Była 81. minuta, kiedy Lewandowski zszedł z boiska. Reakcja mówi wszystko

2 godzin temu
Po środowym występie Roberta Lewandowskiego przeciwko FC Kopenhaga (4:2) można mieć mieszane uczucia. Z jednej strony 37-latek strzelił 107. gola w Lidze Mistrzów i przy okazji wyrównał jeden z rekordów Lionela Messiego. Z drugiej jednak Lewandowski znów zawiódł w pierwszej połowie, a po przerwie w kontrowersyjnych okolicznościach wywalczył rzut karny, którego - nietypowo - sam nie wykonał.
Kiedy w 81. minucie Roberta Lewandowskiego zmieniał powracający na boisko po kontuzji Ferran Torres, polskiego napastnika żegnały brawa kibiców na Camp Nou. Sam zawodnik nie miał jednak zachwyconej miny. Być może Lewandowski zdawał sobie sprawę z tego, iż w meczu z Kopenhagą mógł zrobić dużo więcej. choćby jeżeli strzelił gola i wywalczył rzut karny.

REKLAMA







Zobacz wideo Wielkie zamieszanie przed zimowymi igrzyskami. Piesiewicz kontra Małysz



Bo Lewandowski w najwyższej formie skończyłby to spotkanie co najmniej z hat-trickiem. Podobnie jak tydzień temu po występie Polaka można mieć mieszane uczucia. Z jednej strony był gol i wyrównanie rekordu Lionela Messiego, ale z drugiej była też krytyka od hiszpańskich dziennikarzy. Co najważniejsze, krytyka zasłużona.
Hiszpanie krytyczni już w przerwie
Mecz z Kopenhagą był dla Lewandowskiego szansą na lepszy występ niż dwa poprzednie ze Slavią Praga (4:2) i Realem Oviedo (3:0). W pierwszym 37-latek co prawda strzelił gola, przerywając siedmiomeczową serię bez bramki w Lidze Mistrzów, ale rozegrał też koszmarne 45 minut, trafiając do własnej bramki. Jeszcze gorzej było w niedzielę w La Liga.
Lewandowski nie tylko nie strzelił gola najsłabszej drużynie ligi, ale według hiszpańskich mediów był też najsłabszym zawodnikiem Barcelony w tym meczu. "Prawie nie brał udziału w tym spotkaniu. Fatalnie wykańczał sytuacje, źle zagrywał choćby przy łatwych podaniach. Kolejny słaby występ, a ostatnio było ich sporo" - pisały po meczu hiszpańskie media.
Mecz z Kopenhagą był dla Lewandowskiego tym bardziej istotny, iż po kontuzji do składu wrócił jego rywal do miejsca w wyjściowej jedenastce - Ferran Torres. Mówiąc krótko: dla Polaka była to prawdopodobnie ostatnia szansa, by przekonać Hansiego Flicka, by w najbliższym czasie stawiał bardziej na niego, a nie na Hiszpana. Mimo iż na pierwszy rzut oka Lewandowski zrobił wszystko, by pokazać Niemcowi, iż stać go jeszcze na wiele, to w rzeczywistości nie był to jego wielki występ.



Bo Lewandowski - podobnie jak przed tygodniem - strzelił gola, ale poza tym trudno go za coś jednoznacznie chwalić. Pierwszą bramkę 37-latek powinien zdobyć już w 10. minucie, kiedy znalazł się w sytuacji sam na sam z Dominikiem Kotarskim. Zamiast do bramki Lewandowski uderzył jednak wprost w bramkarza Kopenhagi.
Przed przerwą Polak miał jeszcze jedną okazję, ale nie opanował piłki w polu karnym po efektownym podaniu Yamala. Lewandowski znów grał słabo, a dodatkowo zmarnował okazje, które jeszcze niedawno bez problemu zamieniłby na gole. To, za co można było go docenić, to doskonałe podanie do Raphinhi w 15. minucie. Brazylijczyk zbyt długo zwlekał jednak z uderzeniem i nie zdołał zdobyć bramki.
Już w przerwie grę Lewandowskiego krytykowali Hiszpanie. "Miał jedną z tysięcy sytuacji, które w karierze zamienił na gola, ale tym razem nie trafił do bramki" - czytaliśmy w "Mundo Deportivo". Ten dziennik - tak samo jak "Sport" - ocenił występ Polaka na 5 w 10-stopniowej skali.
Jeszcze bardziej krytyczni w mediach społecznościowych byli kibice Barcelony. Ci szydzili z Lewandowskiego z powodu niewykorzystanej okazji i podkreślali, iż właśnie dlatego Katalończycy nie powinni przedłużać z nim kontraktu. "Marcus Rashford nie może być równie zły na pozycji napastnika" - napisał jeden z kibiców.



"Sędzia uratował Lewandowskiego"
Lewandowski odpowiedział i zrehabilitował się błyskawicznie. Już w 48. minucie Polak wbił piłkę do pustej bramki po indywidualnej akcji Yamala. Dla Lewandowskiego był to gol wyjątkowy, bo wyrównał kolejny rekord Ligi Mistrzów. W środę Kopenhaga stała się 40. drużyną, przeciwko której Polak zdobył bramkę w tych rozgrywkach. Taką samą liczbę rywali na koncie ma tylko Lionel Messi, dwóch mniej Cristiano Ronaldo.
Ale choćby to nie zmieniło optyki występu Lewandowskiego. 37-latek rozegrał kolejne - co najwyżej - przeciętne spotkanie i mimo iż znów strzelił gola, to swoją grą na kolana nikogo nie rzucił. A kontrowersji tylko przybyło w 67. minucie, kiedy Polak co prawda wywalczył dla Barcelony rzut karny, ale w nietypowych okolicznościach.
Lewandowski opanował piłkę po kolejnym podaniu Yamala i znalazł się w doskonałej okazji pięć metrów przed bramką Kopenhagi, ale gola jednak nie strzelił. Polak nie trafił w piłkę, padając w polu karnym gości. Na pierwszy rzut oka wydawało się, iż Lewandowski w koszmarny sposób zmarnował kolejną okazję, ale sędziowie ostatecznie uznali, iż napastnik został zahaczony przez Junnosuke Suzukiego. Z tą decyzją nie zgadzali się nie tylko piłkarze Kopenhagi. Wątpliwości mieli też kibice i dziennikarze, którzy w mediach społecznościowych podkreślali, iż sędzia uratował Lewandowskiego.
Co ciekawe, Polak nie podszedł do rzutu karnego. Może było to ukłonem w stronę Raphinhi, który zdobył pierwszą bramkę w tym sezonie Ligi Mistrzów, a może kolejną nietypową oznaką słabości Lewandowskiego. W końcu ostatni raz Polak podszedł do rzutu karnego na początku grudnia w meczu z Atletico Madryt (3:1) i posłał piłkę wysoko nad bramką.



Dlatego kiedy w 81. minucie Lewandowski opuszczał boisko, nie mógł być w pełni zadowolony. Polak mógł mieć przeczucie, iż to zmieniający go Torres zacznie w podstawowym składzie kolejny mecz Barcelony, a kilka minut przeciwko Kopenhadze miało być dla niego dobrym przetarciem po urazie. Jak będzie w rzeczywistości, dowiemy się w sobotę wieczorem. Tego dnia Katalończycy zagrają na wyjeździe z Elche w La Liga. Początek spotkania o 21:00, relacja na żywo na Sport.pl.
Idź do oryginalnego materiału