Wstrząsające wyznanie Gołębiewskiego. "Umarłem na dwie minuty"

2 godzin temu
Daniel Gołębiewski - były piłkarz, którego polscy kibice mogą pamiętać przede wszystkim z gry w ekstraklasowej Polonii Warszawa - w rozmowie z Tomaszem Ćwiąkałą podzielił się wstrząsającą historią ze swojego życia. - Reanimował mnie brat. Patrzyliśmy później na monitoring - nie oddychałem przez dwie minuty. A po czterech jest się warzywem - wspomina Gołębiewski.
129 meczów w Ekstraklasie, 76 w I lidze i kolejnych kilkadziesiąt meczów na niższym poziomie rozgrywkowym. Daniel Gołębiewski nie zrobił może międzynarodowej kariery, ale grał na poziomie, który dla zdecydowanej większości zawodników jest nieosiągalny.

REKLAMA







Zobacz wideo Widzew ma kłopoty. Co dalej? "Dla właściciela to byłaby trauma"



Wstrząsająca historia Gołębiewskiego
Tomasz Ćwiąkała - polski dziennikarz sportowy - na swoim kanale YouTube często gości ludzi związanych z polską piłką, którzy na pierwszy rzut oka nie wydają się interesujący dla masowego widza, ale którzy mają mnóstwo ciekawych historii do opowiedzenia. Gołębiewski jest jedną z takich osób. W rozmowie z Ćwiąkałą były napastnik podzielił się historią dotyczącą problemów zdrowotnych, które nasiliły się pod koniec kariery i już po jej zakończeniu.


Gołębiewski odczuwał ciągłe zmęczenie, nie miał siły. Badania krwi wykazywały u niego podwyższony poziom kinazy kreatynowej. - Dla zwykłego człowieka wynosi on 200, u profesjonalnego sportowca może być to nieco więcej, natomiast w czasie mojej kariery było to 600, a gdy podpisywałem jeden z ostatnich kontraktów - około 1000. To już jest stan alarmowy - mówił, cytowany przez WP Sportowe Fakty.
Kilka lat temu - w trakcie pandemii - Gołębiewski stracił przytomność w trakcie ćwiczeń. - Podciągałem się i zszedłem z ćwiczenia. Położyłem się, jakbym zasnął. Okazało się, iż straciłem przytomność i po chwili przestałem oddychać. Reanimował mnie brat. Patrzyliśmy później na monitoring - nie oddychałem przez dwie minuty. A po czterech jest się warzywem - wspominał.







Następnie zaczęły się próby diagnozy. Kardiolog wykrył u Gołębiewskiego arytmię wysiłkową. Były piłkarz ustalił z lekarzem indywidualny plan treningowy, ale to wciąż nie wyjaśniało tego skąd bierze się chroniczne zmęczenie. Udał się więc do kolejnej specjalistki.



- Przeanalizowaliśmy wszystko i usłyszałem: "Tak naprawdę nie rozumiem, czemu pan do mnie przyszedł. W tym wieku walczy pan o ostatni oddech, bo serce przestaje działać. Według mnie ma pan dystrofię Beckera, czyli genetyczny zanik mięśni" - powiedział Gołębiewski. - To było trudne dla głowy. Jak już umarłem na dwie minuty, to później niczego się nie bałem. Grając w piłkę, wkręcałem sobie jakieś boiskowe strachy, ale ich się pozbyłem. Po tych dwóch minutach zatrzymania pracy serca, zaczęło mi się żyć lekko. Więc jak specjalistka powiedziała mi, iż to końcówka, ryło to głowę. Zwłaszcza gdy wiesz, iż dzieciaki, będąc w twoim wieku, mogą zacząć chorować - dodał.


Nie wszystkie objawy się jednak zgadzały, więc żona namówiła Gołębiewskiego na dalszą diagnostykę. I była to bardzo dobra decyzja, bo rezonans kręgosłupa wykrył nowotwór układu nerwowego. - Cieszę się, iż moja pięcioletnia zagadka zdrowotna została rozwiązana nowotworem. Po tym czasie to była najlepsza z diagnoz lekarskich. Udało się to wyplenić i mam nadzieję, iż to nie wróci. Teraz mogę zacząć funkcjonować normalnie - powiedział Gołębiewski. A dystrofia? Były piłkarz nie ma pewności, czy na pewno na nią choruje. Na razie też nie chce badać pod tym kątem swoich dzieci.
Teraz 38-latek liczy na to, iż jeszcze kiedyś zagra w piłkę. Chce wystąpić w jednej drużynie z synem. -Szansa na początku była jedna na milion, a teraz skoczyła jakoś do siedmiu procent - podsumował.
Idź do oryginalnego materiału