A. Płaczek: Żeby być lepszym, musisz mieć ciągle nowe wyzwania

4 godzin temu

Osiem lat we Francji, kolejne sezony na Węgrzech, mecze z najlepszymi zawodniczkami świata i dziesięć lat życia z dala od najbliższych. Adrianna Płaczek, bramkarka reprezentacji Polski, doskonale wie, ile kosztuje spełnianie sportowych marzeń. Ale wie też, iż warto podejmować ryzyko. Przed grudniowymi Mistrzostwami Europy Kobiet 2026, które zagoszczą w Polsce, opowiada o francuskim luzie, węgierskiej codzienności, samotności na emigracji, sile psychiki i o tym, dlaczego kiedyś chciałaby wrócić do Szczecina.

W domu rodzinnym pochodzącej z Leszna Adrianny Płaczek sport był czymś naturalnym. Trenował jej starszy brat i siostra, więc najmłodsza z rodzeństwa Ada naturalnie poszła w ich ślady. Od początku musiała rywalizować ze starszymi zawodniczkami, ale wcale nie planowała kariery bramkarki. Była leworęczna, co w piłce manualnej stanowi duży atut dla zawodniczki z pola. Podczas jednego z turniejów trafiła jednak między słupki i radziła sobie tak dobrze, iż została tam na dobre. – „Nie zamieniłabym tej pozycji na żadną inną. Jako dzieciak wszyscy chcieli strzelać gole, a ja chciałam ich bronić” – wspomina.

Dziś trudno byłoby wyobrazić sobie żeńską reprezentację Polski bez Ady Płaczek w bramce. Adrianna ma już na koncie 130 występów w kadrze oraz wiele udziałów w imprezach rangi mistrzostw świata czy Europy. W drużynie prowadzonej przez selekcjonera Arne Senstada większą liczbą meczów z orzełkiem na piersi pochwalić może się tylko kapitan Monika Kobylińska.

Jej pozycja, jak mówi sama zawodniczka, odpowiada jej charakterowi, choć wymaga szczególnej odporności. To jedna z najbardziej niewdzięcznych, ale i najbardziej fascynujących ról w drużynie. – „Pozycja bramkarza to indywidualizm w sporcie zespołowym. Jak zrobisz błąd, to już cię nikt nie uratuje. A jak koleżanki zrobią błąd, my możemy jeszcze spróbować go naprawić” – tłumaczy.

Francja, czyli drugi dom

Kiedy w 2017 roku wyjeżdżała z Polski, miała jasno określone marzenia. Chciała dalej grać z orzełkiem na piersi, spróbować sił za granicą i sprawdzić, jak daleko może zajść. Pierwszym i do dziś najważniejszym dla niej przystankiem była Francja. Spędziła tam osiem lat, reprezentując trzy kluby: Fleury Loiret Handball, Nantes Atlantique Handball, z którym zwyciężyła w rozgrywkach Ligi Europejskiej w 2021 roku oraz Paris 92 w stolicy kraju. Początki dalekie były jednak od sielanki.

– „Kiedy wyjechałam do Francji, okazało się, iż ludzie za bardzo nie mówią tam po angielsku. Pierwsze momenty były więc bardzo ciężkie. Po trzech miesiącach zadzwoniłam do menedżera i mówię: „Stary, co ja tu robię? Nikt tu nie mówi po angielsku!”. Do tego poziom sportowym, z którym się zderzyłam, był kosmiczny. Przeskok był bardzo duży i na początku pojawiły się myśli, iż to rok, więc przetrwam. Potem jednak postanowiłam nauczyć się francuskiego i to otworzyło mi drzwi” – wspomina Płaczek.

Dziś zawodniczka posługuje się francuskim swobodnie, a język stał się jednym z najważniejszych osobistych zysków z emigracji. – „Francję traktuję jak mój drugi dom. Spędziłam tam osiem lat życia. Dojrzewałam tam jako człowiek i jako zawodniczka” – mówi.

Francuska liga dała jej możliwość codziennego trenowania i rywalizowania z piłkarkami światowej klasy. Były też sukcesy, w tym wspomniane zwycięstwo Ligi Europejskiej z 2021 roku, na które – jak wspomina – niewielu stawiało. Jednak gdy Ada Płaczek opowiada o Francji, równie chętnie mówi o ludziach. – „To był jeden z najlepszych okresów w moim życiu. Francuzi mają w sobie taki spokój, taki luz. Na początku ciężko było mi się przestawić, ale z czasem sama się tego nauczyłam. To mnie ukształtowało”.

Z tamtych lat zostały przyjaźnie, które przetrwały przeprowadzkę i kolejne sezony. Pozostała też tęsknota za francuską codziennością. – „Mam tam wspaniałych przyjaciół, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakt. To jest fajne, iż kiedy zamykasz jakiś rozdział w piłce manualnej, nie zamykasz wszystkiego. Ci ludzie przez cały czas są wokół ciebie”.

Pozostał również sentyment do bagietek i croissantów, które – jak twierdzi – we Francji smakują zupełnie inaczej niż gdziekolwiek indziej. Nie wygrywają jednak z rodzinnymi smakami. – „Kocham polskie ciasta, pierogi, zupy. Polska kuchnia, jest zdecydowanie najlepsza!” – przekonuje.

Nie dla stabilizacji, tak wyzwaniom

Po ośmiu latach we Francji, licznych sukcesach, jak choćby tytuł najskuteczniejszej bramkarki ligi w okresie 2018/2019, Adrianna Płaczek mogła pozostać we Francji na dłużej. Miała doświadczenie, znała język, rozumiała miejscową kulturę i sportowe realia. Zdecydowała się jednak na zmianę. Jako kierunek wybrała Węgry, nową ligę i możliwość gry na najwyższym europejskim poziomie, także w Lidze Mistrzyń, w barwach debreczyńskiego DVSC Schaeffler. – „Człowiek jest doświadczony, ale każdego dnia się uczy i chce się rozwijać. Po ośmiu latach przyszedł moment, kiedy chciałam spróbować czegoś nowego. Pomyślałam: czemu nie?” – wyjaśnia.

Zmiana kraju oznaczała również zderzenie z inną mentalnością. Francuskiego spokoju nie odnalazła na Węgrzech. – „Francuzi są bardziej wyluzowani. Węgrzy są bliżsi Polakom. Mam wrażenie, iż są bardziej zestresowani, iż wszystko musi być na czas” – zauważa.

Francuskiego nauczyła się z uporem, ale z węgierskim nie poszło już tak łatwo. Choć próbowała, gwałtownie uznała, iż to wyjątkowo trudne zadanie. W klubie na co dzień komunikuje się przede wszystkim po angielsku. Jest za to coś, co szczególnie ceni w obecnym zespole. Po raz pierwszy od dziesięciu lat ma w klubowej szatni koleżankę z Polski, Monikę Kobylińską. – „Fajnie mieć swojego człowieka. Można porozmawiać w swoim języku, a kiedy masz gorszy dzień, zawsze jest ktoś bliski kulturowo. Przez dziesięć lat tego nie miałam” – podkreśla.

Cena marzeń i siła mentalna

Zagraniczna kariera to nie tylko piękne miasta, mecze Ligi Mistrzyń i podróże. To również święta spędzane daleko od domu, codzienność bez rodziny i przyjaciół oraz konieczność samodzielnego radzenia sobie z problemami. Tymczasem Ada Płaczek podkreśla, iż jest bardzo rodzinną osobą. – „Jestem bardzo blisko z rodziną, mam świetny kontakt z rodzicami. Czasami brakuje bliskich i przyjaciół. Nie zawsze jest pięknie i kolorowo. Są cięższe momenty, ale wiem, po co to robię” – mówi.

Dlatego młodym zawodniczkom nie przedstawia zagranicznego wyjazdu jako przepisu na łatwy sukces. Zwraca uwagę na wyrzeczenia, samotność i odpowiedzialność, którą trzeba wziąć za własne decyzje. Jednocześnie zachęca, by nie rezygnować z marzeń ze strachu. – „Zawsze mówię młodym zawodniczkom: o ile masz okazję, spróbuj. Do Polski zawsze możesz wrócić, bo to jest twój dom. Nie żałuję, iż podjęłam tę decyzję. Gdybym miała przeżyć to wszystko jeszcze raz, bez wahania zrobiłabym to samo”.

To podejście dobrze opisuje jej charakter. Nie szuka najłatwiejszej drogi. Woli sprawdzać własne możliwości. – „Żeby być lepszym każdego dnia, musisz mieć wyzwania w swoim życiu. I nie chodzi tylko o sport, ale też o normalne życie”.

Takie podejście to również efekt zainteresowania psychologią sportu i psychiką sportowca. Ada Płaczek studiuje podyplomowo i bardzo dużo czyta zarówno biografii sportowców, jak i książek poświęconych psychologii oraz coachingowi. – „Mental jest istotny w sporcie, a wciąż za mało się o tym mówi. Bardzo zaimponował mi Bartek Kurek, który w jednym z podcastów powiedział otwarcie o swoich problemach mentalnych. Bardzo wielu ludzi o tym nie mówi, bo się wstydzi” – zauważa.

Jej zainteresowanie nie wynika wyłącznie z ciekawości. Przez lata obserwowała, jak różne środowiska sportowe podchodzą do zdrowia psychicznego. Wspomina, iż jeszcze kilka lat temu w klubach francuskich, w których grała, temat ten nie był szeroko poruszany. Dziś dostrzega zmianę i uważa, iż sportowcy potrzebują większej otwartości w rozmowach o presji, stresie i emocjach. Czy to będzie właśnie jej droga po zakończeniu kariery sportowej? – „Trzeba mieć plan B w życiu. Mam swoje pomysły, ale na razie ich nie zdradzam” – komentuje z uśmiechem.

Zdradza jednak, iż sportową karierę będzie chciała zakończyć tam, gdzie wszystko się dla niej zaczęło, czyli w Szczecinie. W lokalnej Pogoni, pierwszym profesjonalnym klubie Ady, przez wiele lat współpracowała z drugim trenerem reprezentacji Polski Adrianem Struzikiem. Warunkiem jest awans zespołu do Lotto Superligi Kobiet. – „Już dziesięć lat jestem za granicą. Kiedyś będzie trzeba wrócić. Może nie teraz, ale na pewno chcę skończyć granie w Polsce” – zapewnia.

Francuskie wyzwanie na starcie ME w Polsce

Zbliżające się Mistrzostwa Europy Kobiet 2026 będą dla reprezentacji Polski szczególnym wydarzeniem. Biało-Czerwone zagrają przed własną publicznością, a jednym z najważniejszych wyzwań będzie pierwsze spotkanie z Francją, zaplanowane na sobotę 5 grudnia na godz. 18.00 (WIĘCEJ). W ramach fazy grupowej Polki podejmą jeszcze Ukrainę i Wyspy Owcze.

Dla Ady Płaczek ten rywal ma wyjątkowe znaczenie. – „Znam te zawodniczki, wiem, jak grają i jak się zachowują. Kiedy dziesięć lat temu wchodziłam do reprezentacji, patrzyłam na niektóre z nich jak na idolki. Teraz znam je i podejście jest zupełnie inne. Cieszę się, iż zagramy z takim zespołem przed własną publicznością. Mam nadzieję, iż mury i publika nas poniosą” – mówi.

Reprezentacja Polski przystępuje do mistrzostw Europy z ambitnym, ale konkretnym celem. Biało-Czerwone chcą znaleźć się w najlepszej ósemce turnieju. Płaczek nie zamierza ukrywać, iż sportowcy marzą również o czymś większym.

– „Kiedy zaczynasz mistrzostwa, każdy marzy o medalu. Nie oszukujmy się. Ale musimy postawić sobie jasny cel, żeby się do niego zbliżać. A później czasem pojawia się ten „flow”, który niesie wyżej. Przede wszystkim musimy pokazać charakter zespołu. Gramy u siebie, więc chcemy pokazać się z jak najlepszej strony. Chcemy udowodnić, iż coraz bardziej liczymy się w Europie” – dodaje na zakończenie.

Poznaj więcej reprezentantek:
Joanna Gadzina. Nie sądziła, iż jeszcze zagra w reprezentacji, choć rzuciła bramkę w meczu o brąz MŚ
Magda Balsam. Dąży do wielkości na przekór wszystkiemu
Dagmara Nocuń. Walka o powrót do kadry po półrocznej przerwie od piłki manualnej
Zuzanna Zimnicka. Rewelacja kadry młodzieżowej wdziera się na salony
Dominika Więckowska. Odważny krok i wyjście z cienia siostry
Karolina Jureńczyk. Niespodziewany transfer otworzył nowy rozdział
Paulina Uścinowicz. Piłka ręczna może być czymś więcej niż sportową karierą – sposobem na poznawanie świata i samej siebie
Patrycja Noga. Na reprezentację nie ma drogi na skróty
Monika Łęgowska. Lojalność i ciężka praca zawsze przynoszą efekty
Adrianna Górna. Dlaczego w sporcie zawsze trzeba chcieć więcej?
Aleksandra Olek: Na każdy trening i mecz wychodzę tak, jakby miał być ostatnim
Natalia Pankowska: Sport nauczył mnie, iż nic nie ma za darmo

Idź do oryginalnego materiału