Jesień za oknem nieubłaganie przypomina nam o starcie kolejnych rozgrywek NBA. Już 20 października, za sprawą konfrontacji Boston Celtics z Detroit Pistons, rozpoczniemy rok koszykówki na najwyższym poziomie. Po emocjonującym sezonie, który zakończył się powrotem na szczyt New York Knicks po aż 53 latach, Nowojorczycy zrobią wszystko, żeby być pierwszą drużyną od czasu Golden State Wariors, która obroni tytuł. Możemy być jednak pewni, iż konkurencja spróbuje im to uniemożliwić.
Nadchodzi radosny czas dla fanatyków koszykówki. Nareszcie przyszedł moment, aby wyciągnąć z szafy przykurzone, jaskrawe i za duże podkoszulki, okraszone nazwiskami największych sportowców wszechczasów i nastawić budzik na bezbożną godzinę, o której rozpocznie się mecz ulubionego zespołu. Potencjalne ryzyko insomnii nie powstrzyma kibiców, którzy od czterech miesięcy ostrzą sobie zęby na powrót ligi. Którzy fani mają najwięcej powodów do optymizmu przed inauguracją sezonu? Kto może mieć największe oczekiwania wobec swojego ulubionego zespołu?
Co słychać na wschodzie?
Nad Oceanem Atlantyckim rzuca się w oczy dwóch zdecydowanych pretendentów do zdominowania konferencji. Mowa oczywiście o panujących mistrzach New York Knicks i wzmocnionych najgłośniejszym transferem lata – LeBronem Jamesem, Philadelphia 76ers. Zarówno bukmacherzy, jak i eksperci wydają się zgodni co do tego, iż to oni powinni rozdawać karty w tym roku.
Najpierw weźmy na tapet zeszłorocznych triumfatorów. Po spektakularnym ograniu San Antonio Spurs aż 4:1 w wielkim finale, udało im się utrzymać w zespole najważniejszych zawodników i do rozgrywek przystąpią w porównywalnie mocnym składzie personalnym, co w zeszłym roku. Niejasna wydaje się jedynie sytuacja Karla-Anthony’ego Townsa. Środkowy domaga się bardziej lukratywnego kontraktu, na który właściciele nie są skłonni przystać. W tej sytuacji klub może zostać zmuszony do pozbycia się swojej gwiazdy, aby za sezon nie stracić go jako wolnego zawodnika. Na ten moment jest to jednak jedynie gdybanie, chociaż nie jest to scenariusz abstrakcyjny – w końcu tego lata zespół stracił jedną z gwiazd, Mitchella Robinsona, właśnie przez nieprzedłużenie z nim kontraktu. Poza tym Knicks wydają się jednak bardzo solidni, zwłaszcza z przodu, chociaż jak pokazują statystyki ESPN, byli także na piątym miejscu w lidze pod względem defensywy (średnio 110,1 punktów traconych na mecz). Do niedawna smaczkiem dla fanów z Polski mogła być obecność Jeremy’ego Sochana w mistrzowskim zespole. Polak zdecydowanie nie stanowił fundamentu w układance Mike’a Browna, jednak dla fanów znad Wisły mógł być to dobry powód, żeby przysiąść w środku nocy do meczu. Niestety w efekcie małego wpływu na grę zespołu, zawodnik niedawno przeniósł się do Portland Trail Blazers.
Jeśli zaś chodzi o zespół z Filadelfii, to bukmacherzy typują go jako trzeciego w kolejności faworyta do końcowego triumfu. Sezon 2026/2027 ma stanowić wielkie „redemption” dla drużyny, która ostatnie mistrzostwo zdobyła w 1983 roku. Bycie synonimem porażki i niespełnionych ambicji w ostatnich latach może stanowić motor napędowy dla ekipy, wzmocnionej przez jedną z najbardziej epokowych postaci w historii sportu – LeBrona Jamesa. Amerykanin spróbuje sięgnąć po swój piąty pierścień w karierze. Nie można także przejść bokiem obok transferu Jaylena Browna. Zawodnik nareszcie opuszcza Boston Celtics, spędziwszy tam całą dotychczasową karierę. Możemy być pewni, iż nowy skrzydłowy „76ers” zrobi wszystko co w jego mocy, żeby pokazać byłemu klubowi, jak duży błąd popełnił, pozbywając się go.
Do grona drużyn, które mogą sprawić niespodziankę, albo włączyć się do walki o wygranie konferencji, należy zaliczyć także Toronto Raptors, wzmocnione powrotem Kawhi’a Leonarda, a także Boston Celtics. W przypadku „Celtów” pewną niewiadomą stanowi jednak ich mocno przebudowana kadra. Mimo to, dalej jest to zespół, z którym zawsze należy się liczyć.
Na zachodzie bez zmian
W przypadku konferencji zachodniej rzuca się w oczy dwóch oczywistych faworytów. Mowa oczywiście o zeszłorocznych finalistach – San Antonio Spurs oraz o najmocniejszej drużynie pierwszej części zeszłego sezonu, czyli Oklahomie City Thunder. Oba zespoły spotkały się w półfinale play-offów, gdzie mocniejsi okazali się Spurs, wygrywając w siedmiomeczowej rywalizacji 4:3. W tym sezonie jedni i drudzy ponownie staną do walki, aby udowodnić swoją wyższość na zachodzie i co najmniej powtórzyć zeszłoroczne wyniki.
Jeśli chodzi o zespół z San Antonio, to jego największym atutem będzie oczywiście Victor Wembanyama. Mierzący aż 224 centymetrów Francuz, jest jednym z najlepszych zawodników na amerykańskich parkietach. Nie jest przypadkiem, iż 22-latek był jednym z faworytów do zgarnięcia tytułu MVP w zeszłym sezonie. Środkowy Spurs mimo młodego wieku prezentuje wybitny poziom, notując przy tym doskonałe liczby. Przewodzi on w statystyce bloków za sezon 2025/2026 – średnio 3,1 na mecz, co stanowi wynik aż o 1,2 lepszy od drugiego w klasyfikacji Cheta Holmgrena. Świetnie wypada także, jeżeli chodzi o liczbę zbiórek – w tej klasyfikacji zajmuje z kolei czwarte miejsce, ustępując jedynie Jokicowi, Townsowi i Clinganowi. Pozostając przy statystykach, nie sposób nie wspomnieć, iż w tym zakresie dobrze wypada cała drużyna. Spurs Posiadają trzecią najlepszą ofensywę w lidze (średnio 119,.8 punktów na mecz), a także plasują się kolejno na drugim i piątym miejscu pod względem zbiórek i bloków. Zespół Mitcha Johnsona zdaje się nie mieć słabych punktów i niewątpliwie będzie jednym z największych „walców” w lidze.
Co się zaś tyczy Oklahoma City Thunder, to mamy do czynienia z zespołem, który nie przeważa w żadnej statystyce, ale w każdej plasuje się bardzo wysoko. To drużyna, której siłę stanowią młodzi zawodnicy, w znacznej części przed 30. rokiem życia. Przewodzi im najlepszy zawodnik zeszłego sezonu Shai Gilgeous-Alexander. Kanadyjczyk zaliczył fenomenalną kampanię, w której był drugim zawodnikiem pod względem średniej zdobytych punktów na mecz, co słusznie zostało uhonorowane tytułem MVP. Ponadto „Thunders” dysponują także innymi solidnymi zawodnikami jak chociażby Chet Holmgren czy Jalen Williams. To trochę podobny „case” do ekipy Knicks, gdzie bardzo mocnej drużynie udało się utrzymać trzon zespołu, a dzięki młodej kadrze mogą się cały czas rozwijać i kto wie, może odzyskać utracone rok temu mistrzostwo. W zasadzie jedyne osłabienie stanowi odejście Luguentza Dorta – było to jednak poświęcenie konieczne do utrzymania kadry na takim poziomie. Tak wysoki poziom potentatów konferencji zachodniej sprawia, iż fani mają powody, aby oczekiwać w tym roku niesamowitej rywalizacji.
Jak prezentuje się reszta zachodniej konferencji? W przypadku pozostałych drużyn nie jest już tak różowo. Wiele z nich – zwykle kojarzonych z grą na topowym poziomie, znacząco się osłabiło i całe swoje nadzieje będzie wiązać z postacią swojego lidera. Czy w sporcie zespołowym to wystarczy, żeby sięgnąć po najwyższe laury? Czy Denver Nuggets, Golden State Warriors i Los Angeles Lakers pod batutą kolejno Jokica, Curry’ego i Doncica dadzą radę zrobić psikusa bukmacherom i rywalom, a tym samym wyprzedzić ich w grze o tron? Oczywiście nie możemy przekreślić takich scenariuszy, można je traktować raczej jako rarytas dla marzycieli i ludzi wielkiej wiary. Jako ewentualnego kandydata do sprawienia potencjalnej niespodzianki można traktować Minnesota Timberwolves, posiadającego dosyć interesujący zespół z potencjałem, jednak to także prawdopodobnie nie wystarczy na silniejszych rywali.
20 października będzie początkiem kolejnej fenomenalnej kampanii, która potrwa aż do czerwca. Nie sposób zagłębić się we wszystkie niuanse rozgrywek, w których potyczki toczy 30 zespołów, a po parkietach biegają setki zawodników. Tym samym nie pozostaje nam nic innego niż rozgrzać odbiorniki, usiąść wygodnie w fotelu i oddać się niezapomnianym koszykarskim zmaganiom.
Wojciech WAEHNER

4 dni temu












