Nie będzie przesadą stwierdzenie, iż mamy do czynienia z jednym z najdziwniejszych sezonów Ekstraklasy. Zaledwie 11 punktów różnicy między liderem a ostatnią drużyną tabeli to rzecz jasna najbardziej jaskrawy dowód, ale równie istotne jest, kogo możemy znaleźć w czołówce, a kogo nie. Liderujący beniaminek Wisła Płock, wicelider Górnik Zabrze, a jeszcze szóste Zagłębie Lubin, a na drugim biegunie Legia Warszawa i Widzew Łódź w strefie spadkowej, a Pogoń Szczecin tuż nad nią.
REKLAMA
Zobacz wideo Czy trener Widzewa poukłada drużynę? Kałucki: Nie widzę tego, nie wiem co on wykombinuje
Jesień była dla wielu klubów wykładem o tym, iż nie ma słowa "ja" w słowie "drużyna". Możesz mieć średniej jakości komponenty, ale jeżeli wiesz, jak je poskładać, twój silnik będzie pracował dobrze (np. Wisła Płock, Górnik Zabrze). Możesz też mieć części wysokiej klasy, jeżeli jednak nie ułożysz ich w odpowiedni sposób, efekt będzie mizerny. Przekonały się o tym właśnie Legia, Widzew, Pogoń. Lech Poznań w sumie też, bo trudno w kontekście mistrza Polski uznać zdobycie jesienią 26 pkt w 17 meczach za dobry wynik. choćby jeżeli oznaczało to wciąż małą stratę do ścisłej czołówki.
Dlatego właśnie runda wiosenna miała być dla wielu drużyn czasem rehabilitacji. Pokazania, iż co było, to było, a teraz czas na wyciągnięcie wniosków oraz poprawę. Kluby zabrały się do tego na różne sposoby. Widzew poszedł na zakupy i rzucał plikami banknotów na lewo i prawo, Lech postawił na stabilizację, a Legia i Pogoń najbardziej wierzyły w swoich trenerów. Efekt? Wszystkie te drużyny w pierwszej kolejce 2026 roku zdobyły łącznie... 0 punktów. W dodatku rażąc tymi samymi, paskudnymi błędami, które kosztowały je tak wiele jesienią. Ale po kolei.
Oskarżony nr 1: Widzew Łódź
Letnia ofensywa transferowa Widzewa Łódź nie przyniosła pożądanych skutków. Jednak mający niezwykle majętnego właściciela Łodzianie (Robert Dobrzycki, współwłaściciel firmy Panattoni, jeden z najbogatszych Polaków) wyszli z założenia, iż "skoro latem worek pieniędzy na transfery nie wystarczył, to teraz rzucimy całym sejfem". Wydali ponad 13 milionów euro! Czegoś takiego nie robiła choćby Wisła Kraków za złotych czasów Bogusława Cupiała. Wzmocnili każdą formację, pobili ekstraklasowy rekord kwoty zapłaconej za zawodnika (5,5 mln euro za Ghańczyka Osmana Bukariego, który przyszedł z amerykańskiego Austin FC), rekord kwoty zapłaconej za polskiego zawodnika (4 mln euro za Przemysława Wiśniewskiego ze Spezii Calcio), dorzucili jeszcze kilka innych mocnych nazwisk, jak choćby bramkarz Bartłomiej Drągowski, pozyskany z Panathinaikosu.
Jakie jesienią były główne problemy Widzewa? Brak konkretnego stylu gry, niedostateczna chemia między poszczególnymi formacjami, zawodzące, sprowadzone do zespołu gwiazdy i przede wszystkim problemy w bramce oraz defensywie. Domowe starcie z Jagiellonią Białystok miało być pierwszym dowodem, iż lokomotywa o nazwie "Widzew" wjechała wreszcie na adekwatne tory. Wielkie wyczekiwanie, niemałe oczekiwania i... porażka 1:3.
Zarzuty: wciąż dziurawa obrona, bramkarz nie wspiera, "ja" zamiast "my" na boisku, deja vu
Przeglądając zaawansowane statystyki można by odnieść wrażenie, iż aż tak źle nie było. Expected goals na poziomie 1,54, 17 strzałów, dłuższe posiadanie piłki. Jednak właśnie dlatego statystyki w futbolu rzadko są wyznacznikiem, a częściej ciekawostką. Łodzianie do złudzenia przypominali samych siebie z jesieni: mało zespołowości, bazowanie na nielicznych przebłyskach oraz chaos w defensywie. Jagiellonia nie atakowała za często, ale gdy już to robiła, była niezwykle skuteczna. A Widzew jej w tym pomagał. Przy golu nr 1 asystę piętką do Bartosza Mazurka zaliczył jeden z obrońców Łodzian, a też ten strzał powinien obronić Bartłomiej Drągowski. Gol nr 2 padł po głupio sprokurowanym karnym, a przy trafieniu nr 3 trzech zawodników Jagiellonii ograło w polu karnym siedmiu piłkarzy Widzewa.
Owszem, w tym meczu jeszcze nie grał nowy środkowy obrońca Łodzian Przemysław Wiśniewski, ale czy z nim gra wyglądałaby na tyle lepiej, by ograć Jagiellonię? Nie wydaje mi się. Robert Dobrzycki nie jest czarodziejem, a pieniądze to nie magiczna różdżka. Zdarza się, iż rewolucja przynosi efekty od razu, ale to nie ten przypadek. Jednak najbardziej martwić może, iż fani Widzewa nie zobaczyli w tym spotkaniu absolutnie niczego nowego w grze drużyny. A jedynego gola strzelił dla Widzewa Sebastian Bergier, który latem jako jeden z niewielu przybył do klubu za darmo.
Oskarżony nr 2: Lech Poznań
Po Widzewie w bój ruszył Lech. Z omawianej czwórki był po jesieni najwyżej w tabeli, bo na ósmym miejscu. Jednak trudno się spodziewać, iż mistrza Polski zadowalała średnia punktowa 1,52 na mecz.
Główne problemy Lecha jesienią? Przede wszystkim nieumiejętność "przepychania" spotkań (tylko sześć zwycięstw i aż osiem remisów), głównie powodowana kłopotami w defensywie. Poznaniacy jak mało kto lubili bawić się w Świętego Mikołaja, czy - trzymając się tradycji ich regionu - Gwiazdora, prezentując przeciwnikom gole.
Lech, w przeciwieństwie do Widzewa, nie wydał bajońskich sum na rynku transferowym. Przeciwnie, postawił na stabilizację oraz nadzieję, iż trener Niels Frederiksen usprawni funkcjonowanie drużyny.
Zarzuty: nieodrobione lekcje, nadmierna hojność dla rywali, Mońka na ławce, deja vu
Poważny test przyszedł szybko, bo o ile Lechia Gdańsk - pierwszy rywal Lecha w rundzie wiosennej - sama w obronie bywa bardzo rozchwiana, to atak ma najlepszy w lidze. Co o Gdańszczanach musieli dowiedzieć się w Poznaniu, jeżeli analizowali ich grę? Że to zespół kochający grę z kontry i dużo wolnej przestrzeni. Lech musiał więc z miejsca wyeliminować swe główne grzechy z jesieni, by ofensywna maszyna trenera Johna Carvera ich nie rozszarpała. Efekt? "Kolejorz" w meczu na własnym stadionie zrobił absolutnie wszystko, czego mu nie było wolno.
Skrzydłowi Lechii, a zwłaszcza Camilo Mena na prawej stronie, mieli mnóstwo miejsca. Przed własnym polem karnym piłkarzom Lecha brakowało doskoku, co poskutkowało golem na 0:1, autorstwa Tomasza Neugebeuera. Na kontry, tak zabójcze w wykonaniu Gdańszczan, Lechici byli bardzo narażeni. A do tego fatalne błędy, jak kiks i kuriozalny samobój Antonio Milicia, albo strata Mateusza Skrzypczaka na własnej połowie, od której zaczęła się akcja z golem ustalającym wynik spotkania na 1:3.
jeżeli ktoś był zdziwiony takimi obrazkami, ewidentnie nie był wcześniej kibicem Lecha oraz nie oglądał jego meczów jesienią. Poznaniacy mają wielki potencjał w ofensywie (nawet jeżeli przeciwko Lechii nie było tego aż tak widać), zadaniem na zimę było znalezienie recepty na tłumiącą ten potencjał defensywę. Na razie nie zostało zrealizowane. Wiele osób miało też pretensje do Nielsa Frederiksena za posadzenie na ławce młodego stopera Wojciecha Mońki, który w końcówce jesieni był najlepszym obrońcą Lecha.
Oskarżony nr 3: Pogoń Szczecin
Właściciel klubu Alex Haditaghi snuł przed sezonem mocarstwowe plany, choć z wydatkami na transfery znacznie mniejszymi niż Widzewa, bo Pogoń musi jeszcze spłacać ok. 70-milionowe długi poprzednich władz. Jesienią jednak w Szczecinie mało się zgadzało. Ofensywa jeszcze radziła sobie całkiem sprawnie, choć brakowało wykończenia akcji, zwłaszcza po odejściu Efthymisa Koulourisa do saudyjskiego klubu Al Ula. Natomiast w obronie był dramat: wielkie błędy i generalny brak organizacji. Pogoń w nowy rok weszła z trzecią największą liczbą straconych goli w lidze, a żaden bramkarz nie zanotował tylu udanych interwencji jesienią, co Valentin Cojocaru.
Trener Thomas Thomasberg jest w klubie od października. Nie potrafił uleczyć kłopotów drużyny w trakcie rundy. Mocno jednak liczono, iż po obozie przygotowawczym i odpowiednich wzmocnieniach Duńczyk odmieni grę Szczecinian.
Ze wzmocnieniami wyszło średnio, bo Pogoń co prawda sprowadziła z Chicago Fire 58-krotnego reprezentanta USA Kellyna Acostę (defensywny pomocnik) oraz stopera, który w CV ma m.in. ponad 100 meczów dla Fenerbahce Stambuł i 49 występów w reprezentacji Węgier - Atillę Szalaia (z tureckiej Kasimpasy).
Zarzuty: słabiutki atak pozycyjny, chaos w obronie i między strefami, nieumiejętność "wyrywania" punktów, deja vu
Szalai od pierwszej minuty zagrał już w pierwszej wiosennej kolejce - z Motorem w Lublinie, choć w Szczecinie zameldował się ledwie kilka dni wcześniej. Pogoń zmieniła zimą ustawienie - przeszła na trzech stoperów i wahadła. Efekt? Pierwszego gola straciła w trzeciej minucie, gdy jej wahadłowy Musa Juwara pozwolił na dośrodkowanie, a stoper Pogoni Dimitrios Keramitsis nie trafił w piłkę, z czego skorzystał Karol Czubak. Z kolei 24 minuty później Szczecinianie dali się "złapać na kontrę". Banalne błędy stoperów, ogromne przestrzenie między formacjami, zwłaszcza pomocą a obroną, brak spójnego planu na grę, słabe zaangażowanie niektórych zawodników - kibice Pogoni jesienią widzieli to wiele razy, a w Lublinie dostali "kopiuj/wklej".
Pogoń przegrała 1:2, do tego powtórzył się jeszcze jeden problem: nieumiejętność gry w ataku pozycyjnym. Szczecinianie jesienią przegrali siedem z 10 spotkań, w których mieli ponad 50 proc. posiadania piłki. Teraz znów ponieśli kolejną taką porażkę. Ponownie zmarnowali też kapitalną sytuację, jaką był tym razem rzut karny (zawiódł Kamil Grosicki). Jedno wielkie deja vu. Martwiące tym bardziej, iż przed nimi dwa arcyważne domowe mecze "za sześć punktów": z Bruk-Betem Termaliką i Arką Gdynia.
Oskarżony nr 4: Legia Warszawa
W stolicy mocno wierzono, iż nowy trener - Marek Papszun - z miejsca odmieni grę. Choć szkoleniowiec zaznaczał, iż na transfery nie bardzo są pieniądze, więc trzeba "wziąć dostępny materiał i szyć na nowo".
W trzech pozostałych omawianych tu przypadkach problemem nr 1 była i jest defensywa. Legii jesienią bronić zdarzało się nieźle, za to im bliżej bramki przeciwnika tym było gorzej. Z epicentrum katastrofy na środku ataku, w postaci grającego dramatycznie Milety Rajovicia.
Na Wojskowych jesienią zwykle nie dało się patrzeć. Wyglądali, jakby sami nie mieli na to ochoty. O żadnej płynności w grze nie było mowy.
Zarzuty: nieporadność w ataku, boiskowa apatia, napastnik przez cały czas bez formy, deja vu
W pierwszym meczu nowego roku naprzeciwko Legii stanęło jej przeciwieństwo. Kielczanie jesienią bazowali przede wszystkim na dobrej organizacji gry, zespołowości i walce do upadłego, zimą zaś sprowadzili interesującego pomocnika ze Szwecji (BK Haecken) Simona Gustafssona oraz powracającego do Polski po latach napastnika Mariusza Stępińskiego (przyszedł z cypryjskiej Omonii Nikozja).
Jakby na dobicie Legii, tenże Stępiński zanotował na inaugurację rundy w Warszawie lepszy występ niż którykolwiek z "popisów" Rajovicia od początku sezonu. Pomogli mu warszawscy obrońcy, dwukrotnie tracąc go "z radarów" w polu karnym. Jednak przede wszystkim Legia znów była apatyczna, nijaka, bez życia. choćby Kacper Urbański, któremu po niezłych sparingach wieszczono renesans formy, niczego interesującego nie pokazał. Rajović z kolei udowodnił, iż jak nie idzie, to nie idzie i zmarnował zarówno rzut karny, jak i dobitkę po nim.
Tak jak w powyższych przypadkach: kopiuj/wklej/przegraj. Legia poległa 1:2, przez co wciąż jest w strefie spadkowej.
Wyrok: poważne ostrzeżenie z możliwością rozwinięcia w wielkie kłopoty
Oceniając po tej kolejce, w Warszawie, Szczecinie, Łodzi i Poznaniu nie wyciągnięto żadnych wniosków. Będzie zatem dokładnie tak samo, jak jesienią? Na takie oceny jeszcze za wcześnie - pierwsze mecze nowej rundy rządzą się często swoimi prawami. Jagiellonia Białystok w 1. kolejce sezonu przegrała 0:4 z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza, a dziś jest w tabeli tuż za prowadzącymi Wisłą Płock i Górnikiem - tylko z punktem straty, ale też meczem zaległym. Niemniej sztaby szkoleniowe Legii, Pogoni, Widzewa i Lecha muszą pierwszą kolejkę nowej rundy potraktować jednak jako poważne ostrzeżenie.
Marek Papszun już wie, iż posprzątanie bałaganu w Legii zajmie mu więcej czasu. Przy czym nie ma go też dużo, bo przy takiej dyspozycji piłkarzy walka o utrzymanie może z kolejki na kolejką robić się coraz bardziej rozpaczliwa. Thomas Thomasberg w Pogoni i Igor Jovicević w Widzewie mają świadomość, iż to, nad czym pracowali zimą, w pierwszym meczu nie zadziałało, a czas ucieka. W Lechu zaś trzeba lepiej odrobić lekcje i zmienić podejście, bo to stare już nie działa. Następne kolejki pokażą, czy to, co widzieliśmy w miniony weekend, było jeszcze pojesienną rdzą, czy może nienaprawionymi awariami.

2 godzin temu















