Cadillac rusza na podbój F1. „Zaczynaliśmy z niczym”

8 godzin temu

Dołączenie nowego zespołu do świata Formuły 1? Zawsze budzi emocje. A w tym roku jeszcze większe. Dołączają bowiem dwa, jednak Audi robi to po staremu – przejmując inną ekipę, czyli Saubera. Na ścieżkę mniej popularną zdecydował się Cadillac, który swój zespół F1 budował tak naprawdę od zera. A przez jego dołączenie poszerza się formułowa stawka. Od dziś – czyli pierwszych treningów Grand Prix Australii 2026 – to 11 zespołów i 22 kierowców. Jak Cadillac dołączył do F1 i czego się po nim spodziewać?

Cadillac i Formuła 1, czyli Amerykanie chcą podbić królową motorsportu

To pierwszy zupełnie nowy zespół od dołączenia Haasa, który w F1 pojawił się w 2016 roku… i też jest ekipą amerykańską. Choć do tej „amerykańskości” jeszcze wrócimy. W każdym razie – pojawienie się Cadillaca budzi większe emocje. Bo stoi za tym gigant, General Motors, z wielką bazą fanów i doświadczeniem z największych wyścigów świata.

Nigdy jednak nie weszli do F1, choć kierowcy w samochodach Cadillaca wystąpili w jednym Grand Prix jeszcze w latach 50. Ale to przez to, iż odbywało się ono w Indianapolis. A teraz sytuacja jest zupełnie inna – to już nie wejście „z doskoku”. To pełnoskalowa operacja, mająca doprowadzić Cadillaca do mistrzostwa świata.

Ale z tym to spokojnie. Do tego jeszcze dojdziemy – i my, i oni.

Spis treści

  1. Cadillac i Formuła 1, czyli Amerykanie chcą podbić królową motorsportu
  2. Droga do F1, czyli pozbyć się właściciela
  3. Budowa… od zera. Wszystkiego
  4. Za kółkiem starzy znajomi
  5. Plan na wiele lat
  6. Ameryka podbije F1?
  7. Czytaj więcej o motorsporcie na Weszło:

Droga do F1, czyli pozbyć się właściciela

Zaczęło się od tego, iż swój zespół w stawce F1 chciał umieścić Michael Andretti, syn legendarnego mistrza F1 (sam Michael dostał się do Formuły , ale spędził w niej niecały sezon), Marco. Ekipa, nazwana po prostu Andretti, starała się o możliwość dołączenia do padoku przez kilka lat. Miała mocne argumenty – samochody z tej stajni rywalizowały już w IndyCar czy Formule E. Generalnie można się było spodziewać, iż szefowie F1 dadzą się przekonać.

Ale się nie dali. W dużej mierze dlatego, że… nie lubili Michaela Andrettiego.

Michael Andretti. Fot. Newspix

Bo faktycznie, nie jest to urodzony dyplomata, raczej mówi i robi to, co uważa za najlepsze dla siebie, niekoniecznie to, co przysporzy mu przyjaciół. Choć więc Andretti zrobił wiele, by jego team się w F1 pojawił – miał już choćby zawarte umowy z Renault na silniki francuskiego producenta i, no właśnie, z Cadillakiem, który miał być jednym ze sponsorów – to ostatecznie jego zgłoszenie odrzucono. I to mimo tego, iż zatwierdziła je FIA.

Decydujący głos miały jednak władze F1. I one Andrettiego nie chciały.

W Stanach jednak wiele ważnych osób zdążyło już oswoić się z myślą o tym, iż będą miały team w F1. Spółka partnerska Andrettiego – TWG – postanowiła więc powalczyć o zgłoszenie. W najprostszy sposób, mianowicie odsuwając od zespołu Michaela. Został w nim za to – jako ambasador marki – jego ojciec. Jeszcze bardziej, niż wcześniej, zaangażował się też Cadillac, czyli tak naprawdę całe General Motors.

Tym razem udało się przejść pozytywnie wszystkie procesy. Zarówno ten sprzedaży zespołu, jak i wszelkie procedury FIA i F1. Oficjalnie potwierdzono więc w końcu, iż Cadillac dołączy do Formuły 1 od sezonu 2026. Nowy zespół miał w dodatku poszerzyć stawkę królowej motorsportu do 11 ekip, a ostatni raz tyle było ich na starcie w 2016 roku, po dołączeniu Haasa (w 2017 stawka zmniejszyła się już do 10 zespołów, bo z udziału w mistrzostwach zrezygnował Manor Racing).

Nie jest to więc sytuacja nowa… ale dla wielu „świeżych” fanów F1 taką właśnie będzie.

Cadillac zadanie budowania teamu powierzył doświadczonym ludziom. Szefem zespołu został Graeme Lowdon, w przeszłości między innymi wysoko postawiona postać we wspomnianym Manorze. Oficerem technicznym mianowano Nicka Chestera, byłego dyrektora w Renault, a potem w Formule E, w ekipie Mercedesa (z którym zdobył tam mistrzostwo). istotną postacią stał się też Dan Towriss, który wcześniej był jednym z dyrektorów w TWG, a więc przychodził spoza świata F1.

Wyzwaniem był jednak podekscytowany. Jak wszyscy w Cadillacu.

Budowa… od zera. Wszystkiego

Zaczynamy z wielkimi marzeniami. Napotkaliśmy sporo przeszkód, początkowo była też kakofonia głosów, które powtarzały nam „nie” i „nigdy”. […] Nie kupiliśmy istniejącego zespołu. Nie zaimportowaliśmy mnóstwa rzeczy. Zaczęliśmy z niczym. To naprawdę ogromne wyzwanie. Dlatego wiele osób mówiło, iż będzie nam bardzo trudno – mówił BBC wspomniany Towriss.

A Lowdon dodawał, iż to misja tym bardziej ekscytująca, iż mogą pobić ekipy, które w F1 są od co najmniej 10 lat. A może i dłużej. Oni, w Cadillacu, nie mają w tym roku nic do stracenia, mogą tylko zyskać. Inne zespoły z kolei muszą się bać opcjonalnej porażki w walce z nimi. Już wiemy, iż stanie się ona udziałem Astona Martina, który na starcie sezonu przygotował fatalny bolid. Taki, iż ten… adekwatnie nie nadaje się do jazdy.

A Cadillac, choć od zera, zbudował – tak się wydaje – całkiem niezły zespół. A jak ta budowa wyglądała?

CZYTAJ TEŻ: ASTON MARTIN MA PROBLEM. BOLID ZAGRAŻA ŻYCIU KIEROWCÓW

Przygotowywali się do niej od kilku lat, zacząć musieli – co oczywiste – jeszcze przed oficjalnym ogłoszeniem swojego wejścia do F1. Inaczej zabrakłoby im czasu. Co nie zmienia faktu, iż gdy inne ekipy konstruowały bolidy z myślą o zmianach technicznych, Cadillac musiał budować… na przykład w dużej mierze niektóre ze swoich siedzib. – Będziemy rywalizować z najlepszymi zespołami na świecie. Ich celem jest na ten moment ścigać się, projektować i zbudować samochód F1. My budujemy fabryki – mówił kilka lat temu Graeme Lowdon.

Te ma mieć ostatecznie trzy lub cztery. Na pewno istnieją już te w Fishers, na obrzeżach Indianapolis, Charlotte w Karolinie Północnej (w pobliżu siedziby General Motors) i tuż obok toru Silverstone w Wielkiej Brytanii.

Ta pierwsza to „kwatera główna”. Druga ma budować silnik. A w trzeciej toczą się prace na ten moment najważniejsze – nad bolidem. A skoro o nich, to wypada dodać, iż Cadillac miał jeden atut – dołączając w tym roku trafił na sezon przemian. Bo w F1 nastąpiła rewolucja techniczna, która sprawia, iż stawka może (choć nie musi) się wyrównać i amerykańskiemu zespołowi być może łatwiej będzie o punkty. Bo to ich cel – każdy punkcik będzie powodem do radości.

Co jednak w F1 się zmienia? Choćby to, iż odchodzi się od systemu DRS, a od 2026 roku samochody otrzymają aktywną aerodynamikę w obu skrzydłach. Zamiast DRS-u z kolei pojawi się tak zwany tryb wyprzedzania, pozwalający atakować kierowców przed danym zawodnikiem. Zmienią się też jednostki napędowe, bo niemalże podwojona zostanie w nich moc elektryczna (silniki w F1 są napędzane zrównoważonym paliwem), a to w efekcie zmusiło zespoły do poszukiwania rozwiązań w zakresie pracy turbiny.

Inaczej wyglądać ma również sama konstrukcja bolidów. Skrócono rozstaw osi, zmniejszono też szerokość, spadła również masa minimalna. Bolidy – taki jest plan – mają być po prostu zwinniejsze… ale może też wystąpić problem z dociskiem, bo ten będzie mniejszy. W gruncie rzeczy więc dużo więcej ma zależeć od kierowców. Ale wiecie, oni muszą mieć dobrą maszynę, by o cokolwiek walczyć.

W Cadillacu to pierwszy bolid, jaki zbudowali. Zwie się MAC-26, skrót od Mario Andretti Cadillac 26, bo nazwano go na cześć byłego mistrza. – Nazwanie naszego pierwszego podwozia MAC-26 odzwierciedla ducha, który Mario wniósł do Formuły 1 i przekonanie, iż amerykański zespół należy do tej sceny. Jego historia uosabia amerykański sen i inspiruje sposób, w jaki każdego dnia podchodzimy do budowania tego zespołu – mówił Dan Towriss.

W każdym razie: wydaje się, iż wyszło im to całkiem nieźle. Na przedsezonowych testach nie zamykali stawki, bo sprawę zawalił Aston Martin (a i treningi zdają się potwierdzać, iż to ta ekipa będzie dojeżdżać w ogonach). Czym zresztą w Cadillacu byli… zdziwieni. Bo powtarzali, iż jeżeli nie będą ostatni, to znaczy, iż ktoś z innych zespołów pokpił sprawę. I co? I mieli rację, czyli coś tam o F1 faktycznie wiedzą.

Cały ten proces budowania i zespołu, i bolidu został zresztą pięknie ujęty przez youtube’ową ekipę What Makes Fast, która filmowała go w porozumieniu z General Motors i Cadillakiem. jeżeli lubicie F1 zza kulis, warto zajrzeć na oficjalne konto GM. Albo kliknąć w filmik poniżej, bo to dobra robota. I wiele wam o Cadillacu powie.

Sporo jest tam też o technikaliach, których wątku… nie będziemy w tym artykule przesadnie rozwijać. Z prostego powodu – ten tekst mógłby się wtedy rozrosnąć o wiele, ale to wiele znaków ponad zakładany limit.

Co musicie wiedzieć: Cadillacowi się udało. Wyrobili się na testy, wyrobili na start sezonu. Co prawda niektórzy związani z F1 ludzie – powołując się na swoje źródła – twierdzili, iż w zespole wszyscy są już „wyczerpani”. Ale choćby jeżeli tak, to ostatecznie dowieźli produkt, który mieli dowieźć na start sezonu.

Zobaczymy, jak skorzystają z niego kierowcy. A tych też mają całkiem dobrych.

Za kółkiem starzy znajomi

Wiele mówiło się o tym, iż Cadillac skusi się na usługi młodych kierowców. Niektórzy twierdzili z kolei, iż będzie chciał skonstruować parę zawodników na zasadzie doświadczony i znany kierowca oraz przyciągający uwagę utalentowany młokos. Ostatecznie jednak poszli w USA w inną stronę. Postawili bowiem wyłącznie na doświadczenie i można tę decyzję zrozumieć – są w końcu zupełnie nowym zespołem, nie wiadomo, jak będzie prezentować się ich bolid na torze.

Potrzebują doświadczenia. Potrzebują zmaksymalizować swoje szanse. Potrzebują też – to istotne! – feedbacku, jaki dać mogą głównie kierowcy, którzy już swoje w F1 wyjeździli.

Dlatego na starcie Grand Prix Australii w barwach Cadillac Formula 1 Team staną 36-letni Valtteri Bottas i młodszy roczników, ale też już po 36. urodzinach, Sergio Perez. Twarze doskonale znane fanom F1, goście, którzy w barwach swoich ekip (odpowiednio Mercedesa i Red Bulla) zdobywali tytuły mistrzowskie konstruktorów i pomagali kolegom – Lewisowi Hamiltonowi oraz Maxowi Verstappenowi – walczyć też o te wśród kierowców.

Valtteri Bottas, Sergio Perez i MAC-26. Fot. Newspix

Właściwie jedyne, co ich różni, to fakt, iż choć obaj nie mieli w zeszłym sezonie fotela w F1, to Valtteri był cały czas w stawce, jako kierowca testowy Mercedesa. Sergio miał rok przerwy i mógł nieco „zardzewieć”. Ale wielkich obaw wobec ich postawy raczej nie ma. Zresztą obaj przejechali już swoje czy to w symulatorze, czy na torze, a fakt, iż Perez nie był związany żadnymi kontraktami pomógł mu wejść do tego symulatora naprawdę gwałtownie i po części brać udział w konstruowaniu bolidu.

Chcę cieszyć się tą podróżą razem z tym zespołem i jestem bardzo pewien tego, iż będziemy w stanie rozwijać się naprawdę gwałtownie – mówił Perez w podcaście F1: Back at Base. Podobnie opowiadał o tym wszystkim Bottas, w tym samym miejscu: – Dla mnie to jak comeback. […] Chcę dać z siebie wszystko, ale przede wszystkim dla teamu. jeżeli będę w stanie finiszować z poczuciem, iż nie było niczego, co mógłbym zrobić lepiej, to będzie dobrze. To dobry cel.

Obaj przyznawali, iż w padoku widzieli adekwatnie wszystko. Walczyli o wygrane, ich koledzy zdobywali mistrzostwa, oni cieszyli się z nimi i zespołami. A jednak Cadillac dał im szansę udziału w czymś nowym – budowie zespołu od zera. Obaj pojadą w pierwszym, debiutanckim dla tej ekipy Grand Prix. Piszą historię. choćby będąc doświadczonym kierowcą, mając na karku 36 lat, można się takim wyczynem ekscytować.

To pierwszy raz w mojej karierze, gdy jestem w zespole, który zaczyna od niczego. Być częścią spotkań o tym, gdzie chcesz ten konkretny przycisk na kierownicy, co ma być umieszczone gdzie… Jest mnóstwo do zrobienia i bardzo, ale to bardzo cieszyłem się tą szansą na wywarcie wpływu w tych początkowych krokach. To będzie coś niesamowitego. Epickiego – mówił Bottas.

Cele? Obaj mówili, iż pomóc zespołowi w budowie, a później poprawie bolidu. Więc po prostu zaliczyć jak najwięcej kółek i zrobić to jak najszybciej. A poza tym – bez wielkiej presji. Bo choć ta w Cadillacu jest (bo być musi) obecna, to nikt sobie jej do przesady nie narzuca.

Plan na wiele lat

Może zajeżdża to nieco PRL-em, ale można podzielić plany Cadillaca w F1 na kilka, biorąc pod uwagę zakładany czas. Jest krótki, czyli roczny. W nim chodzi o to, żeby dobrze się zaprezentować, powalczyć o punkty i stale ulepszać bolid, jak tylko się da. Potem jest (licząc od dziś, choć trochę już trwa) trzyletni, bo w 2029 roku – jeżeli plan wypali – mają mieć już produkowany przez siebie silnik i stać się zespołem kompletnie niezależnym od innych dostawców. Dziś jeszcze nie są, ich jednostkę napędową produkuje Ferrari.

Wreszcie jest też plan bez określonego limitu czasowego – stać się najlepszym zespołem na świecie i w całej historii F1. Wiadomo, USA, trzeba dream big.

Najistotniejsze będzie to przejście w 2029 roku. Szczególnie, iż regulacje w Formule 1 lubią się zmieniać co kilka lat, więc nie wiadomo, czy silnik, który wyprodukują na wtedy, nie będzie aby do zmiany już po roku czy dwóch. Jasne, co roku próbuje się coś ulepszać, ale tu chodzi o rewolucję taką, jak na przykład w tym sezonie. To możliwe, zdają sobie z tego sprawę w samym zespole. Ale cóż, trzeba zaryzykować.

Niezależnie od funduszy, wydaje się istotne, żeby w padoku pojawiła się jednostka napędowa produkcji Cadillaca i to tak szybko, jak to tylko możliwe. Na ten moment na tym się skupiamy. jeżeli trafi się możliwość przyspieszenia tego procesu, to to zrobimy. W tej chwili celem jest rok 2029. Mamy jednak nadzieję, iż konstrukcja zakończy się jeszcze w tym roku albo w pierwszym kwartale 2027 roku – mówił Dan Towriss.

Oczywiście, od zakończenia konstrukcji do wsadzenia tego silnika do bolidu i jazdy z nim daleka droga. Stąd 2029, bezpieczny termin. Ale też termin pokazujący, iż Cadillac chce być w F1 na wiele lat i iż ma do tego zdrowe podejście. Wiedzą, iż są nowi, iż przed nimi sporo pracy. Ale też wiedzą, czego od tej F1 chcą i w którą stronę iść.

Do tego stoi za nimi motoryzacyjny gigant. Mają ludzi, którzy znają się na rzeczy. W tej chwili mają też dwóch doświadczonych kierowców.

Można ufać, iż faktycznie coś z tego będzie. A to by cieszyło władze i Cadillaca, i F1.

Ameryka podbije F1?

USA jest dla F1 wielkim rynkiem, który jakiś czas temu się obudził. To sukces po części samej Formuły 1, ale też w dużej mierze serialu „Drive to Survive”. A ostatnio i filmu „F1”, gdzie Brad Pitt śmiga bolidem. Generalnie – ludziom w Stanach zaczęła się ta seria wyścigowa podobać. Poszły za tym kolejne GP w USA, bo aktualnie w kalendarzu znajdziemy wyścigi w Miami, Austin i Las Vegas.

Brakowało tylko amerykańskiego zespołu.

Tak, Haas takim jest… ale nigdy się w ten sposób nie pozycjonował. Ba, wiele osób pewnie prędzej powiedziałoby, iż to niemiecka czy austriacka ekipa. Bo nazwa, bo przez wiele lat szefem był tam Guenther Steiner (swoją drogą jest Włochem, ale nazwisko ma, jakie ma), bo jeździli tam Mick Schumacher i Nico Hulkenberg (to faktycznie Niemcy). I tak dalej. Po prostu trudno skojarzyć Haasa ze Stanami, jeżeli się o tym powiązaniu nie wie.

Cadillac działa zupełnie inaczej. Od początku mówi o tym, iż to amerykański team. Jeździ z logiem General Motors, powszechnie w USA kojarzonym. Odwołuje się do tej amerykańskiej dumy, która – jak wiemy – jest wielka, czasem choćby zbyt duża. Już teraz podkreślają w zespole, iż chcieliby amerykańskiego kierowcę (jak na ironię – na razie mają meksykańskiego). Dołączenie do F1 finalnie podkreślili reklamą wykupioną na Super Bowl.

Trudno o bardziej amerykański start, co?

Nie wiadomo jeszcze, czy ich obecność w F1 podbije zainteresowanie w USA, które i tak ostatnio znacznie podskoczyło. Ale to możliwe… choć chyba będzie trzeba do tego lepszych wyników, niż te, których spodziewają się po nich wszyscy w pierwszym sezonie. Chociaż, kto wie? Może amerykańscy fani – zwłaszcza jeżeli w nowym sezonie Drive to Survive zobaczą dużo swoich flag – za tym pójdą? A jeżeli pójdą oni, to i celebryci, sponsorzy, ludzie biznesu i polityki?

Cadillac na pewno ma pod tym względem duży potencjał. Tak jak i F1. A biorąc pod uwagę, iż w Stanach potrafią w rozrywkę, to możliwe, iż i kibice będą mieli powody do zadowolenia.

Również ci spoza USA.

SEBASTIAN WARZECHA

Fot. Newspix

Czytaj więcej o motorsporcie na Weszło:

  • Max Verstappen to najlepszy kierowca wszech czasów w F1 – fakt czy opinia?
  • Roman Biliński: Marzenie? Wciąż jest nim mistrzostwo F1
  • Gdy Formuła 1 oszalała. Szpiedzy, konflikty i mistrzostwo Raikkonena
Idź do oryginalnego materiału