Daytona 500 to najważniejszy wyścig sezonu amerykańskiej serii NASCAR. Choć tegoroczne zmiany przepisów sprawiły, iż zwycięstwo nie gwarantuje już automatycznego awansu do fazy play-off, prestiż triumfu na Daytonie pozostaje niepodważalny. To właśnie on – w połączeniu z konstrukcją punktacji – doprowadził do totalnego chaosu na ostatnim okrążeniu tegorocznej edycji, w którym niemal nikt nie był w stanie bezpiecznie dojechać do mety.

Regulamin zachęca w tej chwili do agresywnej jazdy w końcówkach wyścigów. Punkty zostały już wcześniej rozdane dwukrotnie w trakcie rywalizacji, a samo przekroczenie linii mety nie jest warunkiem bycia sklasyfikowanym. W praktyce oznacza to, iż kierowcy mogą pozwolić sobie na wszystko – choćby kosztem rozbicia samochodu – jeżeli tylko widzą szansę na zwycięstwo. Finał Daytona 500 był podręcznikowym przykładem takiej logiki.
Na ostatnie okrążenie jako lider wjechał Carson Hocevar. Już w pierwszym zakręcie jego samochód obrócił się po lekkim uderzeniu w tylny zderzak przez jadącego na trzeciej pozycji Erika Jonesa. W efekcie Hocevar zabrał ze sobą drugiego w kolejności Michaela McDowella, a tor natychmiast został zablokowany przez rozbite auta. Chaos otworzył drogę do prowadzenia dla Chase’a Elliotta, ale to wcale nie był koniec dramatów.
Po wyjściu z czwartego zakrętu doszło do kolejnego karambolu. Brad Keselowski uderzył w tył samochodu Rileya Herbsta, wywołując następny wypadek, który dopełnił obrazu totalnej demolki. W całym zamieszaniu jedynym kierowcą, który zdołał wyrwać się z pułapki i pojechać czysto do mety, był Tyler Reddick. To on przejechał linię mety jako pierwszy i zgarnął zwycięstwo w jednym z najbardziej chaotycznych finiszów w historii wyścigu.
Problemy nie były jednak zarezerwowane wyłącznie dla końcówki. Już drugi segment przyniósł dwie potężne kraksy. Na 85. okrążeniu kontakt między Connorem Zilischem a Coreyem LaJoiem zapoczątkował wypadek, w który wplątanych zostało dziewięć samochodów. Około 40 okrążeń później doszło do klasycznego „The Big One”, gdy aż 20 aut znalazło się w jednym wielkim karambolu po tym, jak Denny Hamlin najechał na tył prowadzącego wówczas Justina Allgaiera.
Daytona 500 w okresie 2026 zapisała się więc w historii nie tylko jako wyścig prestiżowy, ale też jako pokaz brutalnych realiów nowego formatu rywalizacji. Agresja, kalkulacja punktowa i brak konieczności dojazdu do mety sprawiły, iż ostatnie okrążenie zamieniło się w pole bitwy. Dla kibiców był to spektakl pełen emocji, dla kierowców – loteria, w której zwycięzcą mógł zostać tylko ten, kto we właściwym momencie znalazł się po adekwatnej stronie chaosu.
Jeśli chcesz być na bieżąco z informacjami ze świata motorsportu, obserwuj serwis RALLY and RACE w Wiadomościach Google.















