Dlatego Raków odpadł z Ligi Konferencji. Brutalna prawda

2 godzin temu
Mimo iż Raków Częstochowa znów przegrał z Fiorentiną tylko 1:2, nie ma wątpliwości, iż w ćwierćfinale Ligi Konferencji zagra drużyna wyraźnie lepsza. Zespół Łukasza Tomczyka może narzekać na brak szczęścia, ale sprowadzanie rywalizacji tylko do tego zakłamałoby jej pełny obraz.
Po pierwszym meczu Raków mógł narzekać na brak szczęścia. W końcu decydującą o zwycięstwie 2:1 bramkę Fiorentina zdobyła w doliczonym czasie gry z rzutu karnego, który został podyktowany za zagranie ręką Michaela Ameyawa na linii pola karnego. O tym, iż drużyna Łukasza Tomczyka nie zremisowała we Florencji, zdecydowały sekundy i centymetry.

REKLAMA







Zobacz wideo Były piłkarz Legii o Papszunie: Moim zdaniem zrobi to jak w Rakowie



Pod tym względem rewanż w Sosnowcu był do meczu we Florencji podobny. Po czwartkowym spotkaniu piłkarze Rakowa mogą się zastanawiać, czy Oliwier Zych nie obroniłby strzału Chera Ndoura, gdyby piłka po drodze nie odbiła się jeszcze od jednego z piłkarzy. Albo iż tylko centymetrów brakowało, by Oliver Christensen naprawdę faulował Jonatana Brauta Brunesa w polu karnym w 84. minucie.
No i znów gola na 2:1 Fiorentina strzeliła w ostatniej chwili. Ale mimo iż Raków oba mecze z Fiorentiną przegrał tylko jednym golem, po dwumeczu nie ma wątpliwości, iż do ćwierćfinału Ligi Konferencji awansowała drużyna lepsza. I też bardziej doświadczona, wyrachowana, co najlepiej oddaje bramka Marina Pongracicia na 2:1.
Zrzucenie wszystkiego na brak szczęścia byłoby pobieżną i niesprawiedliwą dla Fiorentiny oceną. O ile po pierwszym meczu można było mieć poczucie, iż Raków zagrał zbyt zachowawczo, o tyle po rewanżu nie ma wątpliwości, iż drużyna Paolo Vanoliego miała po prostu więcej jakości. I pokazała też więcej doświadczenia, co w europejskich pucharach bywa nie mniej istotne niż boiskowe umiejętności.
Po pierwszym meczu można było kręcić nosem, iż Raków - zwłaszcza przed przerwą - zagrał zbyt zachowawczo. Można było też się pieklić, iż drużyna Tomczyka niespodziewane prowadzenie utrzymała raptem przez kilkadziesiąt sekund. Szczęście szczęściem, ale Rakowowi zabrakło też trochę odwagi, doświadczenia w europejskich pucharach i - wynikającego z niego - niezbędnego wyrachowania.



Zasłużony awans Fiorentiny
Mimo to przed rewanżem mogliśmy być optymistami. I to nie tylko wtedy, gdy wspominaliśmy niedawną szarżę Jagiellonii Białystok i jej ambitną walkę w rewanżu z Fiorentiną. Przecież dla drużyny Vanoliego wciąż najważniejsze jest utrzymanie w lidze, w której Fiorentina grała w poniedziałek późnym wieczorem. Przed rewanżem w Sosnowcu były racjonalne argumenty za tym, by wierzyć, iż Raków awansuje. Ale nic z tego.
Mimo iż w czwartek Raków znów prowadził 1:0 i był w grze do ostatnich sekund, trudno mieć poczucie, iż był blisko awansu. Można choćby powiedzieć, iż w pierwszej połowie drużyna Tomczyka znowu odbiła się od ściany. O ile w pierwszym meczu można to było zrzucić na karb podejścia do pierwszej części rywalizacji, o tyle w Sosnowcu górę wzięła jakość piłkarzy włoskiej drużyny.
Dość powiedzieć, iż do przerwy Raków nie oddał celnego strzału na bramkę Christensena. A kiedy już się to udało i gospodarze objęli prowadzenie po niespełna minucie drugiej połowy, znów nie potrafili zarządzać meczem przy korzystnym wyniku. Stracona bramka pobudziła Fiorentinę, która już do przerwy mogła zdobyć gole po okazjach, jakie mieli Moise Kean i Nicolo Fagioli.
Raków, dwukrotnie prowadząc 1:0, nie był w stanie zatrzymać Fiorentiny. Drużyna Tomczyka oddawała pole i nie potrafiła utrzymać się przy piłce. We Florencji skończyło się to natychmiastowym wyrównaniem, w Sosnowcu goście pracowali na nie przez 23 minuty. Gol wyrównujący zbliżał się wielkimi krokami, a Raków nie potrafił odepchnąć gry od własnej bramki.



W końcówce gospodarze niby rzucili wszystkie siły do przodu, ale na kilka się to zdało, bo strzał Struskiego z początku drugiej połowy pozostał jedynym celnym uderzeniem Rakowa w rewanżu. Mało jak na drużynę, która musiała odrobić straty, by awansować. Fiorentina? Ona, jak wytrawny gracz, znów przetrzymała trudniejszy moment, a w końcu pokazała jakość i wypunktowała Raków.
Trudno mieć pretensje do drużyny Tomczyka, iż odpadła po rywalizacji z drużyną z Serie A. W końcu z Fiorentiną nie dały też rady Lech Poznań i - mimo wszystko - Jagiellonia. Ale po rywalizacji Rakowa z Włochami trudno nie mieć poczucia, iż w pewnym momencie bliżej awansu byli i Poznaniacy, i Białostoczanie, którzy do rewanżów podchodzili w teoretycznie beznadziejnej sytuacji.
Rakowowi na pewno zabrakło trochę szczęścia. Ale przede wszystkim jakości, spokoju i doświadczenia. Klub, a przede wszystkim debiutujący w Europie trener Tomczyk, mają się jeszcze czego uczyć.
Idź do oryginalnego materiału