Zmarł polski mistrz olimpijski. Był „złym chłopcem Stamma”

2 godzin temu

W nocy z poniedziałku na wtorek zmarł Marian Kasprzyk – poinformował Bielski Klub Bokserski Beskidy. Kasprzyk był ostatnim z żyjących polskich mistrzów olimpijskich w boksie. Miał 86 lat.

Spis treści

  1. Marian Kasprzyk nie żyje. Miał 86 lat
  2. Ze złamanym kciukiem
  3. Czytaj również na Weszło:

Marian Kasprzyk nie żyje. Miał 86 lat

Kasprzyk swoje złoto zdobył na igrzyskach w Tokio, w 1964 roku. To jedna z najlepszych imprez olimpijskich w historii Polski, ale też dla naszego boksu. Polscy bokserzy – podopieczni Feliksa „Papy” Stamma – wywalczyli wówczas aż siedem medali, z czego trzy złote.

Po mistrzostwo olimpijskie sięgnęli wówczas Józef Grudzień, Jerzy Kulej i właśnie Marian Kasprzyk. Wszystkie te sukcesy odnieśli na przestrzeni kilkudziesięciu minut! A wcześniej mało brakowało, by Kasprzyk w ogóle do Tokio nie pojechał…

O tym – i o samym Kasprzyku – więcej pisaliśmy w tekście poświęconym igrzyskom z roku 1964. Przypomnijmy więc cały ten fragment.

Jak Marian Kasprzyk zaczął boksować

Na podstawie życia Mariana Kasprzyka powstał między innymi film „Bokser” w reżyserii Juliana Dziedziny, w którym główną rolę zagrał Daniel Olbrychski. Zresztą całkiem niezłe dzieło. Pisano też powieści, zdarzały się nowele. Słowem – interpretowano je na wiele sposobów. Ale nic dziwnego, bo w życiorysie Kasprzyka faktycznie sporo się działo. Zdarza się jeszcze, iż sam o tym opowiada, bo przez cały czas żyje. Ze złotych medalistów w boksie z Tokio – jako jedyny.

Fragmenty rodem z powieści w jego życiu zaczynają się, gdy był jeszcze niemowlakiem. Ojca wywieziono wtedy na roboty do Niemiec. Dostał zgodę na sprowadzenie rodziny, ale przymusowi robotnicy nie mogli przewozić małych dzieci. Marian został więc ukryty… w walizce. Ponoć ani razu się nie rozpłakał, a niemieccy żołnierze nie postanowili – co im się zdarzało – przebijać bagaży bagnetami.

Po wojnie wraz z rodziną wrócił do kraju. Boksować zaczął jako nastolatek. Miał 19 lat, gdy stoczył pierwszą oficjalną walkę. I od razu sensacja – wygrał w niej bowiem z Henrykiem Niedźwiedzkim, brązowym medalistą igrzysk w Melbourne, rozgrywanych dwa lata wcześniej. gwałtownie zaczęto Kasprzyka przezywać „Małym Pappem” lub „Polskim Pappem”. Przypominał bowiem znakomitego węgierskiego pięściarza. Zgadzała się siła ciosu, odwrotna pozycja, sposób walki, a choćby wygląd.

Od lewej: Jerzy Kulej, Marian Kasprzyk i Józef Grudzień. Fot. Newspix

Na swoje pierwsze igrzyska pojechał do Rzymu, w 1960 roku. I to mimo tego, iż przegrał walkę z Jerzym Kulejem, która w teorii miała zadecydować o tym, kto tam wyruszy. Zaskoczony zapytał trenera, o co chodzi. Stamm powiedział mu: „Ty jesteś turniejowcem, w Rzymie wszystkich poprzewracasz”. Wyszło… prawie idealnie. Kasprzyk faktycznie znokautował Hiszpana Garcię (który sam nosił przydomek „króla nokautu”), potem wygrał z kolejnym rywalem, a w ćwierćfinale pokonał Wołodię Jengibariana, znakomitego radzieckiego pięściarza, mistrza olimpijskiego z Melbourne.

I to ta walka sprawiła równocześnie, że… nie zdobył złota. Po jednym z zadanych mu ciosów zrobił się bowiem krwiak.

Nasz lekarz, dr Jerzy Moskwa, natychmiast wpakował mnie do samochodu i zawiózł do wioski olimpijskiej, ale była ona odległa o dobrych kilka kilometrów i nim dojechaliśmy, już zastygł skrzep. Lekarze usiłowali ściągnąć krew z opuchlizny, ale nic z tego nie wyszło. Płakałem ze złości, dlaczego zaraz po zejściu z ringu nie pociągnąłem pazurem po skórze i nie rozciąłem jej? Może wtedy krwiak nie przysłoniłby całkiem prawego oka, może wtedy mógłbym walczyć… – mówił Tadeuszowi Olszańskiemu.

Skończyło się więc na półfinale, czyli brązowym medalu.

„Ich było trzech. Jeden leży, drugi leży…”

Kasprzyk wciąż był jednak bardzo młody, stąd poprawić ten wynik chciał w Tokio. Ale już rok po rzymskich igrzyskach załatwił sobie dożywotnią dyskwalifikację. Nie tylko z boksu, w ogóle ze sportu. Za co? Za pobicie milicjanta. Gruba sprawa, trudno było tak naprawdę o większe przewinienie.

To było tak, iż wchodziłem do restauracji, a on wychodził. Był wypity i mnie popchnął. Ja na to: przepraszam. A on: co ty, gówniarzu! Ja odchodzę, on za mną i uderzył mnie w twarz. Rozciął mi wargę. Drugi raz już nie trafił. Stało się tak, jak się stało. Ich było trzech. Jeden leży, drugi leży… Nie wiedziałem, iż to milicjant. W cywilu był, wypity. On miał jakieś 30 lat, mówili o nim, iż fajny facet. Ale nie było szans, żeby się potem jakoś dogadać. Skończyło się tak, iż jego wyrzucili z pracy, a mi dali 8,5 miesiąca wyroku. Zrobili ze mnie chuligana.[…] Nigdy nie czułem się tak pokrzywdzony, jak wtedy. Zaraz zabrali mnie do więzienia w Katowicach. Było ciężko. kilka brakowało, a bym się dorobił większego wyroku. W żartach do kogoś powiedziałem: uważaj, bo z butów wyskoczysz. Potem mnie prowokował: ty łobuzie, ty chuliganie. Kiedy mnie zawiesili? Od razu, na procesie. Powiedzieli, iż nie mogę być przykładem dla młodzieży, iż jestem chuligan – mówił nam w przeszłości sam Kasprzyk.

Wciąż jednak wierzył w niego Feliks Stamm. Długo trwała zresztą walka o anulowanie dyskwalifikacji, włączyli się w nią prawnicy, profesorowie, a swoje zdanie o Kasprzyku przekazał też Zbigniew Pietrzykowski, który sam cieszył się znakomitą opinią. Tę walkę poza ringiem udało się wygrać, więc Marian do kadry wrócił – dwa lata po swoim przewinieniu.

Ze złamanym kciukiem

Znów, jak przed Rzymem, Papa zaufał swojemu „złemu chłopcu”, mimo iż ten przegrał walkę na mistrzostwach Polski, przed igrzyskami, z Leszkiem Drogoszem.

I znów miał nosa. Kasprzyk w Tokio bezproblemowo przechodził przez kolejne rundy. Aż do finału. A tam kolejny dramat.

Pierwsza runda walki, robię zwód, biję prawym sierpowym. Aż mi świeczki stanęły w oczach, ręka poszła, złamałem kciuk. Po pierwszej rundzie mówię o tym do trenera, ale do niego nie dochodzi. To był szalony dzień, trener Stamm był w ogromnych emocjach, cieszył się, denerwował. Dopiero po drugiej rundzie do niego doszło, iż mam złamany palec. Mówię: rękę złamałem. Gdzie?! Złapał mnie za przegub. Nie, nie, kciuk. To co, poddać cię? Nie, jedziemy dalej! Tu dobrze widać relację trenera z zawodnikiem. Krótka piłka: poddać cię? Nie, jedziemy dalej. Dziś trener musiałby rozmawiać, przekonywać, iż szkoda poddać, ale z drugiej strony może głupio rozbijać rękę i tak dalej. U nas było krótko: poddać, czy nie. Mówię: ile dam radę, tyle będę boksował. Wygrałem 4:1 – wspominał w rozmowie z Weszło.

Marian Kasprzyk po latach, ze swoimi medalami. Fot. Newspix

Wygrał więc. A wraz z nim wygrał też trener Stamm. A co działo się dalej? Kasprzyk powalczył jeszcze do Meksyku, tam jednak splot okoliczności sprawił, iż przegrał – po słabej walce – w I rundzie. Potem skończył karierę.

Co ciekawe, nigdy nie został też… mistrzem Polski. Ale ma w dorobku znacznie cenniejszy tytuł.

Fot. Newspix

Czytaj również na Weszło:

  • Ten był kontuzjowany, ta też, a tego nie chciała władza. Potem wszyscy zdobyli złota
  • Spowiedź mistrza. Życie i czasy Mariana Kasprzyka
Idź do oryginalnego materiału