Dramat polskiej mistrzyni świata na oczach dwuletniej córki

2 godzin temu
Miała brąz mistrzostw świata w 2023 i 2025 roku. A w 2024 roku urodziła córkę. Teraz, na oczach dwuletniej Hani, Aleksandra Król-Walas walczyła w Livigno o wymarzony medal olimpijski. Polka pewnie dojechała do ćwierćfinału snowboardowego slalomu giganta równoległego, w nim prowadziła, ale minimalny błąd przekreślił jej marzenia.
To była pierwsza poważna nadzieja polskiej kadry na medal igrzysk olimpijskich Mediolan/Cortina 2026. Aleksandra Król-Walas jest świetną snowboardzistką i kapitalnie walczyła, ale – niestety – nie dojechała do podium.

REKLAMA







Zobacz wideo Piesiewicz ujawnia, jak Polska chce zorganizować igrzyska olimpijskie



- Poświęcam na sport czas, który mogłabym spędzić z dzieckiem i dzięki temu mam wielką motywację, żeby osiągać wielkie wyniki. Skoro już się zdecydowałam wrócić do sportu, to po coś – mówiła Król-Walas w rozmowie ze Sport.pl trochę ponad rok temu. Wtedy jej córka, Hania, miała roczek.
"Mamuśki rządzą! Mamuśki dają radę" – krzyczała uradowała snowboardzistka po tym, jak w ubiegłym sezonie wywalczyła brązowy medal mistrzostw świata. I cały czas powtarzała, iż wielkim celem i powodem jej powrotu jest medal jeszcze ważniejszy.
Oglądaliśmy powrót na medal. Ale mama Król-Walas do tego medalu nie dojechała
W 2023 roku Aleksandra Król dojechała do brązowego medalu mistrzostw świata. W 2024 roku urodziła córkę. W 2025 roku wróciła i w ciągu miesiąca zajęła cztery miejsca na podium Pucharu Świata. Czyli dokładnie tyle samo, ile wcześniej w latach 2013-2023.
- Ola, ty się nie boisz wprost powiedzieć, iż wróciłaś po olimpijski medal, prawda? – pytaliśmy Król-Walas po jej przerwie macierzyńskiej.



- Nie, zdecydowanie nie mam problemu, żeby wprost mówić, iż to jest mój cel. Uważam, iż trzeba mierzyć wysoko. Mnie do kolekcji brakuje tylko olimpijskiego medalu. Będę się starać najlepiej, jak potrafię – zapewniała.
- Priorytety mi się zmieniły. Stresuję się, czy moja córka jest zdrowa, gdy mnie z nią nie ma, zastanawiam się, co robi, jak się czuje, czy wszystko jest w porządku. Większość moich kolegów cały czas żyje snowboardem, a ja, gdy wracam do domu, choćby o snowboardzie nie wspomnę, zupełnie się nim wtedy nie zajmuję. Nie myślę o desce, o jakichś zmianach, które trzeba wprowadzić, tego tematu po prostu nie ma. Będąc w domu idę tylko na trening - na siłownię, a na jeździe skupiam się dopiero, kiedy jadę na zgrupowanie. Tak jest zdrowiej. A jeżdżenie, gdy już mam na nie szansę, daje mi jeszcze większą przyjemność niż przed ciążą. Przerwa pokazała mi, jak tęskniłam za rywalizacją. Nabrałam perspektywy i jeszcze raz się zakochałam w tym sporcie – tłumaczyła nasza snowboardzistka.
Miłość Oli do deski, do sportu, do rywalizacji, widać. Tę euforia Polki wręcz się czuje, gdy się ją ogląda w akcji. W sobotę w Livigno Król, jeszcze jadąc nieco zachowawczo, była piąta w eliminacjach. A gdy już pewnie weszła do finałowej rywalizacji dla 16 najlepszych zawodniczek, w 1/8 finału wyglądała na luźniejszą, swobodniejszą. W walce o ćwierćfinał nie dała większych szans Kanadyjce Aurelie Moisan. Pokonała ją o 0,36 s. Następnie w ćwierćfinale rywalizowała z Włoszką Lucią Dalmasso. Faworytka gospodarzy do medalu była w eliminacjach czwarta. Miała nad Polką przewagę, bo wybierała sobie tor. Ale Ola tak świetnie ruszyła na niebieską trasę równoległego giganta, iż była przed jadącą po czerwonej stronie Włoszką. Niestety, mniej więcej w połowie Polka zachwiała się, mijając jedną z bramek.Wyprostowało ją tam, przez to zgubiła rytm. I to zaważyło na wyniku jej rywalizacji z Włoszką. Na metę Dalmasso wpadła o 0,26 s przed Król-Walas.
Ola od razu pogratulowała rywalce awansu do strefy medalowej, ale też błyskawicznie mogliśmy dostrzec na jej twarzy smutek.



Slalom gigant równoległy na igrzyskach wygrała Czeszka Zuzana Maderova, przed Austriaczką Sabine Payer i Włoszką Lucie Dalmasso.
Dwuletnia córeczka prosiła: "Nie wyjeżdżaj"
Wielka szkoda, iż mając na trybunach wsparcie córki i męża Król-Walas nie dojechała do walki o medale. To byłby piękny moment dla tej rodziny, która przeszła długą i trudną drogę.
Hania przyszła na świat 30 grudnia 2024 roku, a Aleksandra już w kwietniu 2025 roku była na pierwszym zgrupowaniu snowboardowej kadry Polski. - Wróciłam bardzo szybko. I było bardzo ciężko. Wtedy jeszcze zabrałam córkę ze sobą, natomiast na następny długi wyjazd, w sierpniu, już pojechałam bez niej. Tłumaczyłam sobie, iż już nie jest taka malutka. Ale i tak rozłąka była bardzo trudna. Dla mnie. Na szczęście tylko dla mnie. Ulżyło mi, kiedy zobaczyłam, iż ona na to bardzo dobrze reaguje, iż nie płacze, nie szuka mamy. Tak świetnie się nią wszyscy opiekują, iż dobrze znosi moje wyjazdy. Śmieję się, iż ja to wszystko znoszę dużo gorzej, ale taka jest prawda. Ona popatrzy do telefonu, pomacha mi, powie "mama" i idzie się bawić, choćby nie pilnuje, czy dalej na nią patrzę. A mnie jest ciężko. Choć oczywiście to bardzo dobrze, iż właśnie tak jest, iż córka jakoś bardzo nie tęskni. Wiem, iż ona za mną w domu nie płacze, a nie wiem, co bym zrobiła, gdyby płakała. Wtedy chyba bym nie dała rady – mówiła nam Ola, gdy Hania miała rok.
Teraz, tuż przed igrzyskami, w rozmowie z Radosławem Leniarskim na Sport.pl Król-Walas mówiła szczerze, iż coraz trudniej jest jej łączyć bycie mamą z byciem wyczynową sportsmenką. - To coraz trudniejsze, wraz z jej dorastaniem. W zeszłym roku było łatwiej, ponieważ jeszcze kilka rozumiała. A teraz rozumie bardzo dużo. Jak zobaczyła w domu torbę spakowaną na wyjazd, otworzyła ją i zaczęła wyrzucać z niej rzeczy. Ciągnęła mnie za włosy mówiąc, iż muszę zostać. "Nie wyjeżdżaj" – powtarzała. W nocy nie mogła spać. Umościła się koło mnie, choć zwykle śpi sama. Musiała co chwilę sprawdzać, czy jestem. Czy nie zniknęłam, gdy zamknęła oczy. Wszyscy mnie uspokajają, iż jest później zadowolona, bo babcie doskonale się nią zajmują. No ale faktycznie rozstania są trudne. Świadomość, iż na igrzyskach będzie obok, jest ogromnie budująca. Córka ogląda zawody, rozpoznaje mnie po kasku, po stroju – opowiadała Ola.



Król-Walas ma 35 lat. Czas pokaże, czy będzie jechała dalej
Byłoby pięknie, gdyby teraz za to wszystko Aleksandra Król-Walas odebrała zapłatę. Ona naprawdę z całych sił pracowała na olimpijski medal. Jak już podkreśliliśmy – przed urodzeniem dziecka w ciągu 10 lat startów indywidualnie cztery razy wjechała na podium Pucharu Świata. A jako mama była choćby liderką, z widokami na Kryształową Kulę, do podium dojechała w sumie dziewięć razy.
W bieżącym sezonie Król-Walas była dwa razy druga: w grudniu, w gigancie we włoskiej Carezzy i w tej samej konkurencji zaledwie trzy tygodnie temu, w bułgarskim Bansku. A teraz z igrzysk wróci z miejscem w top 8, jak cztery lata temu, ale wciąż bez medalu. Bez sportowego spełnienia.
Król-Walas ma 35 lat. Przed nią może być jeszcze wiele dobrego. W tym sporcie do wielkich sukcesów dojeżdżają zawodnicy choćby o 10 lat starsi. Ale teraz w głowie Oli pewnie pojawią się pytania, czy chce dalej tak harować. Czy da radę.
Idź do oryginalnego materiału