Czyja gwiazda zaświeci najjaśniej w Białym Domu? / autorka grafiki: Zuzanna PrusiewiczRok 2026 ma być dla Stanów Zjednoczonych wyjątkowy. Wszystko za sprawą 250. rocznicy uzyskania niepodległości. Administracja prezydenta dąży do organizacji szeregu wydarzeń, które mają uświetnić tę szczególną dla USA rocznicę. Jednym z nich ma być gala organizacji UFC w Białym Domu 14 czerwca. Chociaż Dana White od paru miesięcy zapowiada najpotężniejszą galę w historii, to w ostatnim czasie słychać szmer niezadowolenia pośród fanów. Przyjrzyjmy się temu, czy jest on uzasadniony.
A więc stało się. Wszystko wskazuje na to, iż UFC Freedom nie będzie kolejną rzuconą w eter obietnicą prezydenta USA. Mimo szalejących na całym świecie konfliktów, „jego ekscelencja” Donald Trump, nie zapomina o łaknących rozrywki Amerykanach. Żeby wyjść naprzeciw oczekiwaniom swoich rodaków, zafunduje nam we współpracy ze sternikiem UFC pierwszą w historii galę MMA w Białym Domu. Chociaż pomysł może wydawać się absurdalny, to trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, iż wzbudza duże zainteresowanie. Szczególnie mając na uwadze zapowiedzi organizatorów, którzy obiecują nam coś, czego jeszcze nie było nam dane obejrzeć. Jak to się jednak ma do rzeczywistości? Rozpocznijmy analizę od przeglądu zaprezentowanej 8 marca karty walk.
Lopes vs Garcia
Na otwarcie zaserwowano nam pojedynek Diego Lopesa ze Steve’em Garcią. Jest to jedno z niewielu starć na niedawno ogłoszonej karcie, wobec których trudno mieć jakieś zastrzeżenia. Z jednej strony Brazylijczyk, który spróbuje wrócić na zwycięskie tory po porażce z aktualnie panującym mistrzem – Alexandrem Volkanovskim, z drugiej rozpędzony serią spektakularnych zwycięstw Amerykanin. Zestawienie broni się zarówno pod względem pozycji w rankingu obu zawodników, jak i widowiska, które mogą nam sprezentować. Jeden i drugi są znani ze wściekłego nacierania i dążenia za wszelką cenę do znokautowania przeciwnika.
Nickal vs Daukaus
Drugi pojedynek na karcie i pierwsza spora wpadka matchmakerów. Kiedy przeciętny fan wodzi wzrokiem po karcie walk i widzi obok siebie te dwa nazwiska, na usta ciśnie mu się pytanie – dlaczego ktoś to zestawił? Mówimy tu bowiem o walce, która nie przyciągnęłaby tłumów choćby na standardowej gali, a co dopiero na ,,największej gali w historii”. Chociaż obecność Bo Nickala nie dziwi, ponieważ prawdopodobnie każdy, kto w miarę uważnie śledzi MMA, zdawał sobie sprawę, iż organizacja zrobi wszystko, żeby zorganizować zawodnikowi z Kolorado pojedynek na tę okoliczność, to dobór przeciwnika może zaskakiwać. Starcie nie zapowiada się spektakularnie pod kątem przebiegu, a jego wartość medialno-rozrywkowa zdaje się nie być na szczególnie wysokim poziomie. Warto też zwrócić uwagę na fakt, iż panowie jako jedyni spośród gladiatorów, którzy staną w szranki w ogródku Donalda Trumpa, nie są sklasyfikowani w rankingu swojej kategorii wagowej, co jeszcze bardziej odbiera prestiż temu zestawieniu.
Ruffy vs Chandler
Batalia tych gentlemanów wzbudza bardzo mieszane odczucia. Czy będzie ekscytująca? Prawdopodobnie. Czy będzie efektowna? Zapewne. Czy jednak ma to sportowy sens? Naprzeciwko siebie stanie zjawiskowy Brazylijczyk i będący u schyłku kariery Amerykanin, który z walki na walkę wygląda coraz gorzej. Nie twierdzę, iż Chandler nie ma żadnych szans, aczkolwiek trudno sobie wyobrazić scenariusz, w którym nie kończy starcia znokautowany i to być może choćby w pierwszej rundzie. To, co może zaskakiwać, to fakt, iż UFC decyduje się wysłać Amerykanina na pożarcie na gali, która w założeniu ma celebrować wielkość Stanów Zjednoczonych.
O’Malley vs Zahabi
Najdziwniejsza pozycja całej rozpiski. Nikt o nią nie prosił, nikt na nią nie czekał. Oczywiście wszyscy spodziewaliśmy się, iż O’Malley otrzyma pojedynek w Białym Domu, ale raczej każdy zakładał, iż organizacja wbrew sportowej przyzwoitości, spróbuje zorganizować mu pojedynek mistrzowski, albo zestawi z Umarem Nurmagomedovem. Rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza. Chociaż należy szanować umiejętności Zahabiego, a także jego pokaźną serię zwycięstw, to jest on zawodnikiem, który nie wzbudza wśród kibiców żadnych emocji. Nie walczy porywająco, a medialnie praktycznie nie istnieje. Zdaje się, iż jedyny powód zorganizowania tej potyczki, to próba przyciągnięcia przed telewizory młodszej widowni osobą cukierkowego O’Malleya.
Pereira vs Gane
Bez wątpienia najlepsza rzecz, którą może zaoferować nam UFC Freedom. Alex Pereira stanie się pierwszym zawodnikiem w historii organizacji, który dostąpi możliwości zdobycia pasa mistrzowskiego trzeciej kategorii wagowej. Co prawda mówimy tu tylko o pasie tymczasowym, jednakże wciąż jest to monstrualne wręcz osiągnięcie. Naprzeciw Brazylijczyka stanie niezwykle niebezpieczny striker Ciryl Gane. Będzie to dla Francuza już druga szansa na zdobycie pasa tymczasowego i łącznie czwarta mistrzowska walka pod egidą UFC (dotychczasowy bilans: 1-2-1). Stylistycznie jest to wybitnie interesujący pojedynek, w którym trudno wskazać faworyta. Możemy domniemywać, iż czeka nas spektakularna kickboxerska szermierka, która spokojnie może zakończyć się przed czasem. Nie można jednak wykluczyć, iż Gane spróbuje zaskoczyć próbami zapaśniczymi. Jedyna rzecz, która w kontekście tego starcia może wzbudzać niedosyt u fanów to fakt, iż stawką jest tylko pas tymczasowy. Niefortunny uraz Toma Aspinalla sprawił, iż po raz kolejny nie będzie nam dane zobaczyć walki o prawowity tytuł kategorii ciężkiej (w ciągu ostatnich czterech lat odbyły się zaledwie cztery takowe starcia). Warto wspomnieć, iż za chwilową absencję mistrza, odpowiada właśnie wyżej wspomniany Francuz, który potraktował Brytyjczyka brutalnym atakiem wyprostowanymi palcami prosto w oczy na zeszłorocznej gali w ZEA.
Topuria vs Gaethje
Z pozoru wisienka na torcie, ale czy rzeczywiście? Oczywiste było, iż prędzej czy później prawowity mistrz będzie musiał stanąć do obrony pasa z mistrzem tymczasowym. Jednak czy powinno do niej dojść właśnie na tej gali? Chociaż każdy zdaje sobie sprawę, iż nie należy nigdy całkowicie skreślać Amerykanina, to raczej nikt nie ma złudzeń, iż będzie to walka do jednej bramki. Trudno wyobrazić sobie scenariusz inny niż wygrana El Matadora przez nokaut w pierwszej lub drugiej rundzie. A przecież potencjał mistrza jest ogromny! Mówimy tu bowiem nie tylko o być może najlepszym zawodniku na świecie, ale także o jednym z najbardziej medialnych. Kiedy masz do dyspozycji „hiszpańskiego naśladowcę” Connora McGregora, to aż prosi się, żeby zorganizować mu walkę przystającą do okoliczności gali. W szczególności, iż od miesięcy w powietrzu da się wyczuć złą krew między nim, a drugą największą gwiazdą federacji, czyli Islamem Makhachevem. W przestrzeni medialnej krążą choćby plotki, iż federacja podjęła próbę organizacji takowego starcia, co zdaje się potwierdzać szermierka słowna w social mediach, między oboma panami. Spokojnie możemy mówić tu o niezwykle zmarnowanym potencjale na jedno z najbardziej ikonicznych starć w historii.
Tak więc, czy gala w Białym Domu będzie dobra? Trudno powiedzieć. Karta walk nie jest zła. Prawdopodobnie na innym wydarzeniu byłaby choćby odbierana jako bardzo dobra. W obliczu wcześniejszych zapowiedzi wypada jednak dość blado. To, co także wzbudza niepokój, to zaledwie sześć walk. I pewnie można by przymknąć na to oko, gdyby nie fakt, iż nie skróci to czasu całego eventu i możemy być świadkami sytuacji rodem z Super Bowl, kiedy to przyjdzie nam czekać półtorej godziny między starciami ze względu na występy artystyczne i przerwy reklamowe. Niestety możemy także domniemywać, iż Donald Trump swoim zwyczajem wykorzysta wydarzenie do autopromocji, robiąc z niego de facto wiec polityczny. Warto także wspomnieć, iż na trybunach zasiądą tylko ekonomiczne elity, co w znaczący sposób odbije się na atmosferze wydarzenia. Wiele wskazuje na to, iż może być ono sporą klapą, a my jako fani, raczej nie mamy powodów do optymizmu.
Wojciech WAEHNER

1 dzień temu














