Bierze kredyt, a Kenijczycy spłacają go nagrodami. Twórca Benedek-Team wyjawia kulisy działania grupy [WYWIAD]

10 godzin temu
Zdjęcie: Bierze kredyt, a Kenijczycy spłacają go nagrodami. Twórca Benedek-Team wyjawia kulisy działania grupy [WYWIAD]


Starty Kenijczyków z Benedek-Team w polskich biegach ulicznych od wielu lat wzbudzają wielkie emocje. Udało nam się namówić twórcę tej grupy – węgierskiego biegacza a w tej chwili menedżera Zsolta Benedka na długi, szczery, wywiad, w którym zadajemy mu trudne pytania dotyczące funkcjonowania grupy, oskarżeń o doping, rozliczenia z zawodnikami, starty na kilku biegach w jeden weekend czy choćby dwa razy dziennie. Menadżer, negocjator, selekcjoner, a zwykle też kierowca busa ze spokojem wyjaśnia wszelkie kwestie swojej działalności z detalami. Nie boi się przyznać, iż robi to dla pieniędzy, ale trafiających przede wszystkim do Kenijczyków, którym umożliwia utrzymanie i wyjście z biedy. Krok po kroku opisuje funkcjonowanie Benedek-Team, tłumaczy dlaczego nie współpracuje już z Etiopczykami, trenowaniu swojej żony Valentine Jebet, a także jak jego grupa pozwala na lepsze zarobki dla polskich zawodników. Wspomina też głośny konflikt z Piotrem Szurowskim. Zapraszamy na wywiad z najsłynniejszym menadżerem polskich biegów ulicznych.

Kuba Jelonek: Trenował pan w przeszłości lekkoatletykę, biegi na średnie i długie dystanse. Współpracował pan w tym czasie z menedżerami sportowymi czy kontaktował się bezpośrednio z dyrektorami zawodów?

Zsolt Benedek: Tak, byłem biegaczem na dystansach 800-1500 metrów i wygrałem kilka młodzieżowych mistrzostw Węgier, a potem startowałem w młodzieżowej i seniorskiej reprezentacji Węgier, z mniejszym lub większym powodzeniem.
Kiedy po upadku systemu socjalistycznego zlikwidowano stanowiska sportowe, zostałem bez pieniędzy i przerzuciłem się na dopiero co powstające biegi uliczne. Zdobyłem w tym czasie kilka medali na mistrzostwa Węgier w biegach przełajowych i półmaratonie. Na biegi najpierw jeździłem do Austrii i Niemiec, z pomocą węgierskiego menedżera, a w połowie lat 90. wyjeżdżałem na 2–3 miesiące w roku do Francji i tam startowałem na dystansach 10 i 21 km.
Kiedy osiągnąłem sportowy wiek emerytalny, zacząłem budować „projekt bałkański”. Byłem prawdopodobnie pierwszym biegaczem, który zaczął jeździć na zawody uliczne w krajach bałkańskich. W tych biegach ulicznych, w obszarze, który wydawał się „białą plamą” do zagospodarowania, wyrobiłem sobie bardzo dobrą reputację dzięki licznym zwycięstwom i rekordom trasy. Starałem się nawiązywać dobre relacje w krajach bałkańskich, co całkiem dobrze mi wyszło.
Wcześniej miałem swojego menedżera, więc wiedziałem, jak wygląda jego praca
.

Jak wyglądały Pana początki jako menedżera?

– W 1995 roku postanowiłem sam o sobie decydować i zacząłem organizować wyjazdy na zawody we Francji, a potem także na Bałkanach. Później zabierałem ze sobą moich partnerów treningowych, a od 2009 roku już również moich własnych podopiecznych.
W wieku prawie 41 lat porzuciłem sport po poważnej operacji kolana i praktycznie od razu udało mi się przejść do pracy jako menedżer i trener. Ponieważ moje nazwisko brzmiało dobrze (jak marka) na Bałkanach, było oczywiste, iż tak nazwie się moja nowa drużyna, bo dzięki temu można było promować zawodników pod moim nazwiskiem. Od tego momentu, czyli od 2010 roku, powstał Benedek-Team. Kiedy działalność menedżerska już się w pełni rozkręciła, nie zmieniłem starej, sprawdzonej nazwy drużyny.
W 2006 roku miałem już jednego etiopskiego zawodnika, Erkola Ashenafi’ego, a potem dołączyli też Węgrzy, tacy jak László Tóth, Zita Kácser i jeszcze kilku innych. Byłem też ich trenerem i razem jeździliśmy na wiele zawodów, głównie na Węgrzech.
László Tóth do dziś jest rekordzistą Węgier w biegu ulicznym na 10 km z wynikiem 28:34, a Zita Kácser jest rekordzistką kraju w biegu na 3000 m z przeszkodami z wynikiem 9:26 i zakwalifikowała się na igrzyska olimpijskie do Tokio.
W 2009 roku przybyło do mojej grupy pierwszych dwóch kenijskich zawodników, a od 2010 roku projekt wkroczył na wyższy poziom i zacząłem pracować z 4–6 kenijskimi biegaczami, obok Węgrów. Oprócz państw bałkańskich odkryłem dla nas również Polskę, która od pierwszej chwili była bardzo sympatyczna, a biegi były organizowane bardzo profesjonalnie, przyciągały ogromne tłumy, zwłaszcza w porównaniu z tymi na Bałkanach.

Praca menedżera polega na nawiązywaniu współpracy sportowców z dyrektorami biegów. Jak to wyglądało na początku, a jak jest teraz?

Uważam, iż wcześniej znacznie łatwiej było organizować zaproszenia na biegi, zarówno w krajach bałkańskich, jak i w Polsce. Na początku Kenijczycy byli jeszcze rzadkością, podobnie jak Węgrzy, a organizatorzy chętniej i więcej płacili za zaproszenie tej drużyny. W krajach bałkańskich jest to przez cały czas w modzie, natomiast w Polsce większość organizatorów nie wysyła żadnych zaproszeń ani do mnie, ani do innych, i traktuje wszystkich jednakowo, jeżeli chodzi o warunki zgłoszenia. Oczywiście do dziś jest kilku organizatorów biegów, którzy zapraszają naszą drużynę w oparciu o stare, dobre relacje (za ten gest bardzo im dziękuję), ale nie jest to typowe dla Polski.

Gdzie przygotowują się biegacze z Benedek-Team? Czy między startami zostajecie w Polsce na dłużej?

– W praktyce kenijscy biegacze mają obozy treningowe tylko w Kenii. Tutaj, w Europie, tak naprawdę tylko startują w zawodach. Oczywiście w Kenii ogromne rzesze biegaczy trenuje razem, wykorzystując pozytywny wpływ wysokości…
W okresie startowym moi biegacze mieszkają na Węgrzech i w moim mieście – Debreczynie, przez te 3 miesiące. Obok apartamentów znajduje się las Nagyerdő oraz dwa stadiony lekkoatletyczne. W tej chwili 22 moich kenijskich biegaczy przebywa jednocześnie na Węgrzech, a ze względu na logistyczne możliwości mam miejsce tylko dla 22. Zgodnie z moją polityką zachowany jest stosunek mężczyzn do kobiet wynoszący 50/50%. Tutaj, w Debreczynie, trenują razem, ale tak naprawdę nie wykonują poważnych treningów ze względu na liczne podróże i starty. Są to raczej lekkie biegi, regeneracja i jeden intensywny trening tygodniowo (zwykle w środę), co stanowi dla nich wystarczający bodziec.

Chciałbym podkreślić, iż ani ja, ani moi zawodnicy nie mieszkamy w Polsce i nigdy tak nie było. Przyjeżdżamy tylko w weekendy, kiedy spędzamy 1–2 lub maksymalnie 3 dni, wynajmujemy nocleg i wracamy do Debreczyna, prawdziwej bazy drużyny, do mojego miasta. Podczas wyjazdu robimy zakupy w Polsce, jemy, wydajemy pieniądze i w ten sposób wspieramy polską gospodarkę. Poza tym, ze względu na węgierskie wymogi wizowe, jako bazę drużyny podano właśnie Debreczyn.

Dlaczego wybiera pan akurat Polskę jako miejsce do startu dla swoich sportowców?

– Jak już wspomniałem, organizacja biegów ulicznych w Polsce jest bardzo profesjonalna, panuje tam świetna atmosfera, a wszystko jest w 100% niezawodne. To, co jest w regulaminie biegu, jest w 100% przestrzegane, a to daje poczucie bezpieczeństwa. Na wielu biegach są też atrakcyjne nagrody, co jest ważne dla wyczynowych biegaczy.
Jednak Polska to tylko część naszych wyjazdowych destynacji. Przed Covidem był rok, w którym nasz team wziął udział w 223 biegach rocznie, ale w 2025 roku, według moich statystyk, wzięliśmy udział w 170 startach. Z tych 170 około 1/3 to były biegi w Polsce. Polska to duży kraj, z bogatym kalendarzem biegowym, a wiele mniejszych biegów można ze sobą połączyć.

Jednak nasza drużyna jest obecna na biegach również w Czechach, na Słowacji, na Węgrzech, w Austrii i Słowenii, a przede wszystkim w Chorwacji, Bośni, Serbii, Rumunii i Bułgarii. Ponadto startujemy w Macedonii, Czarnogórze, Kosowie, Albanii, a bardzo rzadko także na Malcie, w Grecji i Turcji. Zgodnie z podziałem ról, w Europie Zachodniej rządzą wielcy zachodni menedżerowie i nie wpuszczają mnie do swojego grona, jako konkurenta. Tak więc zespół dociera do wielu miejsc i osiąga znakomite wyniki, głownie w maratonach w tych krajach. Nie występujemy więc tylko w Polsce, ale mamy bardzo szeroki repertuar.

Czy jest pan również trenerem wszystkich swoich zawodników? Jak planuje pan ich treningi?

– W poprzednich latach byłem trenerem wielu węgierskich biegaczy. Bardziej zaangażowałem się w pracę trenerską z kenijskimi zawodnikami podczas ich pobytów na Węgrzech, ale w ostatnich latach moje obowiązki tak bardzo się zwiększyły (organizacja wyjazdów, rozliczenia finansowe, sprawy wizowe, sprawy związane z transportem, organizacja spotkań), iż nie mam już możliwości wykonywania pracy trenerskiej. Wyznaczam jedynie kierunek działania moim biegaczom, zgodnie z planami na nadchodzący weekend oraz proponuję im środowy trening interwałowy, który osobiście sprawdzam na stadionie.
Od dwóch i pół roku piszę plan treningowy i prowadzę treningi tylko dla jednej zawodniczki, a jest nią moja żona – Valentine Jebet, więc mogę przedstawić ogólny jej trening. Niestety nie mam czasu w więcej zadań trenerskich, chociaż bardzo lubię tę pracę.
Valentine nie mieszka już w Kenii, tylko w Debreczynie, a my nie jeździmy do Kenii na obozy wysokogórskie, głównie z powodu mojej dużej ilości pracy. W przeciwieństwie do innych kenijskich biegaczy, ona trenuje wyłącznie na poziomie morza. To wyjątkowy przypadek. Zaczyna pracę w połowie grudnia, ale sezon startowy rozpoczyna się już na początku lutego i trwa nieprzerwanie do końca czerwca. Wtedy ma tydzień urlopu, po czym wraca do pracy i od początku sierpnia do końca listopada nieprzerwanie bierze udział w startach. Wtedy dostaje dwa tygodnie odpoczynku, które spędzamy na urlopie w egzotycznym miejscu. Oczywiście nie każdy się do tego nadaje, ale ona na szczęście tak. Trenuje stosunkowo mało i w wolnym tempie, ale treningi interwałowe wykonuje bardzo szybko, a każdy start ją motywuje.

W jaki sposób nowi biegacze mogą dołączyć do waszej grupy? Liczą się rekordy życiowe, wynik sezonu czy o coś innego? Jak sprawdza pan potencjał biegacza?

– Moja filozofia jest taka, iż bardzo lubię starych, sprawdzonych zawodników! Znam ich, a oni są wobec mnie lojalni, ufamy sobie nawzajem, więc zwykle ponownie ich angażuję, choćby jeżeli osiągają słabsze wyniki.
Bardzo istotny jest czynnik ludzki. Na dłuższą metę można współpracować tylko z takim biegaczem, który ma odpowiednie podejście. Kto nie ma takiego nastawienia, ten nie ma szans na pracę w mojej drużynie na Węgrzech.

Kiedyś korzystałem z rekomendacji, zwykle od innych sportowców, których znałem i którym ufałem, ale odkąd jeździmy na biegi z węgierskimi wizami, zmieniłem podejście i zimą sam wyjeżdżam do Kenii, aby osobiście obejrzeć biegaczy na żywo. Oczywiście mimo to można popełnić błąd i sprowadzić do Europy słabego biegacza. Trzeba jednak wiedzieć, iż bardzo trudno jest znaleźć dobrego i niezawodnego zawodnika, ponieważ duże agencje menedżerskie podpisują kontrakty praktycznie z każdym, kto choć trochę potrafi biegać. Bardzo trudno jest pozyskać nowych, dobrych zawodników. Zwykle ten, który dobrze wypadł w Europie Wschodniej, zwłaszcza jeżeli chodzi o biegaczki, w następnym roku zostaje zabrany przez wielkich menedżerów.

Z jakich państw pochodzą biegacze z Benedek-Team? Których jest najwięcej?

– Pracuję wyłącznie z długodystansowcami z Kenii, ponieważ mam tam nawiązany kontakt z Kenijskim Związkiem Lekkoatletycznym i konsulatem węgierskim w tym kraju. Oczywiście zdarzało się, iż w drużynie byli też zawodnicy z Etiopii, ale przez długi czas nie mogliśmy z nimi współpracować, ponieważ między Kenijczykami a Etiopczykami panują duże napięcia i z wielu powodów nie potrafią być w jednym zespole.

Jak wygląda pana praca organizującego biegi swoim zawodnikom? Czy zawsze towarzyszy im pan na startach?

– Jestem jednocześnie menedżerem i pracownikiem grupy. W każdy czwartkowy wieczór organizuję półtoragodzinne spotkanie dla moich biegaczy, a potem także dla kierowców, dotyczące zadań na weekend. zwykle w każdy weekend z Debreczyna wyrusza 3, 4 lub choćby 5 samochodów na biegi we wszystkich kierunkach, a jednym z nich zawsze kieruję ja. W każdy weekend pokonuję do 2000 km, a czasem choćby więcej. Przed samym biegiem zawsze organizuję odprawę i przekazuję wskazówki taktyczne. Oczywiście kenijscy biegacze często i tak ich nie przestrzegają… (śmiech). Staram się być obecny w wielu miejscach na trasie biegu, gdzie udzielam porad, mierzę czasy, zwłaszcza gdy trzeba pobić rekord i istotny jest wynik czasowy. Czasami podaję im choćby żele na punkcie odżywczym, ogólnie zajmuję się wszystkim.

Jak wybiera pan biegaczy na konkretne biegi uliczne w Polsce? Czy organizatorzy sami zapraszają danych biegaczy do swoich biegów?

– Mam wstępne informacje o przygotowaniu każdego z biegaczy, a na środowym treningu na bieżni w Debreczynie sam się o tym przekonuję na własne oczy. Na podstawie wyników z weekendowych startów, środowych treningów na stadionie oraz moich przeczuć decyduję, który zawodnik wystartuje na jakim dystansie i w biegu którego kraju. Oczywiście często trzeba dokonywać zmian z powodu kontuzji, choroby lub spadku formy. W Polsce nie ma zbyt wielu dobrych zaproszeń. Takie jest podejście organizatorów, ale akceptujemy to i dostosowujemy się do tego.

Teraz delikatne pytanie, ale wiele osób jest ciekawych tej kwestii. Jak wyglądają sprawy finansowe w pańskim teamie? Czy biegacze otrzymują miesięczne wynagrodzenie, płacą procent od wygranych nagród? Czy dostają premie za wyniki itp.?

– Europa Wschodnia to specyficzny obszar. Organizatorzy nie dysponują tu wystarczającymi środkami, by opłacić bilety lotnicze z Kenii i z powrotem. Nie ma też sponsorów, którzy wspieraliby drużynę, więc wszystkie koszty musimy pokrywać sami.
Wynika z tego, iż nie ma wynagrodzeń ani premii, a jedynie nagrody pieniężne za wygraną w biegach. Dlatego jest to trudny temat, bo przecież nic nie jest za darmo. Bieganie w wielu przypadkach to dosłownie walka o przetrwanie, o chleb.

Projekt finansowo wygląda tak, iż ja zaciągam kredyt i opłacam z góry wizę sportowca oraz jego transfery jeszcze w Kenii, a także ubezpieczenie i bilet lotniczy, co może wynieść choćby od 800 do 1500 euro na sportowca, a następnie zakwaterowanie na Węgrzech, wyżywienie, prąd, wodę, gaz itp. W ten sposób każdy sportowiec zaczyna z kwotą minus 2000–2200 euro, a jeżeli ją wygra na biegach, wtedy zaczyna zarabiać na siebie. Po każdym weekendzie robię kalkulację i zatrzymuję dla siebie 15% dochodu netto sportowca (czyli dochodu po odliczeniu kosztów) jako moje wynagrodzenie za pracę, a reszta pieniędzy należy do sportowca. Nie jest więc tak, iż moja prowizja wynosi 30% czy 90%, jak czytam w polskich mediach społecznościowych!

Bardzo wielu kenijskich biegaczy wraca z Węgier z niezłą kasą (jak na Kenię, w Europie Zachodniej tego typu sumy nie mają aż takiej wartości), a ci, którzy nie są głupi, kupują krowy, ziemię, maszyny rolnicze, budują domy i zakładają gospodarstwa rolne, dzięki czemu spokojnie mogą utrzymać choćby 6–8 małych dzieci i dalszą rodzinę.
To inny świat, trudny świat i nie zazdrośćmy im tych pieniędzy! Bardzo ciężko na nie pracują! Mają ciężkie życie. Zwłaszcza dzieci. My, żyjąc w europejskim dobrobycie, nie potrafimy sobie choćby wyobrazić, jak wygląda życie w wioskach, w których oni mieszkają. Nigdy nie wiedzą, czy ich rodzinom uda się wyrwać z tego ubóstwa, a mają taką szansę czasem tylko dzięki nagrodom pieniężnym, które można zdobyć na polskich biegach.

Czy organizatorzy biegów w Polsce pokrywają koszty podróży i zakwaterowania?

To kluczowa kwestia. W innych krajach, zwłaszcza w krajach bałkańskich, zaproszenia dla drużyny obejmują numer startowy, zakwaterowanie, wyżywienie, koszty podróży, a na niektóre biegi choćby przesyłane są nam choćby bilety lotnicze! Polska jest pod tym względem krajem o zupełnie innym podejściu. Z nielicznymi wyjątkami (gdy otrzymujemy bardzo profesjonalne zaproszenie) na większości biegów nie otrzymujemy niczego. Nie pokrywają nam kosztów podróży ani zakwaterowania, a niestety w wielu przypadkach po rejestracji musimy choćby zapłacić za numer startowy. Wielu organizatorów twierdzi, iż dla wszystkich obowiązują te same zasady. Akceptujemy to, szanujemy i ja również pracuję jako menadżer organizując udział w biegu zgodnie z tymi zasadami. Poza tym to uczciwa sytuacja i nie ma z tym żadnych sporów. Wszystko jest przejrzyste.

Dlaczego biegacze z Benedek-Team startują w wielu biegach w ciągu jednego weekendu (np. jeden w sobotę, drugi w niedzielę lub choćby dwa razy dziennie). Czy nie uważasz, iż to dla nich niebezpieczne?

Te polskie biegi uliczne nie mają puli nagród wynoszącej tysiące czy 10 000 dolarów, a koszty są wysokie, więc zawodnicy muszą startować w wielu biegach, aby ten projekt był opłacalny! Celowo wybieram takich sportowców, którzy są w stanie wytrzymać częste podróże, liczne starty i związane z tym trudy. To osobna kategoria biegaczy. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale niestety tak właśnie jest. Zresztą problemem nie jest duża liczba biegów, bo przy odpowiedniej pracy merytorycznej można to wbudować w program treningowy. Kłopotliwe mogą być długie podróże i wynikające z nich problemy z regeneracją.

Wracając do biegania w sobotę, a potem w niedzielę. Dotyczy to biegów szczególnie w Polsce. Z tego powodu spotykamy się z wieloma atakami. Ale ma to czysto finansowe przyczyny. zwykle w sobotę startujemy w mniejszych biegach, a w niedzielę realizowane są większe imprezy biegowe. Przykład: jeżeli wyjeżdżamy z Debreczyna do Gdyni, to w obie strony daje to ponad 2000 km. Przy dzisiejszych wysokich cenach benzyny to bardzo duża kwota. Do tego musimy zapłacić za 2–3 noclegi, wyżywienie, w wielu przypadkach za numer startowy i oczywiście za dietę kierowców, a nie wspomniałem jeszcze o cenie samochodu, amortyzacji i serwisowaniu. To ogromne koszty, które zwykle ponosimy w sobotę, dzięki czemu w niedzielę zaczynamy od zera i możemy wyjść na plus. Gdybyśmy nie startowali w mniejszych sobotnich biegach, to duża część niedzielnej wygranej poszłaby na pokrycie kosztów, a zawodnikom prawie nic by nie zostało. Wiem, iż z punktu widzenia sportu nie jest to adekwatne, ale nie ma innego rozwiązania, gdy drużyna jedzie do Polski.

Niektórzy twierdzą, iż pańscy biegacze wybierają tylko te biegi, na których nie ma kontroli antydopingowej, bo rzekomo stosują doping, jak złapany w 2023 r. po Półmaratonie Tyskim zawodnik z Benedek-Team – Alex Lagat?

To zarzut, który bardzo mnie boli. Na wielu portalach biegowych spotykamy się z takimi atakami, a osoby, które nas atakują, nie mają pojęcia o rzeczywistej sytuacji. Chciałbym to tutaj zdementować. Moja drużyna startuje praktycznie w KAŻDYM wyścigu w KAŻDY weekend, w przeciwieństwie do wielu innych sportowców. Wiem, iż na wielu biegach są kontrole antydopingowe, a na wielu innych nie wiem, ale mimo to jesteśmy na nich. To nie obecność czy brak kontroli antydopingowej decyduje o tym, czy nasz team wystartuje w biegu, ale kwota netto do wygrania oraz kwestie sportowe. Więc my jesteśmy zawsze i wszędzie, gdzie chcemy być, czy są kontrole antydopingowe, czy nie.
Chciałbym tylko wspomnieć, iż i polskim biegaczom ulicznym też zdarza się znikać z list startowych po ogłoszeniu kontroli atydopingowej, pomimo wysokich nagród pieniężnych. choćby jeżeli w poprzednich latach zawsze w nich startowali. Moi biegacze są regularnie poddawani kontrolom antydopingowym. Prawie na wszystkich większych biegach, w każdym kraju, są prowadzone kontrole antydopingowe, a w Polsce kontrole są choćby na małym biegu z nagrodą 1000 zł!
Są takie imprezy biegowe, gdzie moich biegaczy zabierają na kontrole antydopingowe na każdym dystansie: 4 km, 10 km i 42,195 km. Co roku witamy się już jak dobrzy znajomi z osobami przeprowadzającymi badania. W Krakowie zdarza się, iż tego samego mojego zawodnika badano choćby 2 razy w ciągu jednego dnia
[startował w dwóch biegach dziennie – przyp. red.]. Jest to dość męczące zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Zdarzało się też na przykład, iż podczas niektórych biegów nie zabierano na badania sportowców z Polski, a tylko członków Benedek-Team. W wielu przypadkach badania są ukierunkowane i przeprowadzane wyłącznie z naszego powodu.
Nie podoba mi się to, ale oczywiście to akceptuję. Bardzo mnie jednak boli, gdy w mediach społecznościowych piszą, iż stosujemy doping i celowo nie jeździmy na biegi, na których są kontrole antydopingowe. Żartobliwie stwierdzę, iż Valentine Jebet, czy to w 2025, czy w 2026 roku do dnia dzisiejszego została poddana większej liczbie kontroli antydopingowych niż cała reprezentacja Polski w biegach.
Nawiasem mówiąc, w zeszłym roku otrzymaliśmy oficjalny e-mail od Polskiej Agencji Antydopingowej, iż ktoś próbował włamać się na serwer zawierający oficjalne dane Valentine w POLADA, a oni pracują nad zapobieżeniem temu i naprawieniem sytuacji. Nie znam się na tym, ale wydaje mi się, iż ktoś celowo chciał pogrążyć kogoś z Benedek-Team.

Od 2009 roku zajmuję się zarządzaniem kenijskimi biegaczami i myślę, iż przeszliśmy co najmniej 500 kontroli antydopingowych, z czego najwięcej w Polsce, przeszło 200, i mieliśmy tylko jeden pozytywny wynik. Uważam to za znakomity wynik. Statystyki te powinny być znacznie gorsze, biorąc pod uwagę, ilu kenijskich biegaczy złapano w ostatnich na stosowaniu dopingu.

Jest to więc bardzo mała liczba i moim zdaniem do przyjęcia w przypadku tak dużego projektu. Oczywiście jest to przykre i rzuca bardzo złe światło na moją drużynę, zwłaszcza w Polsce. Wiele osób tylko czekało na jakiś pozytywny wynik, żeby móc zaatakować Benedek-Team. Niestety, do dziś odczuwam negatywne skutki tego jedynego przypadku. W każdym razie konkretny przypadek wyglądał następująco:

  • Alex Lagat podpisał ze mną umowę w lipcu 2023 roku.
  • Przybył na Węgry 31 sierpnia 2023 roku (wtedy spotkałem go po raz pierwszy w życiu).
  • 3 września biegł w Tychach półmaraton, gdzie osiągnął bardzo słaby wynik, prawdopodobnie około 65 minut [uzyskał 64:54 zajmując drugie miejsce – przyp. red.]
  • W październiku 2023 r. jego test antydopingowy dał wynik pozytywny.

Oczywiście nie miałem z tym nic wspólnego.
Okazało się, iż został przyłapany na kortykosteroidach, które lekarze sportowi podają w zastrzykach na stany zapalne i kontuzje sportowe. jeżeli masz na to zaświadczenie lekarskie (obecnie zezwolenie TUE) i je okazujesz w przypadku kontroli antydopingowej, nie ma żadnego problemu. jeżeli nie masz zaświadczenia TUE, rozpoczyna się procedura. Alex nie miał tego zaświadczenia. Nie wiedział nawet, co dostał od kenijskiego lekarza. Doktor chciał później wystawić zaświadczenie tylko za pieniądze, ale nie wdałem się w tę grę, rozwiązałem umowę z Alexem i pożegnałem się z nim. Był ofiarą, a zarówno on, jak i drużyna znaleźli się w trudnej sytuacji z powodu tego incydentu! Dlatego niesprawiedliwe było, iż z powodu sprawy Alexa wszyscy moi zawodnicy zostali zaatakowani.
[Ostatecznie dyskwalifikacja Alexa Lagata wynosi 3 lata i potrwa do 25.12.2026 – przyp. red.].

Takich sytuacji nie da się uniknąć. Z moimi starymi zawodnikami nie ma problemu, ale w przypadku nowych jest szansa, iż w ich organizmach jest coś, o czym choćby oni sami nie wiedzą, bo Kenijczycy nie są przecież specjalistami medycyny sportowej.
Do tej pory mieliśmy jeden przypadek i mam nadzieję, iż tak zostanie, ale zgodnie z prawem wielkich liczb mogą pojawić się kolejne pozytywne wyniki testu antydopingowego. Nie da się tego z góry przewidzieć. W przypadku, gdy zawodnik dozna kontuzji u mnie, wiem jak postępować. Osobiście zabiorę go do lekarza sportowego w Debreczynie, który natychmiast wystawi zaświadczenie o każdym zastrzyku i po odpowiedniej procedurze zostanie wystawione zaświadczenie TUE.
Mogę wziąć na siebie odpowiedzialność, ale nie za kogoś, kto przyleciał z Kenii i wstrzyknięto mu jakieś g…

Zresztą za te ich średnie wyniki niekoniecznie trzeba się dopingować i jestem przekonany, iż moi biegacze tego nie robią. Trzeba jednak wiedzieć, iż oni urodzili się na wysokościach, tam żyją, dzięki czemu mają wyższy poziom czerwonych krwinek, hemoglobiny i hematokrytu, co daje im przewagę nad nami, białymi ludźmi. Różnią się też budową mięśni, są mniej podatni na kontuzje niż my, a ich regeneracja przebiega znacznie szybciej, mimo słabego odżywiania tam w Kenii.
To niewiarygodne, ale choćby w największym mrozie rzadko chorują, w przeciwieństwie do nas. Mają inną genetykę, co jest dla nich zaletą w bieganiu, ale wadą w innych dziedzinach życia.

Jakie są pana relacje z biegaczami z drużyny? Czy to relacja bardziej biznesowa czy raczej przyjacielska?

Kiedy zaczynałem w tym zawodzie i było mniej sportowców, relacje były raczej przyjacielskie, choćby biegałem razem z nimi i swobodnie rozmawialiśmy. Jednak wraz ze wzrostem liczby zawodników i zadań, zwiększył się stres i nakład pracy, a relacje coraz bardziej przekształcały się w relacje biznesowe i sportowe. Oczywiście, wobec sportowców jestem bardzo towarzyski i traktuję ich jak przyjaciół, nie jak wielcy zachodni menedżerowie. Pomimo wielu problemów, w pewnym sensie jest to przyjacielska, szczęśliwa drużyna.
To nie przypadek, iż 40-letnia Hillary Kiptum Maiyo Kimaiyo od 2014 roku ciągle wraca tylko do mnie, czy to ze względu na pozytywną atmosferę, czy na pieniądze. Przez lata współpracowałem lub przez cały czas współpracuję z wieloma zawodnikami, ponieważ ufamy sobie nawzajem, w przeciwieństwie do innych menedżerów.

Jak myślisz, dlaczego w internecie (głównie w mediach społecznościowych) tak wiele osób krytykuje Twój zespół?

Nie chodzi o to, co ja myślę, ale o to, co oni myślą. Piszą w internecie różne bzdury i nieprawdziwe rzeczy, które nie odpowiadają rzeczywistości. Oczywiście jest w tym zazdrość, rasizm i to, iż rzekomo zabieramy pieniądze polskim zawodnikom i biegaczom amatorom. W pewnym sensie choćby potrafię ich zrozumieć. Jednak polscy organizatorzy biegów zapewniają równe warunki, nie otrzymujemy specjalnych zaproszeń. W większości biegów tylko nagroda za miejsce i rekord należą do nas, o ile wygramy i dobrze pobiegniemy, na co moi biegacze ciężko pracują. I właśnie z powodu naszej obecności wielu organizatorów zdecydowało (zresztą słusznie), iż polskim biegaczom zaoferują specjalne nagrody. Więc jeżeli polski biegacz wygra bieg, może dostać nawet dwa razy więcej pieniędzy, niż gdyby nas tam nie było.

Przykłady:

  • W Białymstoku Valentin Jebet za 71 minut otrzymała 5000 zł, podczas gdy najlepsza polska biegaczka za 74 minuty otrzymała 3000 + 4000 = 7000 zł [była nią Izabela Paszkiewicz z 1:14:31 – przyp. red.].
  • Wśród mężczyzn Kaptila wygrał z rekordem trasy wynoszącym 62 minuty i otrzymał 7000 zł, podczas gdy najlepszy Polak z wynikiem 70 minut otrzymał tyle samo. Do mety dotarł ponad 7 minut później niż zwycięzca.
  • W niedawnym Maratonie Zagłębiowskim czwarta biegaczka na mecie z Polski otrzymała tyle samo pieniędzy, co zwyciężczyni z Kenii.
  • We Wrocławiu, jeżeli wygrałby polski biegacz, jego nagroda to 19 000 zł, podczas gdy Kenijczyk w analogicznej sytuacji za zwycięstwo otrzymuje tylko 12 000 zł.

Mógłbym tak wymieniać do rana. Chciałbym tutaj powiedzieć osobom krytykującycm nasze starty, iż Polska leży w Europie, jest w Unii Europejskiej i panuje tu swoboda zatrudnienia i przemieszczania się. Nie należy dyskryminować, a choćby wykluczać osoby z uprawiania sportu, czego naprawdę wielu pragnie. Znam bardzo wielu polskich biegaczy, którzy zarabiają na bieganiu za granicą. Czy ich też należałoby wykluczyć ze startów w innych krajach, bo zabierają pieniądze miejscowym? To oczywiście bzdura. Światowej klasy polska maratonka – Wanda Panfil wygrała m.in. maraton w Londynie. Czy według krytyków słuszne byłoby nie dać jej pieniędzy, bo odebrała je Anglikom? Ale to może dotyczyć każdej dziedziny życia. Chciałbym powiedzieć, iż na wielu startach Kenijczycy są naprawdę lubiani, bo urozmaicają wydarzenie, ładnie się poruszają, osiągają stosunkowo dobre wyniki, a bardzo wiele osób, zwłaszcza dzieci, robi sobie z nimi zdjęcia, przybijają piątki i choćby dzięki temu zaczynają lubić bieganie i sport. Tak więc ta „kenijska inwazja” ma również swoje pozytywne strony.

W 2014 r. na nieistniejącym już „Biztoku” ukazał się skandaliczny artykuł Sebastiana Ogórka, w którym m.in. Piotr Szurowski twierdził, iż jego zawodnicy widzieli biegaczy z Benedek-Team biorących na punkcie odżywczym „dziwne tabletki”, dzięki którym biegli później w tempie 2:40/km. Szurowski twierdził też, iż dowodem na stosowanie dopingu Kenijczyków z Benedek-Team jest to, iż się nie pocą… Pod artykułem było prawie pół tysiąca komentarzy, a do sprawy w felietonie odniósł się Marek Tronina. Czy chciałby pan wrócić do tej rywalizacji pomiędzy waszymi grupami?

Na początku lat 2010. oprócz mnie i Sylwestra Niebudka w Polsce pracował jeszcze jeden polski „menedżer” współpracujący z kenijskimi biegaczami. Był to mieszkający w Wałbrzychu Piotr Szurowski. Rywalizacja między naszymi grupami była ogromna, ale zwykle wygrywali moi zawodnicy. Po pewnym czasie Piotr zaczął używać wszelkich dostępnych środków, aby przepędzić mnie z Polski i uniemożliwić mi dalszą działalność. W gazetach i wśród organizatorów biegów oczerniał mnie i moją drużynę.
Przesadził to tak bardzo, iż wywołało to powszechną niechęć do kenijskich biegaczy, a w konsekwencji także wobec jego własnych zawodników. Ponieważ nie mógł jeździć na biegi poza Polską z powodu braku rozpoznawalności i uznania, a w Polsce regularnie wygrywali moi biegacze, był zmuszony rzucić ręcznik i zrezygnować z walki, bo jego przedsięwzięcie zbankrutowało i przynosiło straty.
Właśnie wtedy nasiliły się jego ataki i kampania oszczerstw, w których twierdził, iż zawodnicy Benedek-Team stosują doping, są nadmiernie eksploatowani i inne kłamstwa.
Co ciekawe, kiedy zakończył działalność menedżerską, napisał do mnie wiadomość na Facebooku, w której przyznał, iż byłem lepszy i przeprosił za swoje liczne niegodne ataki, a następnie życzył mi wielu sukcesów. Przyjąłem te przeprosiny, bo wiem, iż to wszystko spowodowane było rywalizacją, a ja swoją większą wiedzą fachową okazałem się lepszym menedżerem.

Jednym z kolejnych zarzutów osób krytykujących Benedek-Team było to, iż uciekacie od płacenia podatków w Polsce…

Zupełnie tego nie rozumiem. W Polsce na każdym biegu obowiązują przepisy, które dotyczą również podatków. Zawsze przestrzegamy wszystkich warunków podatkowych, a podatek jest za każdym razem pobierany zgodnie z przepisami. Nie ma tutaj żadnych luk prawnych.

…oraz to, iż Benedek-Team ma niejasny status, nie posiada wszystkich pozwoleń, kontraktów.

Mam umowy ze wszystkimi biegaczami i posiadam zezwolenia od Kenijskiego Związku Lekkiej Atletyki na każdego z nich. Bez tego nie można by choćby ubiegać się o wizę. Sportowcy podlegają obowiązkowi wizowemu i otrzymują wizę oraz mogą wjechać do Europy tylko wtedy, gdy spełniają wszystkie wymogi przepisów wizowych strefy Schengen, co jest bardzo restrykcyjne i przestrzegane. W związku z tym każdy biegacz posiada zezwolenie oraz wizę wydaną przez ambasadę węgierską, która uprawnia do 90-dniowego nieprzerwanego pobytu. Ponadto należy przedstawić bardzo poważne gwarancje i wziąć odpowiedzialność za każdy krok sportowców. Do tej pory nie miałem żadnych problemów prawnych w związku z Benedek-Team i mam nadzieję, iż tak będzie w przyszłości. Dążę do tego, aby utrzymywać dobre relacje ze wszystkimi polskimi organizatorami i biegaczami oraz wzajemnie się szanować. Bo to jest sport, to jest lekkoatletyka, to jest bieganie, które wszyscy bardzo kochamy, bo to jest nasze życie!

Dziękuję za rozmowę!

Korzystając z okazji, dziękuję za możliwość wypowiedzenia się na bieganie.pl. Mam nadzieję, iż udało mi się przedstawić Benedek-Team w innym świetle i iż opinia o nas zmieni się na lepsze. Życzę wszystkim polskim miłośnikom lekkoatletyki udanych biegów i wielu sukcesów! Zsolt Benedek.

Idź do oryginalnego materiału