Podatkiem, który Barcelona płaci za swoją wielkość, jest to, iż zaledwie dwie z rzędu porażki wystarczają, by wywołać kryzys i olbrzymi ferment. Dwie porażki wystarczają też, by przypomnieć, jak nieszczelnym jest klubem i ilu dziennikarzy ma nasłuch na szatnię i biura. Dwie porażki, tym bardziej poniesione w takim stylu jak te z Atletico i Gironą, wystarczają, by pojawiły się pęknięcia w fundamencie budowli Hansiego Flicka.
REKLAMA
Katalońscy dziennikarze rozpisywali się w weekend o wściekłych członkach zarządu Barcelony, którzy wracając z Madrytu po porażce z Atletico, mieli stwierdzić, iż "jest różnica między odwagą a brawurą", a Hansi Flick wydaje się kompletnie jej nie dostrzegać. Podobne wątpliwości mieli wyrażać też sami piłkarze. "The Athletic" przywołuje słowa jednego z obrońców: "skoro nie potrafimy skutecznie naciskać na rywali, to nie ustawiajmy obrony tak wysoko", które miały paść w piątek, dzień po meczu z Atletico, podczas odprawy Flicka. Zawodnicy mieli mu wtedy szerzej powiedzieć o swoich spostrzeżeniach i obawach. Niemiec ponoć wszystkiego spokojnie wysłuchał, ale na niedzielnym treningu znów zagonił drużynę do wysokiego pressingu.
To zresztą nie pierwszy raz, gdy Flick dochodzi do wniosku, iż dopracowanie podstawowego planu jest lepsze niż szukanie alternatywy. Po szalonych spotkaniach z Benficą czy Borussią Dortmund z poprzedniego sezonu, a przede wszystkim po przegranym półfinałowym dwumeczu Ligi Mistrzów z Interem, podszedł do sprawy identycznie. W swój ryzykowny i nasiąknięty pressingiem styl gry nie zwątpił też po rozczarowujących meczach z tego sezonu - porażce 0:3 z Chelsea i remisie 3:3 z Club Brugge.
I właśnie bezkompromisowość nadała niepozornemu poniedziałkowemu meczowi z osadzoną w środku tabeli Gironą bardzo duże znaczenie. Barcelona miała w nim nie tylko zareagować na dotkliwą porażkę z Atletico i naprawić kłujące w oczy błędy, ale przede wszystkim udowodnić, iż pomysł Flicka wciąż jest bardziej niebezpieczny dla rywali niż dla niej samej.
Flick chciał ratować swój pomysł Raphinhą. Nie wyszło
Wyszło jednak odwrotnie. Barcelona nie była co prawda aż tak bezradna, jak w meczu z Atletico, w którym pierwsza połowa była zdecydowanie najgorszą w całej kadencji Flicka, ale w bałaganie i chaosie, który panował na boisku przez niemal całe spotkanie, i tak znacznie lepiej odnajdywali się piłkarze Girony, którzy oddali 13 strzałów na bramkę (9 celnych), stworzyli pięć świetnych okazji i mieli xG na poziomie 2,86. Dobrym podsumowaniem tego meczu był wybór najlepszego piłkarza - mimo porażki i dwóch wpuszczonych bramek został nim Joan Garcia, czyli bramkarz Barcelony. Rzecz bowiem w tym, iż gdyby nie jego znakomite interwencje, porażka byłaby znacznie wyższa.
Barcelona przecieka w wielu miejscach równocześnie. Atletico najłatwiej przedzierało się prawą stroną, ale już Girona najgroźniejsze okazje stwarzała stroną lewą. Atletico dręczyło nieustannymi atakami Alejandro Balde, Girona - Julesa Kounde. Obaj rywale równie łatwo przedzierali się natomiast środkiem, gdzie zawodzili Frenkie De Jong i stoperzy – Pau Cubarsi i Eric Garcia. Nie zmieniło się też to, iż znów nie istniał pressing Barcelony - tylko dwa razy (!) w trakcie całego meczu udało się jej odzyskać piłkę na połowie Girony. Oba przypadki miały miejsce już w ostatnim kwadransie.
I choć niewątpliwie największym problemem Barcelony jest obrona, to w grze do przodu też jest sporo do poprawy. W słabej formie są ofensywni pomocnicy - Dani Olmo i Fermin Lopez, zawodzą też napastnicy -grający od początku Ferran Torres i wpuszczony z ławki Robert Lewandowski. Najtrudniej ocenić występ Lamine Yamala, który był równie aktywny (miał ponad sto kontaktów z piłką i oddał siedem strzałów), co nieskuteczny (tylko jedno uderzenie było celne). 19-latek, przy bezbramkowym remisie, zmarnował też rzut karny. Trafił w słupek, co przypomniało, iż Barcelona często ma też w tym sezonie pecha, bo w słupek lub poprzeczkę trafiała już 26 razy. Zdecydowanie najwięcej ze wszystkich zespołów.
Porażka z Gironą jest bolesna i alarmująca. Najlepszym dowodem na to, jak istotny z perspektywy Flicka był ten mecz, jest wystawienie w nim Raphinhi, który przez kontuzję uda opuścił trzy ostatnie spotkania i nie trenował przez równo dwa tygodnie. Do zdrowia wrócił dopiero w środku poprzedniego tygodnia, zdążył raptem trzy razy trenować z zespołem, a mimo to wyszedł w pierwszym składzie i był na boisku do 60. minuty. Można być pewnym, iż gdyby czasy były spokojniejsze, Brazylijczyk byłby wprowadzany stopniowo. Ale Flick, czując najpewniej, iż musi uwiarygodnić swój pomysł na grę zespołu i obronić najważniejsze wartości, postanowił zaryzykować. Potrzebował Raphinhi przede wszystkim do tego, by poprawić pressing całego zespołu. Kapitan Barcelony jest bowiem nie tylko najważniejszym zawodnikiem w ofensywie, ale też doskonale realizuje zadania związane z odbiorem piłki i wywieraniem presji na rywalach. Jego powrót Barcelonie jednak nie pomógł.
"Deadline" dla Flicka i Barcelony
- Mamy dużo jakości i możemy pokonać każdego. Ale jeżeli nie będziemy skoncentrowani, to taka pierwsza połowa, jak z Atletico, się powtórzy - przestrzegał Hansi Flick przed wyjazdem do Girony. I z tym akurat miał rację. Koncentracji zabrakło Barcelonie przede wszystkim w drugiej połowie, tuż po tym, jak wyszła na prowadzenie, dzięki golowi Pau Cubarsiego. W teorii był to idealny moment, by uspokoić mecz i zacząć go kontrolować. Tymczasem już dwie minuty później Girona wyrównała i dostała dodatkowego kopa. - Girona zasłużyła na zwycięstwo. Nie byliśmy wystarczająco dobrzy. Szczególnie w przechodzi z ataku do obrony -mówił Flick.
Barcelona częściej posiadała piłkę, ale ani przez moment nie miała kontroli nad meczem. Jej formacje były rozciągnięte, a pressing nieskuteczny. Obrońcy Girony łatwo mijali podaniami atakujących rywali, dzięki czemu pomocnicy i napastnicy mieli więcej miejsca. W efekcie Barcelona - kolejny raz w tym sezonie - była bardzo podatna na zranienia po kontratakach. Niby nic nowego, ale łatwość, z jaką piłkarze Girony dostawali się pod jej pole karne, była jednak zaskakująca. Co innego, gdy Barcelona nie może zapanować nad gwiazdami Atletico czy Chelsea, a co innego, gdy nie radzi sobie z zawodnikami Girony.
- Nasze ustawienie nie było dobre. Zwłaszcza w środku pola. Popełnialiśmy bardzo dużo błędów. Musimy jak najszybciej wrócić na adekwatne tory, bo w tym momencie niczego nie robimy dobrze - surowo recenzował swój zespół Hansi Flick.
Marnym pocieszeniem jest fakt, iż w spotkaniu z Gironą na niekorzyść Barcelony pomylił się sędzia Soto Grado, który nie dostrzegł faulu na Julesie Kounde tuż przed golem Girony na 2:1. Co gorsza, nie został też wezwany przez sędziów VAR, by jeszcze raz przyjrzał się tej sytuacji. Większość ekspertów nie ma wątpliwości - ten gol nie powinien zostać uznany. Najlepiej podsumował to Flick. - Czasami sędziowie popełniają błędy. Dziś byli na tym samym poziomie, co my.
To kryzys, jakiego Flick w Barcelonie jeszcze nie doświadczył. Same wyniki - to jedno. Utrata pozycji lidera La Ligi na rzecz Realu Madryt najpewniej nie martwi go tak bardzo, jak tocząca się wokół klubu i - jak przekonują katalońscy dziennikarze, również w samym zespole - dyskusja o stylu drużyny. Jego pomysł na grę Barcelony, który przyniósł w poprzednim sezonie tak wiele sukcesów (mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla, Superpuchar, półfinał Ligi Mistrzów) i tak wiele pasjonujących meczów, wymaga bowiem absolutnej wiary piłkarzy w jego słuszność. Pressing Barcelony jest skuteczny wtedy - i tylko wtedy - gdy cały zespół funkcjonuje, jak jeden organizm. Gdy wszyscy piłkarze wiedzą, co robić, a ich ruchy są zsynchronizowane, rywale czują się przytłoczeni i bezradni. Ale jeżeli wkradają się wątpliwości, struktura zaczyna się chwiać. I wtedy to Barcelona wygląda na bezradną.
Najbliższe mecze powinny wyjaśnić, czy Niemiec zacznie pracować nad planem B, czy wciąż będzie chciał naprawić plan A. Czasu ma niewiele. Już w marcu spotkania 1/8 Ligi Mistrzów, a Barcelona może trafić na broniące tytułu PSG. To jest "deadline" dla Flicka. jeżeli do tego czasu nie uszczelni obrony, nie ma czego szukać w tych meczach.

2 godzin temu