateusz Wieteska (Kocaelispor), Jan Ziółkowski (Roma), Ariel Mosór (Raków Częstochowa) – Michael Ameyaw (Raków Częstochowa), Mateusz Kowalczyk (GKS Katowice), Adam Dźwigała (FC St. Pauli), Jan Faberski (PEC Zwolle) – Robert Lewandowski (Barcelona) i Szymon Włodarczyk (Excelsior Rotterdam). Łącznie w czołowej polskiej setce jest trzynastu graczy z aglomeracji warszawskiej.
Niewielu z tej jedenastki znaczyło jednak cokolwiek w pierwszej drużynie Legii. Debiut ma za sobą czterech, przy czym w przypadku Mosóra i Włodarczyka to ledwie epizody. Jedynie Wieteska i Ziółkowski odegrali w ekipie z rodzinnego miasta znaczącą rolę, a potem jeszcze przynieśli jej duże pieniądze. Dla grających w piłkę warszawiaków droga do kariery wiedzie zwykle poprzez odleglejsze ośrodki. Ameyaw i Kowalczyk przebijali się w Łodzi, Mosór i Włodarczyk na Górnym Śląsku, Faberski i Dźwigała w Białymstoku, podobnie jak dziś Sławomir Abramowicz. Lewandowski dał się poznać Polsce najpierw w Pruszkowie, a potem w Poznaniu.



Okrężna droga wychowanków
choćby przypadek Wieteski, teoretycznie historia sukcesu, nie przebiegał modelowo. On również musiał ruszyć w teren, by Legia zorientowała się, iż jest dobry. Trafił już choćby za darmo do Górnika Zabrze, ale gdy awansował z nim do europejskich pucharów, jego klub skorzystał z opcji odkupienia go. Podobnie było później z Patrykiem Sokołowskim, ściągniętym z Gliwic. Sytuacje, w których warszawiak szkolony w Legii stopniowo przebija się do jej pierwszego składu, należą do absolutnych rzadkości. Że da się inaczej, pokazuje Lech, który też zasysa zdolną młodzież z całej Polski (Jakub Kamiński pochodzi z Górnego Śląska, Antoni Kozubal z Podkarpacia), ale jednak regularnie promuje też graczy miejscowych, jak Robert Gumny, czy Wojciech Mońka.
W tego typu dyskusjach pojawia się czasem argument, iż talenty rzadko rodzą się w wielkich miastach, a przebijanie się z mniejszych ośrodków, wymagające zwykle wyrzeczeń, jest kuźnią potrzebnego w sporcie charakteru. Profil miejsc pochodzenia stu najbardziej wartościowych polskich piłkarzy częściowo to potwierdza. Większość wychowała się bowiem w ośrodkach mających między 50 a 200 tysięcy mieszkańców. Czyli raczej miastach powiatowych niż wojewódzkich. Odpowiednio dużych, by istniała tam względnie rozwinięta infrastruktura sportowa i kadra szkoleniowa, ale jednak takich, w których nie wszystko jest podane na tacy, jak w największych akademiach. choćby jednak biorąc to pod uwagę, Warszawa wcale nie wypada w skali Polski źle jako miejsce rozwoju piłkarskich talentów.


Stolica bez zarzutu
Stołeczną aglomerację, której wielkość szacuje się na około trzy miliony ludzi, zamieszkuje około 9 proc. ludności Polski. Większe skupisko mieści się jedynie na Górnym Śląsku, zamieszkiwanym przez około cztery miliony osób. I to właśnie w tych regionach wychowało się najwięcej spośród stu najlepszych polskich piłkarzy. Aglomeracja z południa kraju odpowiada za największą liczbę zawodników, ale stolica z przyległościami ustępuje jej tylko nieznacznie. Co jednoznacznie wskazuje, iż Warszawa swoją proporcjonalną rolę w wychowywaniu polskich talentów piłkarskich odgrywa co najmniej przyzwoicie. To inne z największych miast w Polsce mają tu powody do zastanowienia. Kraków i okolice dały polskiemu futbolowi ledwie czterech piłkarzy do obecnego top 100, Wrocław tylko dwóch, a Łódź żadnego. jeżeli chodzi o wielkomiejskie szkolenie, Warszawa nie może sobie mieć wiele do zarzucenia.
Widać to także w ramach porównania z zagranicznymi metropoliami. W mediach społecznościowych pojawiają się czasem zachwyty, jak wielu znakomitych piłkarzy uczyło się fachu na przedmieściach Paryża, czy Berlina. To jednak ośrodki znacznie innej skali, kilkakrotnie większe od polskiej stolicy, a więc pod względem zasobów talentu nieporównywalne. jeżeli jednak spojrzeć na rynek niemiecki, gdzie jest kilka aglomeracji zbliżonych ludnościowo do warszawskiej, żadna nie wypada od niej lepiej w skali własnego kraju. Frankfurt dał niemieckiemu futbolowi dziewięciu ze stu najlepszych tamtejszych piłkarzy, Hamburg ośmiu, Stuttgart siedmiu, a Monachium i Duesseldorf po sześciu. Trzynastu graczy z Warszawy w polskim top 100 wypada więc naprawdę przyzwoicie.



Wielcy potrafią
To, iż na co dzień nie widać tego w Legii, wynika głównie z polityki samego klubu, gdzie notorycznie przekonuje się, iż presja na wynik jest tak wyjątkowo wielka, iż nie można sobie pozwolić na promowanie młodych. Było to do jakiegoś stopnia uzasadnione, dopóki Legia faktycznie dostarczała wyniki. Połączenie lśniącej akademii za miliony z przedostatnim miejscem w Ekstraklasie robi się już niewygodne wizerunkowo. Poza tym, istnieją kluby większe od Legii, z jeszcze większą presją, które jednak zwykle potrafią mieć przynajmniej jednego-dwóch miejscowych w składzie. Nie chodzi choćby o Barcelonę, która jest przypadkiem ekstremalnym. Ale w Bayernie regularnie gra dwóch monachijczyków (Aleksandar Pavlović i Josip Stanisić), gole dla Realu strzela madrytczyk Goncalo Garcia, a w Manchesterze City występuje miejscowy Nico O’Reilly. Presją wyniku wszystkiego nie da się więc wytłumaczyć.
Oczywiście, iż dziś Legia ma inne zmartwienia niż drożność ścieżki między zespołami juniorskimi a seniorskim. Problem w tym, iż zawsze ma inne zmartwienia, przez co często marnuje kolejne roczniki, które w innych miejscach okazują się całkiem udane. Nowy trener Marek Papszun w Częstochowie nie słynął ze stawiania na młodzież, ale też akademia Rakowa nie sprawiała wrażenia choćby w połowie tak wydajnej jak akademia Legii. Niech więc wydarzenia z drugiej połowy niedawnego meczu w Gdyni będą zapowiedzią choć trochę szerszego uchylenia drzwi dla miejscowych młodych.
Goniąc wynik w ważnym meczu z Arką, bezpośrednim rywalem w walce o utrzymanie, nie mając już nic do stracenia, Papszun zdjął z boiska doświadczonych Wahana Biczachczjana, Pawła Wszołka i Bartosza Kapustkę, zastępując nastolatkami Jakubem Żewłakowem i Samuelem Kovacikiem oraz 21-letnim Wojciechem Urbańskim. Jej bohaterem został wprawdzie Antonio Colak, inny rezerwowy, który w doliczonym czasie strzelił dwa gole, ale mając ofensywę zbudowaną z graczy z drużyn juniorskiej i rezerwowej, doprowadziła do wyrównania. Czasem takie kryzysy, gdy drogie transfery okazują się niewypałami, a na naprawcze ruchy brakuje pieniędzy, są okazją, by spojrzeć na rozwiązania będące pod ręką. Może nie sprawi to, iż Dariusz Szpakowski na pytanie "gdzie jest ta Legia?" zacznie odpowiadać: "w Lidze Mistrzów", ale może przynajmniej: "poza strefą spadkową".
Idź do oryginalnego materiału