Zdobył złoto i od razu zalał się łzami. Niewyobrażalna tragedia

1 godzina temu
Johan-Olav Botn pędził do mety jak natchniony. W biegu indywidualnym na 20 km w biathlonie walczył nie tylko z arcyrywalem z Francji Erikiem Perrotem, ale też ze wszystkimi demonami, które go dopadły. Norweg kilka tygodni temu odkrył śmierć swojego przyjaciela, również biathlonisty. To dlatego po przekroczeniu mety, gdy wiedział już, iż wyszarpał złoto, zalał się łzami i wykrzyczał do kamery: "Sivert, udało się!". To być może najbardziej wzruszająca historia tych igrzysk.
Urodzenie się w kraju, który jest sportową potęgą, ma swoje blaski i cienie. Będąc Austriakiem czy Norwegiem ma się o wiele większe możliwości rozwoju w skokach czy narciarstwie alpejskim. Sprzęt, szkolenie, obiekty do trenowania. Z drugiej strony aby osiągnąć sukces, musisz przebić się przez szczelne sito i osiągnąć najwyższy poziom.

REKLAMA







Zobacz wideo Wicemistrzowi olimpijskiemu nie uderzy sodówka



Botn długo czekał na szansę. Legendarni bracia otworzyli mu drzwi
Jesteśmy pewni, iż austriackiego skoczka Manuela Fettnera oglądanie igrzysk sprzed telewizora musi boleć. Jako 11. zawodnik klasyfikacji generalnej Pucharu Świata miałby pewną kwalifikację olimpijską, będąc reprezentantem praktycznie każdego kraju, z wyjątkiem Austrii właśnie. Takich przypadków w wielu dyscyplinach jest mnóstwo, a przez pewien czas w biathlonie był nim Johan-Olav Botn. Norweg musiał na swoją szansę w narodowej kadrze w Pucharze Świata trochę poczekać, mimo iż wyniki, jakie notował na jego zapleczu, w praktycznie każdej innej by go do takowej uprawniały.
W poprzednim sezonie Botn aż dziesięciokrotnie stawał na podium zawodów Pucharu IBU, czyli biathlonowej drugiej ligi. Trudno mu jednak było wbić się do norweskiej kadry na Puchar Świata, jako iż ten kraj miał czterech zawodników w Top 10 klasyfikacji generalnej, a kolejnych dwóch na miejscu 11. oraz 13. Zresztą choćby w Pucharze IBU nie był najlepszym z Norwegów, bo zajął trzecie miejsce w "generalce" na podium, które było w pełni norweskie. Wyprzedzili go Isak Frey oraz Sivert Guttorm Bakken.
Dopiero w tym sezonie dostał realną szansę. Pomogła mu zmiana pokoleniowa, bo kariery w kadrze skończyli legendarni bracia Boe: Tarjei i Johannes Thingnes. Otworzyło to drzwi do Pucharu Świata właśnie dla Botna.


Wszystko szło znakomicie. Aż nadszedł ten dzień...
Dla Botna powrót do PŚ okazał się jak bezbłędna wizyta na strzelnicy. Szło mu perfekcyjnie: Norweg stawał na podium w pięciu z siedmiu pierwszych zawodów sezonu. Trzy razy wygrał, wskoczył na pozycję lidera klasyfikacji generalnej. Ale nikt, absolutnie nikt na czele z nim samym nie mógł przewidzieć tego, co wydarzy się na dzień przed ubiegłoroczną Wigilią.



Był wtorek 23 grudnia we włoskiej miejscowości Varena. Botn przebywał w jednym z tamtejszych hoteli wraz z m.in. Sivertem Guttormem Bakkenem. Obaj byli nie tylko kolegami z reprezentacji, ale też prywatnie przyjaciółmi. Wiele razy wspólnie trenowali, znali się bardzo dobrze. Tamtego dnia planowali z samego rana udać się na narciarski trening. Botn chciał wyjąć z bagażnika samochodu ich narty oraz kijki, więc udał się do pokoju Bakkena, by zabrać kluczyki. Tego, co zobaczył po wejściu, nie zapomni nigdy. Choć z całą pewnością bardzo by chciał.
Jego przyjaciel leżał w bezruchu. - To był kompletny szok. Wpadłem w panikę. Chciałem wezwać policję i pogotowie, ale nie zdołałem. Pobiegłem szukać pomocy. To były minuty. Niezwykle stresujące - opowiadał potem Norweg w rozmowie z telewizją TV2. Guttorm Bakken już nie żył, gdy jego przyjaciel go znalazł. - Jego ciało było kompletnie bezwładne, a twarz blada. Od razu wiedziałem, iż już nie żyje. Jednak dopiero, gdy przyjechała karetka, zaczęło do mnie w pełni docierać, co się adekwatnie wydarzyło - powiedział Johan-Olav Botn.


Tajemnicza śmierć przyjaciela wstrząsnęła Norwegiem. Nie był w stanie startować
Do dziś nie wiadomo, co dokładnie spowodowało śmierć 27-letniego reprezentanta Norwegii. Gdy Botn go znalazł, Bakken miał na sobie maskę hipoksyjną. To specjalne urządzenia, które obniżają zawartość tlenu w powietrzu, co pomaga sportowcom w dostosowaniu się do warunków, jakie panują wysoko w górach, choćby do 7000 metrów nad poziomem morza. Ich stosowanie jest w pełni legalne, choć zwykle zależy od preferencji samych zawodników. Nie brakuje przeciwników ich używania bez ścisłego nadzoru medycznego. Wielu ekspertów uznało to za zaskakujące, iż akurat ten biathlonista się na to zdecydował. W 2022 roku zachorował na zapalenie mięśnia sercowego, co odebrało mu dwa lata kariery.
Prokuratura badająca sprawę ogłosiła, iż wyniki sekcji zwłok Norwega będą znane dopiero w marcu. Do tego czasu nie ma żadnej pewności, czy jego śmierć miała powiązanie z używaniem maski, dawnymi problemami z sercem, czy jeszcze czymś innym. Mimo braku jednoznacznych dowodów, krótko po śmierci Bakkena Norwegowie nakazali swoim sportowcom zaprzestanie korzystania z masek hipoksyjnych w celu przygotowań do zimowych igrzysk. Pojawiały się także medialne doniesienia, iż Światowa Agencja Antydopingowa (WADA) niedługo przyjrzy się maskom pod kątem bezpieczeństwa dla sportowców i niewykluczone, iż po prostu wpisze je na listę rzeczy zakazanych. Już wcześniej analizowano je w kwestii uzyskiwania nieuczciwej przewagi.



Cały narciarski świat był w szoku. Jednak nic nie może się równać z tym, co przeżywał Johan-Olav Botn. Norweg musiał skorzystać z pomocy psychologa. Wycofał się też na pewien czas z rywalizacji w Pucharze Świata, nie mogąc skupić się na sporcie. Zabrakło go przez to w Oberhofie i Rupholding.



Zmarły przyjaciel chciałby dla niego tylko jednego. Botn dobrze wiedział, o co chodzi
Wystartował dopiero w ostatnich zawodach przed igrzyskami w czeskim Novym Meście. Zajął 12. miejsce w biegu indywidualnym na 15 km oraz siódme w rywalizacji ze startu wspólnego. Jednak to, co zobaczył tego feralnego dnia we Włoszech, zostanie z nim na zawsze. - Mam w swojej głowie obrazy, z którymi będę musiał żyć już do końca swych dni. To bardzo ważne, bym znalazł sposób, na pogodzenie się z tym - mówił w wywiadzie dla TV2. Podkreślił w nim jednak coś równie istotnego. - Razem z Sivertem ciężko pracowaliśmy, by znaleźć się w tym miejscu. Wiem bardzo dobrze, co on chciałby, żebym zrobił: trenował i stał się jak najlepszy - powiedział Botn, dając jasno do zrozumienia, iż jedzie na igrzyska i nie zabraknie mu motywacji.
Oczywiście motywacja to jedno, a uniesienie emocji to drugie. Norweg musiał poradzić sobie nie tylko z traumą, ale także faktem, iż był to dla niego debiut na igrzyskach. Samo to "pożarło" już w historii niejednego faworyta, a dla Botna ładunek emocjonalny był wręcz potrójny. Bardzo wiele o jego dyspozycji miała powiedzieć już pierwsza konkurencja, czyli bieg indywidualny na 20 km. Mimo przerwy w startach Norweg pozostaje wiceliderem klasyfikacji punktowej Pucharu Świata za tę konkurencję. Przed nim jest tylko Francuz Eric Perrot, który w trakcie nieobecności Norwega został nowym liderem także klasyfikacji generalnej (Botn jest teraz na czwartym miejscu).
Silna psychika i celne oko zdziałały cuda! Wpadł na metę w chwale i od razu spojrzał w niebo
Norwegowi trafił się 58. numer startowy, czyli było jasne, iż ruszy na trasę po większości z najpoważniejszych rywali (Perrot miał 38, Włoch Tommaso Giacomel nr 52). Zatem to on będzie miał do przeskoczenia poprzeczkę. Tym, który ją zawiesił, okazał się Perrot. W momencie, w którym Botn zmierzał do mety, to właśnie Francuz prowadził i to z ogromną przewagą nad drugim Finem Ollim Hiidensalo (grubo ponad minuta). Jednak lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata zrobił coś, czego Norweg uniknął, czyli zaliczył jedno pudło na strzelnicy.



Botn miał na niej 20/20, rozwiewając wątpliwości, czy poradzi sobie z emocjami. To właśnie okazało się kluczowe. Po czwartym strzelaniu miał międzyczas lepszy od Francuza o 11,7 sekundy. Z każdym kolejnym metrem stawało się jasne, iż mu się uda i sięgnie po złoto. Gdy wpadł na metę, wszystko się potwierdziło. Botn uzyskał czas o 14,8 sekundy lepszy od jego francuskiego przeciwnika! Zaraz za linią mety niemal od razu popatrzył w niebo, jakby szukając nad sobą duszy przyjaciela, a potem zalał się łzami. Wszelkie emocje mogły wreszcie znaleźć ujście, a wszystko to w atmosferze fenomenalnego triumfu. Podszedł potem też do kamery i wykrzyczał do niej "Sivert, udało się!".
Biegł z przyjacielem "na ramieniu". To nie koniec jego medali?
- Na ostatnim okrążeniu wszelkie emocje zaczęły mnie zalewać. Myślałem o Sivercie i czułem, jakbyśmy to ostatnie kółko biegli razem. Razem wpadliśmy na tę metę. Kiedy zobaczyłem jedynkę obok swojego nazwiska, pomyślałem o tych wszystkich godzinach, które spędziliśmy razem na treningach. Bardzo emocjonalne przeżycie - mówił po wszystkim w rozmowie z norweskimi i szwedzkimi dziennikarzami mistrz olimpijski.





Norweg napisał jedną z najbardziej emocjonalnych historii zimowych igrzysk, a cała ta historia ma złotą kropkę. Oczywiście to jeszcze nie koniec. Przed biathlonistami jeszcze sprint na 10 km, bieg pościgowy na 12,5 km oraz rywalizacja ze startu wspólnego (15 km), a między tym wszystkim jeszcze sztafeta 4x 7,5 km. Johan-Olav Botn z pewnością marzy o kolejnych medalach i biorąc pod uwagę, co pokazał we wtorek, nie da się wykluczyć, iż je zdobędzie. Następny w jego planach jest sprint, który odbędzie się w piątek 13 lutego o 14:00.
Idź do oryginalnego materiału